zdjęcie Autora

09 kwietnia 2006

Wojciech Jóźwiak

Medytacje przedzjazdowe
Co dalej z neo-szamanizmem?

Kategoria: Twarda Ścieżka


1) (*) Wyjaśniam powyższy tytuł. Zanim w niedawnych czasach słowo "medytować" zaczęło znaczyć: 'wchodzić w odmienny stan świadomości przez skupienie i bez użycia szczególnych zewnętrznych środków wspomagających', znaczyło: 'rozmyślać'; to samo znaczyło oryginalnie po łacinie.

Zjazd wymieniony w tytule, to Zjazd Autorów i Czytelników Taraki, który ma się odbyć za kilka dni, 21-23 kwietnia br. Miałem najpierw zamiar przedstawić swoje uwagi na wewnętrznej stronie Zjazdu, tylko dla uczestników, ale właściwie dlaczego bym nie miał udostępnić ich od razu w "Tarace"?


2) Szamanizm po new-age'u - czyli co po czym? New-age - a może gnoza?

Termin "szamanizm" w powyższym znaczeniu to oczywiście neo-szamanizm, "neo" - bo nowo-założony tam, gdzie go wcześniej nie było, mianowicie wśród współczesnych Białych; w przeciwieństwie do rodzimych społeczności, gdzie znany był i praktykowany szamanizm oryginalny, tradycyjny i etniczny.

Neo-szamanizm zwany jest także (przez M. Harnera, uważanego zwykle za pioniera tego ruchu) core-shamanism, czyli szamanizmem rdzeniowym, co należy rozumieć, że odarty jest z etnicznych treści aż do pewnego twardego rdzenia, który już jest niezależny od przypadkowych kulturowych zjawisk należących do obyczajów poszczególnych plemion.

W praktyce, gdy o neo-szamanizmie mowa, chodzi o różne czynności, które w jakiś sposób działają zmieniająco na umysł i które specjalnie po to (by zmieniać stan umysłu) zostały zaprojektowane i użyte; bo przecież także np. górska wspinaczka albo samotne żeglowanie zmieniają stan umysłu, chociaż raczej nie z takim zamiarem są czynione.

(Czy ćwiczenia z repertuaru core-szamanizmu faktycznie wprowadzają uczestników w stany umysłu podobne do tych, które doświadczają szamani prawdziwi czyli etniczni, czy też może core-szamaniści są nawet lepszymi szamanami od etnicznych, to temat ciekawy, ale nie na teraz.)

Ćwiczenia z repertuaru core-szamanizmu to m.i. podróże przy bębnie, szałas potu, marsze transowe, tańce transowe, transowe pozycje ciała, zakopywanie się do ziemi, chodzenie po ogniu, hiperwentylujące oddychanie - i może jeszcze kilka innych.


Tak rozumiany szamanizm lub neo-szamanizm zaliczany jest zwykle do new-age'u, jako jedna z niuejdżowych dyscyplin. Wymyślając hasło-tytuł "szamanizm po new-age'u" takie miałem wyobrażenie: new-age to amerykańska moda kulturowa, która zaniedługo zapewne się skończy, bo jest to pokoleniowa moda, która została stworzona przez pokolenie hippisów i wkrótce zaniknie, w miarę jak to pokolenie będzie starzeć się i wymierać. (Ja sam jestem z tego pokolenia, ale to akurat tutaj nieważne.) Co wtedy? Czy nie warto lepiej w porę oderwać się od new-age'u? A może jest tak, że nasz neo-szamanizm w ogóle new-age'u nie potrzebuje i to co się z nim stanie, dalszy jego ewentualny rozwój, nie będzie zależało od mody na new-age?

Z początku zamierzałem głównie o tym mówić na naszym Zjeździe - tymczasem przeczytałem książkę Wiktora Stoczkowskiego "Ludzie, bogowie i przybysze z kosmosu", która mi uświadomiła, że chociaż new-age faktycznie wygląda na nie więcej niż przejściową modę, to w istocie jest kolejnym wydaniem tej samej formacji, co okultyzm i teozofia, nurty ideowe, które można wyprowadzić od starożytnej gnozy.

