22 października 2012
Katarzyna Urbanowicz
Serial: Babcia ezoteryczna
Poczekalnia przed wejściem w inny świat
◀ Esej o starości ◀ ► Antyczna tragedia ►
Kiedy myślę o zbliżającym się Święcie Zmarłych przypominają mi się ostatnie dni mojej teściowej. Miała 90 lat, a za sobą wiele potwornych, wojennych przejść i wiele chorób — jak to starsi ludzie. Posprzeczała się z teściem, bo pewnego dnia rano poczuła się tak bardzo źle, że nie mogąc wstać z łóżka, zawołała go, mówiąc mężowi, że chyba będzie umierać. On zaś, zamiast – jak oczekiwała – wezwać natychmiast pogotowie, podsunął jej pod nos kartkę i długopis, żeby pisała testament, co ożywiło ją na tyle, że natychmiast wstała z łóżka, opóźniając przyjście właściwej śmierci o kilkanaście dni.
Zła na niego zadzwoniła do kogoś znajomego, żeby ją odwiózł do bratowej, samotnej starszej kobiety mieszkającej kilkadziesiąt kilometrów za Warszawą. Teściowa, w przeciwieństwie do teścia, nigdy za mojej pamięci nie wyjeżdżała, rzadko w ogóle opuszczała dom, choć poruszała się sprawnie. Sądziłam, że te wszystkie domy, które w życiu utraciła, jej bliscy, pierwszy mąż i synowie, których losów nie znała, skłaniały ją to trwania w ostatnim, własnym miejscu. Zawsze wszyscy przyjeżdżali do niej, ona do nikogo.
Bratowa teściowej, jej rówieśnica, mieszkała w małym drewnianym domku, w miejscu gdzie czas zatrzymał się co najmniej kilkadziesiąt lat wcześniej. Specyficzny zapach starych mebli i tkanin, przemożny chłód nawet w upalny dzień, kamienne podłogi, oszklona weranda ocieniona ogromnym, zasłaniającym cały dom świerkiem i od strony ogródka płynący kanałek, który wcale nie był kanałkiem, tylko rzeką Utratą. W ogródku rośliny i chwasty rosły tak bujnie, że w tej wybujałości było coś niezdrowego. Czasami wiecznie wilgotne liście wydawały się na brzegach wręcz przezroczyste. W ogóle ten dom i jego otoczenie sprawiały wrażenie miejsca, w którym się odchodzi, jakiejś ostatniej przystani tlącego się życia.
Byłam tam pierwszy i ostatni raz, bo po tygodniu teść postanowił się przeprosić z teściową i z mężem zawieźliśmy go tam. Byliśmy u nich ze dwie godziny, w czasie których obserwowałam wybuchy typowego wisielczego humoru, zarówno ze strony bratowej jak i teściowej. U bratowej nie było to nic dziwnego, z zawodu była położną i lubiła żarty, czasem dość ostre, „medyczne” i „fizjologiczne”. Była niesłychanie energiczną staruszką suchą i szybką w ruchach, w doskonałej kondycji. Podobno jeszcze tuż przed osiemdziesiątką zdarzało jej się odbierać porody. Jednak moja teściowa należała do zupełnie innych kobiet, też stanowcza, raczej oschła, ale spokojna i zrównoważona. Tymczasem nieustający dialog, który ze sobą prowadziły nie był zupełnie w stylu mojej teściowej. Zachowywały się jak dwie smarkate, chichotały, wygłupiały się, można powiedzieć, ale treścią ich rozmów była śmierć.
Zaczęło się od tego, że spały obie na starodawnej rozkładanej kanapie, której jednak nie mogły rozłożyć, bo zbyt była dla nich ciężka. Musiały wiec spać przytulone ściśle do siebie, co było początkiem żartów. Potem przeszły do opowiadania, jak w nocy się budzą i macają, czy ta druga przypadkiem nie jest już zimna, jak to macanie może być interpretowane, w którym miejscu ciała zaczyna się śmierć i gdzie najwcześniej można ją wyczuć i tak dalej.
