17 sierpnia 2013
Katarzyna Urbanowicz
Serial: Babcia ezoteryczna Sezon drugi
Syndrom przypalonego obiadu
◀ Lęk przed szaleństwem ◀ ► I ładnie i wygodnie ►
Znalazłam wymówkę w sprawie przypalonych kotletów. Stałam właśnie na środku kuchni zastanawiając się, czym je zastąpić, gdy usłyszałam zza okna wycie straży pożarnej. Wielki czerwony wóz zajechał pod mój balkon, a z niego wysypało się kilku strażaków z toporkami i łomami. Interwencja trwała chwilę. Nie było ognia ani dymu, usłyszałam tylko z klatki schodowej odgłosy wyłamywania drzwi i było po wszystkim. Jakiś człowiek z komórką biegł podjazdem i wzywał pogotowie. Pewnie ktoś zasłabł, a może umarł w domu.
Zeszłam z balkonu i właśnie pojawił się oczekiwany gość. Skłamałam mu oczywiście, że to przyjazd straży spowodował moją nieuwagę w sprawie obiadu
Ale nie tak łatwo się wywinąć niektórym ludziom! Wprawdzie moje kłamstwo zostało przyjęte za prawdę, ale skrytykowano mnie opryskliwie za to, że zachowałam się jak jakaś gapiowata osoba, brnęłam więc dalej w swoje kłamstwa (tym razem opisując wydarzenia prawdziwe, ale zaszłe już po spaleniu kotletów) tłumacząc, że w mojej części korytarza, oddzielonej drzwiami od reszty nie czuć byłoby dymu, więc musiałam sprawdzić, czy nie zachodzi coś, co uniemożliwi mi w razie czego ucieczkę, ponieważ nie nadaję się z racji niesprawności do ewakuacji przez balkon po strażackiej drabinie itp. itd. Myślami wróciłam do pewnego pożaru w bazie transportowej, gdzie wówczas pracowałam i gdzie były tylko dwie drogi wyjścia — zostać i czekać na ratunek (a pod moim oknem była stacja paliw) lub wybić nie otwierające się okna i skakać z pierwszego piętra. Kilka osób tak zrobiło i jedna z nich rozorała sobie brzuch źle usuniętym szkłem. Potem pod okna podstawiono ciężarówkę i osoby skaczące lądowały na plandece. Niestety, z mojego pokoju tak się nie dało z powodu położenia dystrybutorów uniemożliwiających dojazd ciężarówce. Wyjście też do innych pokojów też nie było możliwe, nawet z głową owiniętą zmoczonymi ręcznikami z powodu tego, że korytarzyk prowadzący do mojego pokoju otwierał się na płonący podjazd do garaży. Miotaliśmy się parę dobrych chwil, aż w końcu przyjechała straż pożarna, pożar ugaszono i nikomu (poza skaczącymi) nic się nie stało. Z wyjątkiem wspomnień oczywiście.
Problem, (a może i nasz ratunek) polegał na tym, że w tym odciętym od reszty budynku, zamykanym korytarzyku nie było czuć dymu i „obudziliśmy się” jako ostatni z pracowników bazy. Od tamtej pory mam uraz — gdy poczuję na przykład w nocy swąd spalenizny, biegnę natychmiast na korytarz, otwieram drzwi oddzielające nasz koniec od jego głównej części i sprawdzam, czy w bloku się nic nie pali.
Opowiadałam właśnie gościowi o moim przeczuleniu w sprawie pożarów (co zresztą nie zmieniło jego oceny naganności mojego przypalenia kotletów), gdy uświadomiłam sobie, że nie mam oporów przed zwierzeniem się nieżyczliwemu w tej chwili rozmówcy ze swoich fobii, ponieważ czuję potrzebę usprawiedliwiania się.
Skąd to się wzięło? Usprawiedliwia się winny, a ja, nawet to wiedząc, brnę dalej, tłumacząc, że w końcu mam święte, niewzruszone prawo do chwili nieuwagi, że mój wiek powinien skłonić gościa do wyrozumiałości, a wreszcie nie wypowiadając tego na głos, tylko do siebie, że nie mam obowiązku szykowania obiadu komukolwiek.
Zrozumiałam, że mimo upływu lat, refleksyjności itp. popadam w stare nawyki „dobrej żony” usiłującej zadowolić męża. Skoro męża już nie mam na tym świecie, gotuję obiad komuś innemu, zaproszonemu z własnej przecież woli, a potem tłumaczę się, jeśli obiad się nie udał.
