11 marca 2012
Xena
Serial: Sny i wizje
Ucieczka z matrixa
◀ Znów woda ◀ ► Zamordowałam faceta ►
Zwiedzałam z matką jakieś nowoczesne więzienie. Była to chyba indywidualna wycieczka. Miałyśmy przewodnika przydzielonego specjalnie do tego celu spośród pracowników. Wcześniej chyba dużo słyszałyśmy o tym miejscu i postanowiłyśmy zobaczyć, jak to na prawdę wygląda. Ubrany w biały kombinezon przewodnik oprowadzał nas po korytarzu (wszędzie białe ściany i drzwi) i pokazywał, co gdzie się znajduje. W końcu przeprowadził nas przez niewielką przestrzeń oddzieloną dwoma grubymi drzwiami i dopiero tu włączyła mi się świadomość, przez co nie pamiętałam, jak weszłyśmy. Po zamknięciu drugich drzwi weszłyśmy do większego pomieszczenia, na którego drugim końcu była stróżówka z dwoma strażnikami. W tę rolę wcielili się dwaj ochroniarze, z którymi rozmawiałam na mieście latem ub.r. Dopiero w tym pomieszczeniu przewodnik zaczął snuć opowieść o więzieniu i o metodach działania systemu. Dowiedziałyśmy się, że trafiało się tam za zupełnie abstrakcyjne „przewinienia” (z podanych przykładów zapamiętałam tylko „niezałożenie czapki”), przez co bardzo łatwo było tam trafić i mogło to spotkać praktycznie każdego, a ten, kto zostawał uwięziony nawet nie zauważał kiedy i że to się w ogóle stało, bo więźniowie poddawani byli praniu mózgu przy pomocy sztucznie wywoływanych halucynacji , w których wiedli „normalne”, czyli w pełni zgodne z głównym programem (linią władzy), życie. Nie powiedziano nam, w jaki sposób uzyskiwane są halucynacje, ale czułam, że sprawcą jest silne pole elektromagnetyczne, jakie dawało się odczuć w całym budynku, choć wszystkie cele miały specjalnie skonstruowane, grube ściany, tak by przechodziło przez nie jak najmniej. Okazało się, że umysły wszystkich mieszkańców miasta poddawane były stałej inwigilacji przy użyciu systemu komputerowego i to nie ludzie decydowali, kto trafiał do więzienia, tylko program komputerowy, który automatycznie wyłapywał wszystkie błędy w systemie. Główny komputer po sieci przekazywał informację do peryferyjnych komputerów, które na bieżąco obsługiwane były przez ludzi wydających polecenia policjantom wysyłanym do ludzi, którzy dopuścili się błędu wykraczającego ponad założoną normę. Ludzie tacy zabierani byli ze swoich domów i przyprowadzani do pomieszczenia, w którym słuchałyśmy opowieści. Tam każdemu nowo przybyłemu zakładano na prawą rękę opaskę przypominającą z wyglądu taki jakby metalowy łańcuszek z kulkami, jakie czasami są przy metkach ubrań i umieszczano go w jednoosobowej celi z białymi ścianami. Odbywało się to bez żadnego procesu, człowiek zarejestrowany przez komputer jako więzień nie miał szans na obronę i praktycznie nikt się stamtąd nie wydostawał, a jeśli już to się zdarzyło, to były to pojedyncze jednostki i wszyscy zostali wyciągnięci przez kogoś, głównie z rodziny. Samodzielne opuszczenie więzienia było praktycznie niemożliwe.
