No i się doigrałam! Według pewnego komentatora do
poprzedniego odcinka jestem gender-propagandzistką — podobno — i choć, jak już
pisałam wcześniej, utraciłam zdolność odróżniania ironii od wypowiedzi serio,
mam jeszcze nadzieję, że komentator był ironistą.
Przypisanie
komuś określonego zespołu poglądów jest najprostszą w świecie rzeczą –
wystarczy zebrać do kupy coś, co nam się nie podoba i z czym się nie
identyfikujemy i... zawalczyć o coś wręcz przeciwnego.
Nikt w Polsce o
gender, a nawet jeszcze o feministkach nie słyszał, gdy żyła bohaterka
poprzedniego odcinka, wiejska dziewczyna oddana do służby w początku lat
sześćdziesiątych poprzedniego wieku. W Warszawie dopiero miano oddać Dworzec
Centralny, na którym można było się zgubić, jak nigdzie indziej w kraju (z
wyjątkiem Pałacu Kultury) i gdzie po raz pierwszy nad schodami zainstalowano zielone
wyświetlacze z godzinami odjazdów, a nie poruszające się na osi, uderzające o
siebie z trzaskiem, czarne klapki.
Światlejsi od niej słyszeli coś o
sufrażystkach, ale na ogół tylko to, że paliły staniki i były brzydkie i
podstarzałe, a młodym dziewczynom sama myśl, że baba z obwisłym, starczym
biustem miała by chodzić bez stanika była obmierzła. To były czasy
niewyobrażalne dla młodych obecnie: wiktorianizm angielski w sferze obyczajowej
pomieszany z praktyką maczystowską i ideologią komunistyczną – konglomerat
mogący wywołać u wrażliwszych osób objawy psychicznego trądziku.
W tamtych czasach nie było
żadnych (poza szklanką wody i praktykami magicznymi w rodzaju numerologii
antykoncepcyjnej) i badania organoleptycznego jakichś glutów (jeśli istniały w
ogóle) oraz wpatrywania się w fazy Księżyca żadnych środków chroniących przed
niechcianą ciążą. Filozofowie francuscy z Jeanem Paulem Sartrem na czele plus
grono wyznawców egzystencjalizmu oraz przyporządkowanymi mu żoną Simone de
Beauvoir i dość depresyjną przybraną córką opisywały dokładnie i propagowały w
swoich książkach jakieś dziwne przedmioty służące zapobieganiu, co pozwalało im
żyć prawie bez stresów i martwić się tylko o sprawy ducha i obowiązki humanisty
wobec problemu algierskiego oraz stosunek do komunizmu; ale tam była Francja, a
Polska tu.

Iwona trafiła do kierownika budowy jako służąca jego
kobiety, ale jeśli myślicie, że los pracodawczyni był lepszy i lżejszy niż
pracownicy, to się mylicie.
Nie na darmo matka Barbary w
czasie wizyt u córki już od drzwi wołała: — wyglądasz jak własna służąca!
Prawdziwa Barbara była żoną inżyniera stażysty, a nie kierownika budowy, co
oczywiście kazało jej żyć według reguł ustalanych przez innych.
Zacznijmy od
strojów. Ciężarna Barbara nie mogła kupić dla siebie żadnej sukienki, bo
takowych w sklepach nie było. Kobiety ubierały się wówczas w dopasowane
spódniczki i bluzki. Jeśli nie miało się znajomej krawcowej, trzeba było samemu
nauczyć się szyć, żeby sprokurować jakiś worek maskujący dla okrycia zniekształconej
(jak mówiono) figury. Wyprawki dla dziecka nie było po co szykować – pieluch
nie dało się kupić w sklepie, dostawało się je na przydział dopiero po
zarejestrowaniu dziecka, gdy się już urodziło. Tuzin tetrowych, 6 flanelowych,
także 6 kaftaników z cienkiego płócienka, 6 flanelowych, dwa kocyki, dwie pary
śpioszków i flaszkę oliwki dla niemowląt za pokwitowaniem w Radzie Narodowej. Mleko
w proszku było tylko na receptę dla dzieci chorych. To był największy kłopot,
ponieważ trudno było niemowlęta karmić odciąganym mlekiem z bańki, sprzedawanym
w sklepie do przyniesionych naczyń po uprzednim „ochrzczeniu” go wodą, a w
mieście znaleźć krowę, to było jak trafić w totalizatora sportowego. W sklepach
ani aptekach nie było waty, ligniny, podpasek, a gdy się pokazały, ustawiały
się po nie długie kolejki. Matki małych dzieci oskarżały pozostałe kobiety, że
zamiast używać jak drzewiej bywało starych szmat, wykupywały po znajomości pieluchową
tetrę z metra. W małych miasteczkach wiedziano nawet, kto był taki bezczelny.
Ciężarna nie
miała żadnych praw, poza tym, że nie można było jej zwolnić z pracy, jeśli
udało się ukryć ciążę do 6-go miesiąca, a okres próbny w każdej pracy wynosił 3
miesiące. Kiedy więc kobieta zachodziła w ciążę (a pewności nabywała w 3
miesiącu lub niewiele wcześniej i podejmowała nową pracę, ostatnie dni okresu
próbnego przeżywały w strachu – pracodawcy i szefowie przecież sroce spod ogona
nie wypadli i przyglądali się pilnie młodym pracownicom w przededniu podpisania
cyrografu. Co sprytniejsi wysyłali przed zatrudnieniem kandydatki do ginekologa
po stosowne zaświadczenie. Gdy po którejś widać było coś wcześniej, natychmiast
dostawała wymówienie. Oczywiście nikt jej już z widocznym brzuchem nie
zatrudnił. Urlop macierzyński, niezależnie od tego, czy matka spodziewała się
jednego dziecka czy bliźniaków albo nawet trojaczków, trwał 3 miesiące minus
dwa tygodnie, które należało wykorzystać przed porodem. Jeśli się nie
wykorzystało – przepadały.