Więc hasło tytułowe chciałbym poszerzyć i w jego ramach zapytać: czy neo-szamanizm musi trzymać się okultyzmu, czy z konieczności musi należeć do okultystyczno-gnostyckiego paradygmatu? Czy nie mógłby zaistnieć jako coś, co nie musi podczepiać się pod kolejne wersje tego stylu myślenia?

To nowe pytanie - o szamanizm na tle gnozy - sygnalizuje problem, który jest trudniejszy od poprzedniego, bo new-age to zapewne faktycznie coś pokoleniowego i przemijającego, jak napisałem: moda. Gnoza jest trudniejszym przeciwnikiem, bo jest czymś imponująco trwałym.


3) Potrójny rząd dusz; albo trzy potęgi sięgające po nasze umysły

Stoczkowski (który najwyraźniej jest moim aktualnym idolem) we wspomnianej książce powiada, że we współczesnym świecie (Zachodu) są trzy potęgi, trzy paradygmatyczne formacje, które aspirują do rządu dusz, które sięgają po nasze umysły; są to:

nauka
religia (czyli chrześcijaństwo lub judaizm, jako jedyne religie dobrze ukorzenione na Zachodzie)
okultyzm.

Te trzy formacje są niespójne, nieprzystające do siebie, nie do pogodzenia jedna z drugą; oczywiście mogą być pomiędzy nimi zawierane jakieś zawieszenia broni, ale nie więcej.

Neo-szamanizm pozornie wyszedł z nauki, zaczął się od badań etnologów i jego pionierzy byli wykształconymi etnologami. (Być może byli jednak zamaskowanymi okultystami, którzy pod pozorem etnologiczmych badań pojechali szukać nowych mistrzów.) Jednak ciąży ku okultyzmowi. Czy jest to sytuacja konieczna? Wynikająca jakoś z istoty neo-szamańskich działań i poszukiwań?

Mnie osobiście najwygodniej byłoby wyjść poza te trzy potęgi, a ponieważ z nauką i z religią niewiele nas wiąże, to pozostaje zastanowić się, jak odwiązać się od okultyzmu.


4) Granica i środek, oddzielanie i skupianie

Żeby określić coś, czym zajmują się ludzie (piłka nożna, chrześcijaństwo, matematyka, jazz, neoszamanizm) trzeba pokazać (lub, jeśli to wykonalne, zdefiniować) środek tego czegoś, a więc jakiś rdzeń czy istotę, bez czego dana formacja nie będzie sobą; a także ustalić granice, które oddzielają dane "coś" od rzeczy podobnych. W przypadku jazzu należałoby więc zaprezentować typowe, sztandarowe dlań utwory, jak np. "When The Saints Go Marchin' In" improwizowane na trąbkę, saksofon i perkusję, a także pokazać, czym jazz różni się np. od folku. W ogólności trzeba pokazać to, co daną dziedzinę skupia (czyli środek) i to co oddziela (czyli linie graniczne). Wydaje mi się, że szamanizm (neo-szamanizm) bardzo potrzebuje takiego pojęciowego ogrodzenia.

W dalszym ciągu zaproponuję kilka takich ogrodzeń - lub od-grodzeń. A najchętniej bym odgrodził się i od new-age, i od okultyzmu w całości.


5) Neo-szamanizm a psychoterapia

Pozornie neo-szamanizm jest zrośnięty z psychoterapią. Naprawdę jednak, mimo pewnych podobieństw, w neo-szamanizmie jest jakaś część, która sprawia, że są to rzeczy niepodobne i niemal biegunowo odmienne. Dodam, że w tej parze psychoterapia jest stroną silną, zaborczą i agresywną, szamanizm stroną wyraźnie słabszą i zagrożoną pożarciem przez stronę silniejszą.

Związki jednego z drugim są liczne: pierwsi neo-szamani, którzy działali u nas w Polsce (David Thomson z żoną), zostali zaproszeni i zorganizowani z inicjatywy grupy psychoterapeutów. Wśród uczestników szamańskich warsztatów całkiem wielu to praktykujący psychoterapeuci. Z drugiej strony patrząc, wiele osób biorących udział w warsztatach szamańskich zaraz potem jedzie, albo właśnie wróciło, z podobnych warsztatów - tyle że psychoterapeutycznych. Także Thomson na swoich warsztatach przeprowadzał czynności uzdrawiające i mimo ich indiańszczyzny - właściwie psychoterapeutyczne.