Zaczęłam rozmawiać z jednym z ochroniarzy, bo wydał mi się znajomy. Nie mogłam uwierzyć w to, co usłyszałam i chyba chciałam jakiegoś potwierdzenia. Nie chciałam tego zaakceptować. Postanowiłam coś chyba sprawdzić i popatrzyłam w oczy ochroniarzowi, na co z jego oczu poszło jakieś oślepiające, sztuczne światło, co potwierdziło skuteczność halucynacji. Ochroniarz powiedział, że to nie on to generuje, tylko komputer i zaraz będą musieli mnie zamknąć, bo to co zrobiłam, było wykroczeniem. Spytałam, czy jest jakaś szansa na uniknięcie tego, ale on powiedział, że nie. Za chwilę przyszedł człowiek w białym kombinezonie, stanął obok przewodnika wycieczki i założył mi opaskę na rękę. Moja matka zaczęła rozmawiać z przewodnikiem, próbując dowiedzieć się, czy jest jakaś szansa na to, by to odkręcić i by mnie nie zabierali, skoro już były przypadki, w których rodzinie pozwalano zabrać więźnia. W końcu w efekcie tej rozmowy okazało się, że matce też chciano założyć opaskę na rękę. Tu pamięć się urywa i nie pamiętam, jak to się stało, że znalazłyśmy się w tym pomieszczeniu same ze strażnikami. Miałyśmy tylko chwilę. Ochroniarz, z którym rozmawiałam wcześniej powiedział o tym, że jest już zmęczony tą pracą, że zawsze kiedy wraca do domu, jeszcze długo ma halucynacje, a on ich bardzo nie lubi. Powiedział, że musi na chwilę wyjść do toalety, a jego towarzysz powiedział, że on też i obaj wyszli do toalety, co było sugestią, że możemy uciekać. Po chwili zastanowienia wyszłyśmy szybkim krokiem przez drzwi i następne drzwi, potem poszłyśmy w prawo. Szłyśmy korytarzem, który przypominał korytarz normalnego budynku, jakiegoś biurowca. Po korytarzu od jednego pokoju do drugiego chodzili urzędnicy z papierami i nie zwracali na nas uwagi. Gdy w końcu doszłyśmy do jakichś zamkniętych drzwi uświadomiłyśmy sobie, że nie pamiętamy, jak właściwie tam się dostałyśmy i nie wiemy, dokąd iść. Zaczęłyśmy krążyć po jakichś ciemnych, pustych pomieszczeniach, w końcu zawróciłyśmy i poszłyśmy inaczej. Gdy byłyśmy blisko okien, przypomniałam sobie o opasce na mojej ręce i pomyślałam, że trzeba ją ściągnąć. Poprosiłam matkę o nożyk, a ona podała mi mój scyzoryk, którego nożyk okazał się w połowie wyszczerbiony, skorodowany i wypadał. Idąc próbowałam nim przekroić opaskę, ale ona tylko coraz bardziej zaciskała mi się na ręce. Idąc minęłyśmy okno, za którym jakieś dzieciaki uwiązane jeden do drugiego jak w zaprzęgu biegały w kółko po niewielkim kwadratowym podwórku. Zatrzymałyśmy się chwilę, przyglądając się temu. Matka powiedziała: „Patrz, to są te zaprzęgi…” jakbyśmy wcześniej słyszały o tym. Na parapecie dostrzegłam nożyczki i wzięłam je do ręki, by za ich pomocą przeciąć opaskę. Ruszyłyśmy dalej. Idąc przecięłam opaskę z łatwością i upuściłam ją na ziemię, jednak okazało się, że dopiero wtedy zaczęto nas szukać. Byłyśmy już blisko wyjścia. Matka znalazła po drodze nożyczki i wzięła ze sobą. Wyszłyśmy na zewnątrz. Zza lewej ściany wyłonił się jakiś ciężki pojazd, przypominający wyglądem kombajn. Był cały żółty i kierował go człowiek, który wyglądał jak zahipnotyzowany. Pojazd