16 lutego 2013
Katarzyna Urbanowicz
Serial: Babcia ezoteryczna
Nagle
◀ Ekwiwalentność ◀ ► Powidoki czyli babcia w Karpaczu ►
Nagle wszystko się zmieniło. W perspektywie miałam bolesne zabiegi, dwie serie po 14 dni wypełniające czas do początku wiosny, kiedy: „Jeśli starzec przeżył marzec to mu już wypada żyć do listopada”, potem żałosną pewność, że niewiele może mi pomóc, skoro komputer przypisał mnie do segmentu rynku: biorących a niczego nie dających, nie perspektywicznych, a więc nie zasługujących na nic innego (oprócz ciasteczek z marihuaną, podobno, bo nie próbowałam, ale mówi się że dla pensjonariuszy polskich domów starców to jedyne wyjście, kompleksowe zresztą) i wreszcie, gdy już byłam mocno zdołowana, przyszło zaproszenie od mojej zagranicznej koleżanki, która ma spędzić tydzień w Polsce, w pensjonacie w Karpaczu i miałaby ochotę ze mną tam się zobaczyć.
Tu muszę podziękować Marcusowiuranicusowi istotnie czasami denerwującemu dyskutantowi, który skarcony przez Wojtka nie poddał się i odkrył prawo, o którym nie śmiałam głośno mówić, choć lękliwie napomykałam o tym niekiedy — że starsze osoby mają też swoją Twardą Ścieżkę i wyliczanie przeszkód na ich drodze do szamańskiej świadomości niewiele różni się od opisów Szałasu Potu, Szamańskich Wizji i innych przeszkód z którymi adepci muszą się zmierzyć, żeby dotrzeć do wnętrza siebie. Dziękuję Ci Marcusie i nisko się kłaniam za Twoją intuicję i mentalne wsparcie.
Również szybko znalazły się osoby z rodziny obiecujące mnie tam zawieźć i przywieźć, nikt już nie domagał się ode mnie, żebym wsiadała do pociągu i gramoliła się aż trzy okropne stopnie w górę – przeszkody łatwe do przebycia miłośnikom wycieczek po górach, ale nie do przebycia (możliwe, że mentalnie) dla ezoterycznych babć, których wyobraźnia zmaga się zawsze z hipotetycznymi przeszkodami, a nie pnie się do przodu z optymistycznymi wizjami swoich pragnień (pod okiem Przewodnika).
Czy to zadziałały sigile? Nie, nikt nie dał mi pieniędzy do portmonetki, nie wygrałam w lotto, chociaż próbowałam dwa razy (mimo, że Ela Bazgier nie wróżyła mi sukcesu z powodu mojego podejścia do finansów), ale dostałam coś o wiele bardziej miłego – ludzką życzliwość. I to nie dlatego, że jestem biedną staruszką zasługującą na litość, ale – mam nadzieję – dlatego, że rozumiem się z wieloma ludźmi, lubię ich słuchać i wierzę, że od każdego można się czegoś nauczyć i dowiedzieć.
Zaczęłam więc przygotowania do jutrzejszego dnia. Najważniejsza rzecz – aparat fotograficzny. Mam zresztą marny, taki którego nie chciał już mój dwunastoletni wnuk, który zdążył już zmienić ze dwa. Nie pretenduję do pięknych zdjęć, jaki robi mój kolega, o którym wspomniałam na blogu, nie mam nigdy czasu na ustawienie się, przemyślenie kadru i decyzję dotyczącą ekspozycji tego, o co mi chodzi.
Zdjęcia robię z okien samochodu. Trzaskam jedno za drugim aż do wyczerpania baterii ( a to starocie pożera 2 sztuki na mniej niż 100 zdjęć). Potem powoli je oglądam, smakuję, wspominam, rozważam, wypatruję szczegóły, których nie sposób było w czasie jazdy dostrzec.
Tak robiłam ostatniej zimy poprzedzającej śmierć mojego męża, kosztem dwóch opakowań baterii po 4 sztuki opstrykałam całą drogę z działki do domu i teraz, gdy zbiera mi się na wspomnienia, uruchamiam pokaz slajdów i czuję się jakbym znowu jechała do mojego wspaniałego miejsca, sterówki z oknami na trzy strony świata, księżycem wędrującym przez trzy okna i ptakami budzącymi się przed świtem i jakbym za chwilę mogła tam się znaleźć — trzęsąca się z zimna, ale szczęśliwa, że jestem u siebie.