Jaka jest różnica? - Taka, że działania neo-szamańskie (inaczej niż psychoterapia) nie są obliczone na wyleczenie. Ich celem nie jest wyleczenie kogokolwiek z czegokolwiek.

Z tym się łączy różnica głębsza: w psychoterapii człowiek podchodzący do tamtejszych (psychoterapeutycznych) działań jest definiowany jako CHORY (i sam siebie za takiego uważa), a jeśli nie "chory" to zawsze jakoś zdefektowany: cierpiący na coś lub z powodu czegoś; albo niedoskonały i pragnący się jakoś ulepszyć; albo niepełny i pragnący "coś nieznanego w sobie odkryć"; albo chcący w sobie rozwinąć jakąś psychiczną sprawność.

W szamanizmie (przynajmniej w tych działaniach, które ja bym chciał do neo-szamanizmu zaliczyć) człowiek jest definiowany jako PEŁNY I DOSKONAŁY. Żeby przystąpić do szamańskich działań, nie trzeba odnajdywać w sobie jakichś defektów, jakichś braków. Także nie trzeba rozpoznać u siebie jakichś nieumiejętności: takich, że na warsztatach trzeba by dopiero się szkolić, by je zastąpić umiejętnościami. A więc także dla działań szamańskich nie jest najważniejsze szkolenie ani uczenie się. Szamanizm nie jest szkołą czy kursem! Chociaż jakieś instrukcje, jak co robić, konieczne są - jednak, powtarzam, nie należą do istoty sprawy.

Działania psychoterapii są naprawcze i u ich początków leży zawsze rozpoznanie jakiegoś defektu. Działania szamańskie są afirmujące i u ich podstaw leży rozpoznanie własnej doskonałości. Co nie jest tylko próżnym życzeniem: częste na warsztatach jest zauważenie, że "świat jest doskonały", albo że "jest przytulnie, bezpiecznie i miło" - chociaż faktycznie jest mróz i wiatr, a doświadczający tego stoi nago na zimnie i boso w błocie.

Szamanizm nie jest zwalczaniem niedoskonałości - jest wiązką sposobów na wyrażenie i zaafirmowanie własnej doskonałości.

Powyższa afirmatywność zbliża szamanizm do doświadczeń religijnych, gdzie także bywa (niekiedy) przeżywana doskonałość lub pełnia bytu.

To co wyżej zaznaczyłem, różnica między psychoterapią a szamanizmem, nie oznacza, że szamanizm jest jakoś "lepszy" od psychoterapii lub że mógłby jakoś "zastąpić" psychoterapię. Tak oczywiście nie jest, psychoterapia jest potrzebna, tyle że nie należy jej z szamanizmem mylić ani mieszać.

Widzę potrzebę, żeby wyznaczyć wyraźną granicę miedzy neo-szamanizmem a psychoterapią.

Zdaję też sobie sprawę, że w powyższym ujęciu, odchodzimy od roli szamana w społecznościach tradycyjnych - gdzie szaman, prócz innych "usług", leczył, uzdrawiał, a także wypędzał duchy, zdejmował klątwy i odnajdywał zagubione dusze, co da się przetłumaczyć na działania naszych psychoterapeutów.

Jednak, skoro mamy (my, jako nasza kultura) całkiem sprawnych psychoterapeutów, to nasi szamani powinni jednak nie wchodzić w ich kompetencje, ani (co ważniejsze) na odwrót.


6) Neo-szamanizm a zapożyczenia kulturowe, czyli, właściwie, neo-szamanizm a indianizm

David Thomson, od którego nauczyłem się i przejąłem większość tego, co robię pod hasłem neo-szamanizmu, należy do nurtu neo-szamanizmu, co do tego nie mam wątpliwości, ale należy zarazem (a raczej należy to, co on robił i robi) do nurtu indianizmu, czyli zapożyczania przez Białych od Indian ich praktyk, obrzędów, obyczajów, pieśni i utensyliów (np. święta fajka, patyk do mówienia). Indianiści jak wiadomo są też w Polsce, z kilkorgiem z nich robiłem moje warsztaty, od pewnego znanego ich przedstawiciela kupiłem mój bęben i tipi.