Potem teściowa poszła z teściem do kuchni, rozmawiali o czymś poważnie kilkanaście minut i chyba się pogodzili. W każdym razie teść płakał, czego nigdy wcześniej i później nie robił, bo nawet po jej śmierci miał oczy suche. Myślę, że ona doskonale wiedziała, że umrze, że wiedziała także o tym jej bratowa, że świetnie się rozumiały, tak że pomyślałam nawet iż dziwne jest, że tak rzadko przedtem się widywały. Wtedy jednak niczego nie podejrzewałam i zastanawiałam się tylko nad niesamowitą atmosferą tego domu.
Nasza wizyta wypadła gdzieś w środku tygodnia, a w sobotę teściowa wracała do swojego domu na imieniny (namówiliśmy ją na to, choć nie miała specjalnej ochoty) i po drodze w samochodzie kuzyna umarła. Nawet rodzina bratowej, która ją odwoziła do Warszawy nie wiedziała, kiedy to się stało. Po prostu w pewnym momencie powiedziała, że źle się czuje. Rodzina zatrzymała samochód, teściowa wysiadła, po czym po chwili powiedziała, że już lepiej i wsiadła z powrotem. Do Żyrardowa było jeszcze kilkanaście kilometrów i rodzina postanowiła ją tam zawieźć do szpitala. Siedziała z tyłu, obok osiemnastoletniego syna tych państwa, po czym w pewnym momencie oparła mu głowę o ramię. Jeszcze coś mu powiedziała, że tak jej wygodniej. Kiedy zajechali pod szpital okazało się, że nie żyje.
Niedługo po tym ów dziwny dom przestał istnieć. Bratowa teściowej odkręcała zawór butli gazowej i gaz wybuchł. Szczęściem dla niej wybuch spowodował załamanie się stropu nad piwnicą i kobieta spadła tam z kuchnią i podłogą. Dom z zewnątrz został całkowicie zmieciony (wraz z owym wspaniałym świerkiem), bratowa zaś, choć mocno połamana, przeżyła. Jednak po prawie półrocznym pobycie w szpitalu wyzdrowiała, i zmarła mając niewiele poniżej setki. Kilka lat później zmarł mój teść, młodszy od żony.
Na pogrzebie teściowej było mnóstwo osób z całej Polski i mnie przypadła rola nakarmienia i napojenia wszystkich przed odjazdem. choć z powodu skromnych warunków i braku możliwości gotowania w jej mieszkaniu (teściowie bali się gazu i po likwidacji w przedwojennej kamienicy kuchni węglowej zrezygnowali z jego instalacji) musiałam przywieźć potrawy w termosach z domu. Byłam bardzo zmęczona, zestresowana i podniecona poznaniem wielu nowych osób, ich opowieściami i kiedy w nocy przyśniła mi się zmarła, przepraszająca mnie usilnie za coś, co ma stać się w przyszłości, choć bardzo się zdziwiłam, nie wyobrażając sobie, że w ogóle mogłaby mnie za cośkolwiek przepraszać, zlekceważyłam ten sen. Rodzina wyśmiała mnie, jak zwykle, gdy to, co im mówiłam odbiegało od zwyczajnych codziennych spraw. Sam pomysł, że teściowa mogłaby kogokolwiek za cokolwiek przepraszać wydawał się im idiotyczny.
Sen zrozumiałam niedawno, po ponad dwudziestu latach od jej śmierci, gdy przyszło, wspomniane w jednym z pierwszych odcinków blogu, pismo od komornika reprezentującego Skarb Państwa. Nie interesowałam się nigdy sprawami majątkowymi rodziny męża i nie wiedziałam, że wraz z jego śmiercią spadną na mnie ciężary z nimi związane, także dotyczące osób, których los po wojnie nie został ustalony. Mogła temu zapobiec jedna drobna czynność: sporządzenie testamentu przez teściową – zresztą stanowiącego benificjentem spadku obojętnie kogo. Ale, jak wspomniałam na początku, tego testamentu teściowa nie sporządziła, choć sprawę wcześniej omówili, ponieważ teść wybrał do tego najmniej odpowiedni moment.
Teraz, kiedy myślę o śmierci, ten dom wydaje mi się jakby poczekalnią przed wejściem w inny świat i sądzę, że one obie o tym wiedziały. Nie wiedziały jednak jeszcze wielu rzeczy, jak my wszyscy. Tego, co najważniejsze, dowiedziały się zapewne potem.