Potem okazało się, że gość ma własne problemy, o których mi napomknął, nie odwzajemniając się jednak ich głębszą analizą. Tak czy inaczej, mimo, że jego problemy były poważniejsze niż moje, czułam się zdołowana, zawiedziona i nieszczęśliwa. Powtarzałam sobie, że to żaden powód przypalenie obiadu (przypaloną panierkę z kotletów oskrobałam i miałam następne trzy obiady) ciągle jednak nie mogłam wyzwolić się od poczucia, że coś mi uwiera. To było wręcz śmieszne! Tyle niemiłych rzeczy mnie w życiu spotkało, że powinnam dawno się na drobiazgi uodpornić, a tymczasem z wiekiem zaczynam popadać w dawne koleiny, a co gorsza, bardziej bolą niż kiedyś.
Jako kobieta rozsądna powinnam naprawić swoje życie, mimo że, a może właśnie dlatego, że mam go coraz mniej i powinnam je szanować wyciskając z nich słodki ekstrakt, a nie żrący kwas.
Od czego więc zacząć z tym naprawianiem? Teoretycznie proste. Nie popadać w dawne błędy, nie tłumaczyć się z niczego, nie czynić innym przyjemności i przysług, jeśli nie odpłacają ci tym samym. Swoje rodzinne sentymenty ukryć tak głęboko, żeby nikt nie mógł czynić z nich broni przeciwko mnie.
Ale to teoria. Jeśli całe życie ofiarowuje się innym uczucie, a otrzymuje w zamian obietnicę niewoli, od czego jest się bardziej uzależnionym — od potrzeby uczucia i nadziei, że perfekcyjniejszą służbą zasłuży się na nie, czy od potrzeby więzi, jakiejkolwiek, by oszukać samotność?
Wymiana między ludźmi nigdy nie jest i nie będzie adekwatna. Wniesione wkłady nie będą nigdy równoważne z otrzymanymi dobrami. Przyjęcie zasady ekwiwalentności wymiany może zaburzyć wiele innych zasad, a wśród nich i tych najbardziej szczytnych i słusznych. Jednak to nie zasady są naszym wrogiem, a brak odpowiedniego zbalansowania sił miotających naszym postępowaniem. Jeśli tego balansu nie umie się na sobie wymusić, lepiej byłoby nie mieć pojęcia o całym problemie i przyjmować go jak deszcz, burzę, czy inne zjawiska atmosferyczne.
Można by usiąść sobie na fotelu i ponarzekać na wszystkich swoich wrogów i złe zamiary bliskich i dalekich, głupków u steru, Tuska i z przekonania o własnej racji czerpać satysfakcję.
Co jednak zrobić, gdy się wie, że nie ma się racji, a nie ma się już siły by siebie zmieniać?◀ Lęk przed szaleństwem ◀ ► I ładnie i wygodnie ►
Komentarze
Pisze Pani:"Od czego więc zacząć z tym naprawianiem? Teoretycznie proste. Nie popadać w dawne błędy, nie tłumaczyć się z niczego, nie czynić innym przyjemności i przysług, jeśli nie odpłacają ci tym samym. Swoje rodzinne sentymenty ukryć tak głęboko, żeby nikt nie mógł czynić z nich broni przeciwko mnie."
Zadała Pani pytanie, Pani Katarzyno, które sama sobie, baaardzo świadomie, zadaję co jakiś czas, a konkretnie w sytuacjach wskazujących na wchodzenie w relacje z mniejszymi lub większymi "ssakami", którym z własnej, nieprzymuszonej woli czynię przyjemności i przysługi...i dostaję "po ogonie" - bo nie dość się staram, bo przeszkadzam swoją osobą, bo w relacji zwrotnej "za wysokie progi na moje nogi"...Czy aby na pewno z nieprzymuszonej woli to wszystko? Otóż dochodzę do wniosku, świadomie bardzo, że to jednak jest przymus...przymus nawyku wpojonego mi kiedyś tam; w domu, w szkole...przymus powtarzania cudzego/rodzinnego garbu psychicznego, rola dającej brzydko biorącym ...
I Pani pytanie za sto i więcej -:) punktów:"Co jednak zrobić, gdy się wie, że nie ma się racji, a nie ma się już siły by siebie zmieniać?" Pytanie podstawowej natury... wciąż szukam odpowiedzi satysfakcjonującej mnie poprzez nowe reagowanie na takie relacje ... A póki co ( w odpowiedzi połowicznej) strząsam mniej lub bardziej skutecznie tych i owych... z produktem ubocznym w postaci rozczarowania i pewnej dozy smutku...z auto-pytaniem się, już coraz rzadziej, bez odpowiedzi- Dlaczego tak?... dlaczego tak mało różowo? Pozdrawiam.
Aby komentować Zaloguj się lub Zarejestruj w Tarace.