Barbara
pracowała na budowie jako kontystka – bo taki był wolny etat. Jej praca
polegała na zapisywaniu stanu magazynu (w postaci kartotek) i wydawaniu kwitów.
Magazynier był niepiśmienny, więc Barbara męczyła się usiłując przetłumaczyć
jego polecenie wydania np. „1 szt rabcug od abcuga” na język polski i nazwę
produktu, nie mając zresztą ku temu żadnych pomocnych materiałów np. w postaci katalogów. Marzła,
bo magazyny budowlane były zimą nieocieplane, ale jako pracownikowi umysłowemu
nie przysługiwał wrzątek i zupa regeneracyjna (co przysługiwało magazynierowi).
Musiała także zapłacić za gumofilce, niezbędne do pokonywania terenu, które
sprzątaczka lub herbaciarka, jako pracownice fizyczne, otrzymywały z przydziału.
To były czasy, gdy pracownik fizyczny teoretycznie wg prawa był lepszy od
umysłowego (chyba że był szefem wszystkiego). Szefowie zaś, jak dziś, lubili
pomiatać ludźmi, fizycznymi i umysłowymi, po równo. Pewnego staruszka, ciecia,
zmuszano do regularnego mycia w kałuży butów dyrekcji, gdy ta zechciała
nawiedzić budowę. 4 wołgi x 4 pasażerów x 2 buty x 2 (wejście i wyjście) = 64
sztuki x pochylenie się i wyprostowanie przy każdej. Niezależnie od bólu pleców
było mu przykro, zwłaszcza gdy przywoływał wspomnienia z obozu
koncentracyjnego, gdzie jako więzień musiał robić to samo.
Barbara dojeżdżała
do pracy ciężarówką z robotnikami i z każdym dniem z wielkim brzuchem coraz
trudniej było wdrapywać się jej na skrzynię. Miejsce obok kierowcy
zarezerwowane było dla kierownika. Potem robotnicy przytargali skądś krzesło,
które zdejmowano z ciężarówki i na które wchodziła Barbara, a potem ją wciągano
na górę. Któregoś dnia nie była w stanie wejść na krzesło i kierownik wydał
polecenie, żeby odjechać bez niej. Wówczas kierowca odmówił dalszej jazdy i po
raz pierwszy i ostatni mogła usiąść obok niego. Potem ciężarówka przestała już
zajeżdżać po nią i Barbara czekała na pekaes, w związku z czym przychodziła do
pracy później o półtorej godziny i później też z niej wychodziła.
Robotnicy
lubili sobie kpić z bab. Potrafili podjechać cichutko jakąś maszyną, na
przykład koparką do samej Barbary (w błocie nie było nic słychać) i znienacka
zatrąbić. Raz Barbara szarpnęła się i przewróciła, po czym odwieziono ją do
szpitala. Dostała trzy dni zwolnienia i musiała wrócić do pracy. Nabijano się
też z niej, że jadła kredę. Na szczęście pomysły dowcipnisiów, żeby wsypać jej
do przydziałowego mleka wapna budowlanego (w magazynie przechowywano też
chemikalia, mleko było traktowane jako odtrutka) zostały w sferze niespełnionych projektów,
jednak Barbara zawsze ulewała nieco swojego mleka na spodeczek kotu, zanim
wzięła go do ust. Jeśli kot nie chciał pić – wylewała mleko.
Nieszczelne okienko
kanciapy, w której miała swoje biurko, przytykało w części do dystrybutora
paliw i smród benzyny był dla Barbary chyba czymś najgorszym z codziennych dolegliwości.
Aż do końca ciąży wymiotowała po kilka razy dziennie. Jej żołądek niczego nie
utrzymywał poza mlekiem i odrobiną białego sera. W ciągu całej ciąży chudła –
po porodzie ważyła zaledwie 40
kg
Urodziła wcześniaka w siódmym
miesiącu. Po trzymiesięcznym urlopie macierzyńskim wróciła do pracy, ale
pracowała na stojąco, bo z powodu bólu źle założonych szwów nie mogła usiąść na
krześle. Z pracy musiała zrezygnować i wrócić do swojej rodziny w innym mieście.
Barbara, choć
buntownicza z natury nie wiedziała oczywiście, że była feministką. Jeszcze
wiele lat później uważała, że świat jest tak urządzony na stałe i ubolewała nad
swoją niepokornym charakterem, który nie pozwalał jej gładko przyjmować
upokorzeń, jak robiły to inne kobiety.
Kiedy to
zrozumiała? Miała już dobrze po czterdziestce i pracowała na o wiele
poważniejszym stanowisku głównego specjalisty, gdy zmuszona do zmycia stosu
filiżanek po kawie w przerwie jakiejś konferencji, uświadamiana przez stojącego
nad jej głową prezesa, że niestety, w firmie chwilowo nie ma innych kobiet i że
nie może takiego zadania zlecić jej podwładnemu, mężczyźnie, bo jakby to
wyglądało, niech sama powie? — cisnęła tacą o ziemię. Ale to już całkiem inna
historia.
Kiedy mówimy
jednak o „ideologii gender” wszystko się sprowadza do jednego odczucia
niektórych samców, wywołującego ich paniczne przerażenie: Jakby to wyglądało, gdyby one były takie same jak my!