Od kiedy zmarła bliska mi osoba, przypadkowo usłyszany w sklepie muzycznym utwór Evansescence „Lacrymosa” zawsze będzie kojarzył mi się z tęsknotą za tymi, których już nie ma.
http://www.youtube.com/watch?v=-bP5wmtOXCQ
◀ Esej o starości ◀ ► Antyczna tragedia ►
Komentarze
Zawsze zastanawiałam się, czy tego rodzaju humor zwiastuje pogodzenie się ze śmiercią czy próbę jej oswojenia poprzez stałe przywoływanie w rozmowach i żartach. Niewątpliwie do tego trzeba dojrzeć. We wczesnym dzieciństwie i kilkanaście lat temu panicznie bałam się śmierci, ale był to lęk spowodowany okolicznościami i zagrożeniem życia. Teraz już tak nie lękam się, ale też nie stać mnie jeszcze na podobny "wisielczy" humor. Wydaje mi się jednak, że nie wszyscy dojrzewają do takiej nonszalancji; wiele osób bardzo starych i bardzo schorowanych czepia się życia do ostatniej chwili.
Mnie się zdaje, że wisielczy humor świadczy o tym, że człowiek jest nie do końca pogodzony ze śmiercią - to znaczy może być oswojony z tym, że nadchodzi, ale jeszcze mu się to nie podoba. Ktoś całkiem pogodzony ze śmiercią albo w ogóle nie będzie o tym żartował tylko mówił ze spokojem, albo będzie miał normalny humor, nie wisielczy. A sądzę tak na podstawie własnych przeżyć. Pytanie tylko, na ile mogę je uogólniać.
TAK BARDZO NIE CHCĘ UMIERAĆ.
Wisielczy humor, jak sądzę, jest przeznaczony dla widowni, nie dla siebie, a jeśli to raczej jako argument za przekonaniem "jak należy uporać się z lękiem". W opowiedzianej historii najbardziej uderzyło mnie to, że nie był to monolog, a dialog dwóch kobiet, co nie znaczy, że podobnie rozmawiały, gdy były same.
Określenie "wisielczy humor" wypływa z osobistej percepcji, jak wszystko inne rzecz jasna. W tym przypadku dokładnie z subiektywnego i niczym nieuzasadnionego poczucia odległości, że śmierć jest gdzieś tam, a nie tutaj. Wtedy mówienie o niej w inny sposób niż ze spokojem (niczego nie odbierając takim reakcjom i nie kwestionując również ich autentyczności), mówienie w sposób, który wydaje się (sic!) nonszalancki lub znamionuje właśnie wisielczy humor jawi się stojącym z boku jako rzekome uruchamianie mechanizmów obronnych (oswajanie śmierci) lub jako gra na pokaz.
A ja myślę, że tak nie jest. Myślę, że takie reakcje są prawdziwe i mogą być bardzo głęboko i mocno w człowieku ukorzenione - tj. naturalne. Bo kiedy naprawdę czujemy Nieuniknioność wszystkie maski spadają, wszystkie pozy stają się zbędne.
Dwie Panie, które w nocy dotykowo sprawdzały czy druga żyje. Ktoś przy tym był poza nimi? Nie. A jeśli nawet w danym momencie, w chwili "kontroli" mogło być im nieco strasznie, bo włączała się tu niepewność "czy to już, czy nie?" i tylko dotyk w ciemnościach mógł to rozstrzygnąć, to wierzę, że potem zaśmiewały się z tego szczerze i bez pozerki, na zasadzie - "I znów się udało, o jedną noc, o jeden dotyk, jesteśmy do przodu". Bo po takim swoistym teście musiało następować energetyczne uwolnienie, nie mieszczące się w żadnych słowach, za to świetnie wyrażające się poprzez śmiech, i z całą pewnością autentyczne.
Przyznam się, że nie pomyślałam o tym, że mógłby to być wyraz ulgi - że to jeszcze nie dziś. Sądzę, że ma Pani rację, jestem wdzięczna za tę uwagę.
Aby komentować Zaloguj się lub Zarejestruj w Tarace.