służył do rozklejania grubej, żółtej taśmy malarskiej. Usłyszałyśmy donośny głos (czy to z megafonów, czy to w naszych głowach), informujący o tym, że nie uciekniemy stąd, bo ten pan będzie za nami jechał aż do skutku. Początek taśmy był zaczepiony z lewej strony o ścianę budynku. Biegłyśmy równo z pojazdem i nie mogłyśmy go wyprzedzić. Co myślałyśmy, że już nam się uda, to z lewej strony pojawiała się ściana taśmy. Miałyśmy jednak nożyczki, więc wyciągnęłyśmy je i zaczęłyśmy ciąć taśmę. Tu znów pamięć się urywa. W jakiś sposób wydostałyśmy się z linii, po której jechał pojazd i zaczęłyśmy uciekać często zmieniając kierunek, by go zmylić, bo wydawało się, że kierowca nie umiał wykonywać tą maszyną skomplikowanych manewrów. Nie pamiętam, jak to się stało, że weszłyśmy do wychodka. Chyba weszłyśmy kiedy byłyśmy już dużo z przodu. Myślałyśmy, że uda nam się tam schować i kierowca maszyny nie zauważy nas, ale wkrótce kierowca przyjechał i okazało się, że nie tylko nas zauważył, ale i potrafił poruszać się w różnych kierunkach. Podjechał pod wychodek, zaczął jeździć w szybkim tempie dookoła niego i oklejać go taśmą. Gdy nas w ten sposób zakleił, pojechał, ale wiedziałyśmy, że zaraz po nas przyjdą pracownicy więzienia, by nas zamknąć i zaczęłyśmy kombinować, co robić. Miałyśmy nożyczki, mogłyśmy się wydostać, ale trzeba to było dobrze przemyśleć. Kiedy mężczyzna na maszynie pojechał, zobaczyłam, że na zewnątrz mocno świeci Słońce, co dawało nadzieję. Wtedy zostałam obudzona przez matkę.
Zaczęłam rozmawiać z jednym z ochroniarzy, bo wydał mi się znajomy. Nie mogłam uwierzyć w to, co usłyszałam i chyba chciałam jakiegoś potwierdzenia. Nie chciałam tego zaakceptować. Postanowiłam coś chyba sprawdzić i popatrzyłam w oczy ochroniarzowi, na co z jego oczu poszło jakieś oślepiające, sztuczne światło, co potwierdziło skuteczność halucynacji. Ochroniarz powiedział, że to nie on to generuje, tylko komputer i zaraz będą musieli mnie zamknąć, bo to co zrobiłam, było wykroczeniem. Spytałam, czy jest jakaś szansa na uniknięcie tego, ale on powiedział, że nie. Za chwilę przyszedł człowiek w białym kombinezonie, stanął obok przewodnika wycieczki i założył mi opaskę na rękę. Moja matka zaczęła rozmawiać z przewodnikiem, próbując dowiedzieć się, czy jest jakaś szansa na to, by to odkręcić i by mnie nie zabierali, skoro już były przypadki, w których rodzinie pozwalano zabrać więźnia. W końcu w efekcie tej rozmowy okazało się, że matce też chciano założyć opaskę na rękę. Tu pamięć się urywa i nie pamiętam, jak to się stało, że znalazłyśmy się w tym pomieszczeniu same ze strażnikami. Miałyśmy tylko chwilę. Ochroniarz, z którym rozmawiałam wcześniej powiedział o tym, że jest już zmęczony tą pracą, że zawsze kiedy wraca do domu, jeszcze długo ma halucynacje, a on ich bardzo nie lubi. Powiedział, że musi na chwilę wyjść do toalety, a jego towarzysz powiedział, że on też i obaj wyszli do toalety, co było sugestią, że możemy uciekać. Po chwili zastanowienia wyszłyśmy szybkim krokiem przez drzwi i następne drzwi, potem poszłyśmy w prawo. Szłyśmy korytarzem, który przypominał