Czasami tylko przypomina mi się moja mama, zmarła w 1991 roku. Ostatnie dwa lata życia nie wstawała z łóżka, ale zanim całkowicie w nim ugrzęzła, nie wychodziła z mieszkania, ponieważ przeszkodą nie do pokonania były schody między fundamentem bloku, a windami. Opowiadała mi, że bardzo chciałaby zobaczyć las, rośliny, może kwiaty, drzewa i usłyszeć ptaki. Kiedy więc kupiliśmy z mężem samochód, postanowiliśmy pierwszą wycieczkę zrobić mamie. Nie dysponowaliśmy wózkiem inwalidzkim (już na kule trzeba było mieć zlecenie od lekarza i kilkanaście pieczątek rozmaitych urzędników) ale zorganizowaliśmy zniesienie i wniesienie mamy do samochodu. Wycieczka trwała niedługo – parę kilometrów od blokowiska były lasy, niezbyt może duże, ale zielone, pełne śpiewu ptaków i szumu liści.
Oczekiwaliśmy, że mama się ucieszy, okaże swą radość, wszak tak marzyła o świeżym powietrzu i przyrodzie, a my gotowi byliśmy cieszyć się z nią. Wyciągnęliśmy mamę z samochodu, podaliśmy jej kule, ale ona nie chciała postąpić dalej ani kroku.
Wiesz Kasiu – powiedziała mi – tak jestem zmęczona, że nie mam nawet siły cieszyć się lasem. Odwieźcie mnie jak najprędzej do domu, muszę pójść spać i zapomnieć ten las.
Zaczynam ją rozumieć, choć oczywiście mnie coś takiego nie grozi. Tak czy siak mogę kupić sobie wózek inwalidzki nie oglądając się na pieczątki i podpisy, i mam synów, którzy zawiozą mnie do lasu, jeśli znajdą na to czas.
Jednak zafiksowałam w sobie pewne pragnienie. Chciałabym zobaczyć Galerię Drezdeńską, której nie skończyłam zwiedzać pięćdziesiąt lat temu z tego powodu, że uczestnicy wycieczki chcieli zdążyć do sklepów i kupić miksery oraz młynki do kawy. Po dobrach tych dawno nie pozostał żaden ślad (kto dziś mieli kawę w młynku innym niż sprzężonym z ekspresem!), ale przerwane w połowie oglądanie obrazów Hieronima Boscha (choć nie tu jest ich najwięcej), Durera, i Lucasa Cranacha (którym zachwycałam się potem w Weimarze). Podniecają mnie też malarze holenderscy z ich miłością do szczegółów i martwych natur, których ja osobiście nie znosiłam, gdy żądano ich ode mnie, a które są zupełnie inne na obrazach mistrzów.
Boję się tylko, że znalazłszy się tam odkryję, iż jest już na to za późno i będę miała ochotę wrócić jak najprędzej i położyć się spać.
◀ Ekwiwalentność ◀ ► Powidoki czyli babcia w Karpaczu ►
Komentarze
A wieża Eifla jest po prostu mała.
Za późno.
Życzę ponownego odwiedzenia Drezna i obejrzenia obrazów. Miałem okazję widzieć trochę zdjęć z tego urokliwego miasta, które z mozołem i pieczołowitością było odbudowywane po wojnie tak by zachowało swój dawny klimat.
W każdym z nas jest choć trochę księżycowego sentymentalizmu, bez względu na wiek jaki osiągnęliśmy i wspominamy z tęsknotą ciekawe obrazy, interesujące miejsca, osoby, miło spędzone chwile i czasami chcemy do nich powrócić choćby w wyobraźni,albo za pomocą zdjęć, poprawiając sobie humor, czyniąc się szczęśliwszymi. Ja np. lubię powracać do niektórych filmów, albo zachowuję w pamięci twarze niektórych kobiet:)
Aby komentować Zaloguj się lub Zarejestruj w Tarace.