Thomson nie oddzielał jednego od drugiego (tzn. neo-szamanizmu od indianizmu). To co on i jego żona Mattie Davis-Wolffe uczynili, to była kulturowa adopcja: oni się zaadoptowali do dwóch (o ile mi wiadomo) indiańskich plemion, Seminole i Black Feet, a adoptujac się do nich, stali się nosicielami tamtejszych obyczajów i obrzędów, a także pieśni i mitów, a indiańskich przodków uznali za swoich. Ja podobnej adopcji nie robiłem, a do indiańskiego przekazu prezentowanego na warsztatach przez Mattie i Davida podszedłem bardzo selektywnie. Mówiąc wprost przyjąłem to, co mi się podobało i co czułem; pewnych rzeczy się nie nauczyłem, a nawet co do niektórych praktyk, to nie całkiem je zauważyłem. Inne praktyki wziąłem znowu od Victora Sancheza, który, jak wiem choćby z jego wykładów, nie tyle brał z tradycji meksykańskich Indian, co raczej pewne stare obrzędy i techniki rekonstruował; kierował się w tym m.i. inspiracjami z książek Castanedy. Przy czym w końcu nie wiadomo, czy te obrzędy były stare, na pół zapomniane i przez niego rekonstruowane, czy może raczej przez niego na nowo wymyślone. Te obrzędy to przede wszystkim zakopywanie się do ziemi (inaczej: "pogrzeb wojownika") i rekapitulacja - odzyskiwanie energii zamrożonej w niechcianych wspomnieniach w wyniku połączenia efektu hiperwentylacji, monotonnych ruchów, dźwięku bębna i izolacji w ciemności. Rekonstrukcje Sancheza przypominają to, co działo się podczas odkrywania przez Białych entuzjastów - a może raczej właśnie tworzenia na nowo - huny na Hawajach.

Sądzę, że Thomson i Sanchez, obaj mieszkańcy Ameryki, choć Biali, są usprawiedliwieni w tym, że sięgają do tradycji mieszkańców swojej ziemi. Polak (Europejczyk i Słowianin) naśladujący Indian wydaje mi się jednak śmieszny, dlatego widzę tu potrzebę linii granicznej - takiej, która by oddzielała te praktyki indiańskiego pochodzenia, które mają charakter uniwersalny, potencjalnie ogólnoludzki (i te "wolno" nam brać), od tych, które są ich - i już. Tak jak ich jest kolor skóry i groby ich przodków. My mamy swoje.


7) Neo-szamanizm a ćwiczenia rekreacyjno-sprawnościowe

Jak odróżnić działania szamańskie od niemal identycznych warsztatów, na których praktykuje się militarny surwiwal, chodzenie po linowych mostkach, skakanie z bandżi i chodzenie po ogniu? Czym się różni chodzenie po ogniu w na obu tych imprezach? Że u nas jest większa dyscyplina? A jeśli oni zaostrzą dryl? Że my to robimy poważniej? A jeśli oni postanowią być poważniejsi? Tu nie da się pociągnąć granicy, jeśli nie będziemy mieli uzasadnień dla tego, co robimy. Żeby ta granica była, musimy umieć nazwać, po co to robimy.

Indianie praktykujący szałas potu mają uzasadnienie: robią to dla nawiązania łączności i więzi ze swoimi przodkami. Siedząc i pocąc się pod kopułą szałasu robią to samo co ich przodkowie, więc stają się kimś takim samym jak oni.

My tego uzasadnienia nie mamy i dlatego dla szałasu potu i innych czynności wymyślamy na poczekaniu uzasadnienia: "dla zdrowia", "dla psychicznej równowagi", "dla ducha przygody", "żeby adrenalina wzrosła". Co wychodzi na uzasadnienia właściwe właśnie dla imprez rekreacyjno-sprawnościowych. Tu widzę brak granicy. A gdzie nie ma granicy, ucieka energia.