korytarz normalnego budynku, jakiegoś biurowca. Po korytarzu od jednego pokoju do drugiego chodzili urzędnicy z papierami i nie zwracali na nas uwagi. Gdy w końcu doszłyśmy do jakichś zamkniętych drzwi uświadomiłyśmy sobie, że nie pamiętamy, jak właściwie tam się dostałyśmy i nie wiemy, dokąd iść. Zaczęłyśmy krążyć po jakichś ciemnych, pustych pomieszczeniach, w końcu zawróciłyśmy i poszłyśmy inaczej. Gdy byłyśmy blisko okien, przypomniałam sobie o opasce na mojej ręce i pomyślałam, że trzeba ją ściągnąć. Poprosiłam matkę o nożyk, a ona podała mi mój scyzoryk, którego nożyk okazał się w połowie wyszczerbiony, skorodowany i wypadał. Idąc próbowałam nim przekroić opaskę, ale ona tylko coraz bardziej zaciskała mi się na ręce. Idąc minęłyśmy okno, za którym jakieś dzieciaki uwiązane jeden do drugiego jak w zaprzęgu biegały w kółko po niewielkim kwadratowym podwórku. Zatrzymałyśmy się chwilę, przyglądając się temu. Matka powiedziała: „Patrz, to są te zaprzęgi…” jakbyśmy wcześniej słyszały o tym. Na parapecie dostrzegłam nożyczki i wzięłam je do ręki, by za ich pomocą przeciąć opaskę. Ruszyłyśmy dalej. Idąc przecięłam opaskę z łatwością i upuściłam ją na ziemię, jednak okazało się, że dopiero wtedy zaczęto nas szukać. Byłyśmy już blisko wyjścia. Matka znalazła po drodze nożyczki i wzięła ze sobą. Wyszłyśmy na zewnątrz. Zza lewej ściany wyłonił się jakiś ciężki pojazd, przypominający wyglądem kombajn. Był cały żółty i kierował go człowiek, który wyglądał jak zahipnotyzowany. Pojazd służył do rozklejania grubej, żółtej taśmy malarskiej. Usłyszałyśmy donośny głos (czy to z megafonów, czy to w naszych głowach), informujący o tym, że nie uciekniemy stąd, bo ten pan będzie za nami jechał aż do skutku. Początek taśmy był zaczepiony z lewej strony o ścianę budynku. Biegłyśmy równo z pojazdem i nie mogłyśmy go wyprzedzić. Co myślałyśmy, że już nam się uda, to z lewej strony pojawiała się ściana taśmy. Miałyśmy jednak nożyczki, więc wyciągnęłyśmy je i zaczęłyśmy ciąć taśmę. Tu znów pamięć się urywa. W jakiś sposób wydostałyśmy się z linii, po której jechał pojazd i zaczęłyśmy uciekać często zmieniając kierunek, by go zmylić, bo wydawało się, że kierowca nie umiał wykonywać tą maszyną skomplikowanych manewrów. Nie pamiętam, jak to się stało, że weszłyśmy do wychodka. Chyba weszłyśmy kiedy byłyśmy już dużo z przodu. Myślałyśmy, że uda nam się tam schować i kierowca maszyny nie zauważy nas, ale wkrótce kierowca przyjechał i okazało się, że nie tylko nas zauważył, ale i potrafił poruszać się w różnych kierunkach. Podjechał pod wychodek, zaczął jeździć w szybkim tempie dookoła niego i oklejać go taśmą. Gdy nas w ten sposób zakleił, pojechał, ale wiedziałyśmy, że zaraz po nas przyjdą pracownicy więzienia, by nas zamknąć i zaczęłyśmy kombinować, co robić. Miałyśmy nożyczki, mogłyśmy się wydostać, ale trzeba to było dobrze przemyśleć. Kiedy mężczyzna na maszynie pojechał, zobaczyłam, że na zewnątrz mocno świeci Słońce, co dawało nadzieję. Wtedy zostałam obudzona przez matkę.
◀ Znów woda ◀ ► Zamordowałam faceta ►
Aby komentować Zaloguj się lub Zarejestruj w Tarace.