zdjęcie Autora

23 listopada 2012

Katarzyna Urbanowicz

Serial: Babcia ezoteryczna
Ubezpieczenie od ognia w spodniach

Kategoria: Twórczość

◀ Rozmowy podsłuchane ◀ ► Siedemdziesięciolecie ►

Jeżeli sądzicie, że posłowie za czasów PRL byli mądrzejsi i światlejsi niż dziś, to bardzo się mylicie.

         Pracowałam we wspomnianej już Centrali gdy pewien poseł w czasie dyskusji nad zakresem obowiązkowych ubezpieczeń w gospodarstwach rolnych zgłosił w sejmie interpelację w sprawie zmian w dotychczasowych warunkach. Stosowne żądanie dokonania zmian trafiło kolejno z Sejmu do Prezesa Centrali, Dyrektora Biura, mojego szefa, który scedował sprawę na mnie (tę ofiarę bez mgr przy nazwisku)

         Nazwa ubezpieczenia brzmiała: „Od ognia i innych zdarzeń losowych”. Pod pojęciem inne zdarzenia losowe rozumiano wyliczone w treści warunków: trzęsienie, zapadanie i usuwanie się ziemi, huragan, grad, ulewę nawalną, powódź itp. plagi.

         Życzenia były dwa: pierwsze dotyczyło skrócenia nazwy ubezpieczenia, bo była, zdaniem posłów, zbyt długa i trudno było ją zapamiętać, drugie zaś, na pozór stanowiące odwrotność pierwszego, nakazywało rozszerzyć nazwę o ryzyko elementów.

         Zdaniem posła (ów) nazwa powinna brzmieć: „Obowiązkowe ubezpieczenie od ognia i elementów”.

         Ki diabeł z tymi elementami? Nie mogłam spytać bezpośrednio posła (za wysokie progi...), moi szefowie nie chcieli też, żebym zawracała im głowy, w końcu informację uzyskałam od pewnej sekretarki, która czytała protokół z sejmowego posiedzenia.

         Okazało się, że posłom chodziło o alimenty (całkiem serio!) – ubezpieczenie od alimentów. Tylko nieco szwankował w ich horoskopach Merkury – zapewne był „uszkodzony” (to też przesąd?).

         Przygotowałam stosowny projekt i wówczas nawet moi szefowie zrozumieli, że ubezpieczenie od ognia w spodniach nie jest najlepszym pomysłem.

         Posłów poinformowano, że wprowadzenie zmian opóźnia się z powodu niekompetencji pewnej niedokształconej urzędniczki, którą już pouczono i sprawa się odciągnie, ale nie przepadnie itp. Nie muszę dodawać, że ubezpieczenia tego nigdy nie wprowadzono.

         Jak zwykle zaś: kowal zawinił, a Cygana powiesili.

 

         Z ubezpieczeniami i szkodami ludzie zazwyczaj mieli trudności. Także we wczesnych latach siedemdziesiątych panie psycholożki, oceniające stan gotowości szkolnej moich synów, których chciałam posłać pół roku wcześniej do szkoły.

         Na przesłuchanie dzieci udały się z babcią, która tyle wiedziała o specyfice mojej pracy, co dzieci.

         Pani psycholog spytała chłopców: Gdzie wasza mama pracuje? Dzieci nie wiedziały, jak odpowiedzieć. Pani psycholog drążyła więc: w biurze, w fabryce, w sklepie, na budowie? Chłopcy wiedzieli, że w żadnym z tych miejsc i że mama jeździ w delegacje. Któryś z chłopców rezolutnie stwierdził, że wprawdzie nie może powiedzieć, gdzie mama pracuje, ale za to wie, na czym się mama zna.

— Na czym się więc zna? — pytała dalej pani psycholog. Obaj odpowiedzieli razem, jak na komendę:

— Mama zna się na szkodach.

Panie psycholog relacjonowały babci przesłuchanie z oburzeniem, każąc natychmiast stawić się matce.

— O czym te dzieci mówią? Na jakim świecie żyją? Co to znaczy szkoda? Szkoda czego? Komu? Jak można znać się na czymś takim?!

W konsekwencji uznano, że dzieci nie są jeszcze gotowe pójść do szkoły, ale za to z puli psychologów uzyskałam natychmiastowe skierowanie malców do przedszkola bez kolejki, o co bezskutecznie wcześniej zabiegałam.

Nie ma więc tego złego, co by na dobre nie wyszło.

Od tamtej pory uważam jednak astrologię i tarota za bardziej sprawdzalne niż psychologia (i ekonomia). Zwłaszcza, że kiedyś wyprowadziłam w pole biegłą psycholog. To była frajda!

◀ Rozmowy podsłuchane ◀ ► Siedemdziesięciolecie ►

Aby komentować Zaloguj się lub Zarejestruj w Tarace.

X Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)