Granic w rodzaju trzech powyższych, znaleźć można więcej i pewnie to jeszcze zrobię.


8) Próg mowy

Granice zakłada się świadomie i są czymś, co pozostający wewnątrz nich akceptują. Dobrze jest nam z naszymi granicami. Inaczej progi: próg to coś, czego nie przewidywaliśmy, na co się natykamy, czego nie chcemy, co boli - i tamuje swobodny ruch.

Próg, na który natrafiłem przyjmując neo-szamanizm, okazał się być progiem mowy. (Być może inni natrafiali na inne progi i wymiana takich doświadczeń na zjeździe byłaby cenna.)

Próg mowy polegał na tym, że nie chciałem przyjmować indiańskich (od Thomsona) i hiszpańskich lub nahuatl (od Sancheza) powiedzeń, zaklęć i pieśni, a nie potrafię ułożyć własnych.

Rozmiar trudności niech pokaże zwyczajowy zwrot, który Indianie Prerii wypowiadają, kiedy przekraczają wejście do szałasu potu; w języku Lakotów brzmi on, pomijając akcent i nosówki: Mitakuye oyasi. Na angielski jest on tłumaczony zwykle jako "all my relatives" czyli dosłownie "wszyscy moi krewni" - ale znane mi wykładnie powiadają, że to nie wszystko. Podobno ci "krewni" to nie tylko żyjący krewni, ale przede wszystkim przodkowie, pod postacią zarówno duchów-bóstw jak i pamięci o sobie. Ale także "krewnymi" Indianina są wszelkie istoty pozostające z nim w związku, a dla animisty może to być cokolwiek, co w jakikolwiek sposób jest dlań żywe - więc i pies, i fajka, i ulubiony jego (powiedzmy) kierunek południowy, i Słonce, i jakiś rodzaj kamienia... itd. Słowem "krewni" po polsku tego nie obejmiemy, nie ma ono takiego znaczenia; a używanie słowa "krewni" brzmi śmiesznie w sytuacji, gdy większość naszych realnych krewnych ani nie wie, że pocimy się w szałasie potu, ani tego by nie zaakceptowała. Ród jest dla Indianina wsparciem, ostoją - podczas gdy dla nas, w sensie udziału w naszych działaniach, jest niczym lub przeszkodą. Prócz tego słowo "krewni" ma swoją osobną wartość, np. należy do gniazda znaczeniowego "krew" - a czy tak samo jest w języku Lakotów - nie wiem. Używanie powiedzenia Lakotów albo Czarnych Stóp (Nit-si-kwa) byłoby na mój gust zapisaniem się do indianizmu, angielski znowu jako język "święty" mnie razi (boli, drapie w uszy) - wobec tego przetłumaczyłem to na polski jako "wszyscy, co ze mną"; także dbając przy tym, żeby jak najmniej stereotypowych skojarzeń za tym poszło. Ale, chyba nie najlepiej to brzmi.

Jak przetłumaczyć pieśni - to już za trudne. Próbowałem zatem kiedyś znaleźć polską poezję, która by mogła posłużyć jako nośnik szamańskich treści, stąd moje sięganie do Leśmiana; niestety, dotychczasowy dorobek polskich poetów, ogromny przecież, jest (jak zdołałem się rozeznać) całkiem wolny od szamańskich treści.

To samo z muzyką: nie potrzebujemy niczego wyrafinowanego ni "artystycznego", przeciwnie, proste pieśni, które by każdy mógł zaśpiewać od jednego usłyszenia. Nie ma takich, ani nie spotkałem nikogo, kto by umiał i chciał je ułożyć. Może dałoby się w tej roli zaadaptować jakieś archaiczne pieśni z folkloru słowiańskiego - ale znowu potrzeba tu kogoś, kto by to umiał i chciał zrobić.

Na razie jest w tym miejscu próg, który nie puszcza mimo upływu kilku (już) lat praktyk.

Próg mowy jest też zapewne progiem mitu. Też chciałbym o tym porozmawiać na Zjeździe.


Wojciech Jóźwiak
9 kwietnia 2006




Aby komentować Zaloguj się lub Zarejestruj w Tarace.

X Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)