11 października 2008
Wojciech Jóźwiak
Uroczystość czyli język (polski) jako przewodnik
Jak chronić miejsca ćwiczeń przed pomieszaniem, zgodnie ze wskazówkami zawartymi w naszym języku
Kiedy odwiązujemy koty, powstaje niebezpieczeństwo, że wkradnie się chaos.
Anegdotę Anthony'ego de Mello o wiązaniu kota przypomniała kiedyś w Tarace Maria Dzierżanowska ("Nie przywiązujmy kota. Szamanizm i prawa autorskie". 31.10.2003). Oto kiedyś pewien guru miał kota i uczniów, którym kot przeszkadzał w medytacjach; więc guru nakazał wiązać kota do drzewa przed ceremonią. Minęły lata, najpierw umarł guru, potem kot. Wtedy następca guru kupił nowego kota, żeby go wiązać.
Przypowieść ta stosuje się do praktyk neoszamanizmu lub Twardej Ścieżki, które choć często wywodzą się z tradycji różnych narodów i kultur - Indian, Hindusów, Tybetańczyków - to są przez nas odłączane od tych tradycji, co jest spowodowane tym, że u nas wiele składników tamtych praktyk staje się niczym więcej, jak wiązaniem kota.
Podczas łaźni, wzorowanej w jakimś stopniu na indiańskim szałasie potu, takim wiązaniem kota są - lub mogą się wydać - takie szczegóły, jak: sypanie kopczyka-ołtarza z ziemi wydobytej ze środkowego dołka na kamienie, albo chodzenie w prawo. Tamten kopczyk oryginalnie służy do ustawiania na nim świętych przedmiotów, które noszą Indianie lub ich Biali naśladowcy, przede wszystkim świętych fajek. Ale jeśli nie mamy i nie praktykujemy świętych fajek ani nie nosimy na szyjach woreczków z lekami, to do czego ma służyć kopczyk? Chyba tylko na pamiątkę tego, że tak gdzieś kiedyś było u Indian. Ale w tym momencie to staje się jawnym wiązaniem kota! Z innymi działaniami jest podobnie. Na wiązanie kota mogą wyglądać takie rzeczy, jak zakaz przestępowania linii łączącej ognisko z wejściem do szałasu, nakaz okrążania w prawo ogniska i kamieniska (gorących kamieni w szałasie), albo budowanie szałasu wejściem na wschód.
Jeśli zdecydujemy się odwiązać wszystkie koty, powinniśmy zaprzestać tych wszystkich zachowań i reguł, które nie mają technicznego uzasadnienia. Czyli, w przypadku szałasu potu, wszystkiego, co nie pomaga wprost w uzyskaniu wysokiej temperatury w szałasie.
Jednak wszystkie te szczegółowe i tradycyjne regulacje, które zniknęłyby w ramach odwiązywania kotów, mają pewien sens. Mianowicie budują one atmosferę nie-zwyczajności, niezwykłości, niesamowitości - więc właściwie, sakralności. Sakralne jest przecież to, co nie-zwyczajne, nie-codzienne. Sakralnymi są przestrzeń i czas, gdzie ludzie zachowują się inaczej niż normalnie, na codzień. Jeśli nie mamy środków metafizycznych aby zdefiniować sakralność i odróżnić ją od codzienności, to znaczy jeśli określone wydarzenia widzimy tylko okiem obserwatora i nie przyjmujemy objaśnień w rodzaju, że sakralny czas i przestrzeń poznaje się po tym, że jawi się tam jakiś duch lub bóstwo lub chociaż jego obecność - objaśnienia, które chętnie przyjęliby wierzący - to pozostaje nam sakralność miejsca, czasu i wydarzenia poznawać po tym tylko, że jego uczestnicy zachowują się w nim inaczej niż na codzień, zachowują się niecodziennie. W tym celu zaś przestrzegają pewnej liczby reguł, które nie wymagają uzasadnienia i wystarczy, że są przestrzegane. Więc także jeśli stajemy się uczestnikami niecodziennych wydarzeń, powinniśmy sami zachowywać się niecodziennie. Jak jednak to uczynić, skoro nastawieni jesteśmy na odwiązywanie kotów - na redukowanie, upraszczanie?
Kiedy już wszystkie koty, które uda się odwiązać, zostaną odwiązane, pojawia się taka niedogodność, że wtedy ich miejsce zajmą zachowania zwykłe i potoczne: zwykłe rozłażenie się i gadanie, a razem z nimi zwykły - wcale nie jakiś "nadzwyczajny" - chaos umysłów. Właśnie ten codzienny bałagan w umysłach, od którego chcąc na jakiś czas uciec, przecież urządzaliśmy nasze ceremonie.
Jakie jest wyjście z tego koła? Z jednej strony mamy nieautentyczne kopiowanie, papugowanie zwyczajów, które nie są nasze - czyli tamto wiązanie kota; z drugiej strony mamy codzienny banalny chaos, przed którym uciekamy do ceremonii. Które jawią się jako wiązanie kota...
Rozwiązanie podpowiada nam nasz język. Język polski i słowiański, który choć ma swoje słabości, to jednak w jakimś stopniu łączy nas z naszymi przodkami i w jakimś stopniu zastępuje niedobór rodzimych duchowych tradycji. Otóż w naszym języku mamy słowo, które wyraźnie wskazuje na pewną słowiańską osobliwość. Otóż dawni Słowianie byli demokratami, jeśli nie anarchistami, tak w zakresie władzy, jak i religii. Nie mieli swoich władców i tym się różnili od swoich sąsiadów Germanów, że nie znali ich rodowego charakterystycznego wynalazku, który tamci wnieśli do cywilizacji - mam na myśli wdrukowane kulturowo posłuszeństwo dla dynastów. To był charakterystyczny wynalazek Germanów, można powiedzieć, germańskiego ducha: że uznawano, iż pewnym jednostkom należy się posłuch tylko z racji urodzenia. Że ludzie urodzeni w pewnych rodzinach to mają do siebie, że jak coś powiedzą, nakażą, to inni to czynią, wykonują ich rozkazy. Dawni Germanowie mieli zakodowaną w umysłach ideę dziedzicznej arystokracji, ideę dynastii - której brakowało na przykład Rzymianom, którzy w swojej długiej historii nie umieli sobie poradzić z problemem przekazywania władzy. Dlatego kiedy (pod koniec Cesarstwa na Zachodzie) przyszło do kryzysu, górę wzięli Germanie, właśnie przez to, że chętniej słuchali swoich naczelników, tylko dlatego, że ci pochodzili z rodu dziedzicznych rozkazodawców. (Ale nie Słowianie... Ci nie znali instytucji dziedzicznych władców, mieli co najwyżej doraźnych woje-wodów, wajdów - i demokratyczne wiecowanie.)
Gdy od władzy przejść do religii, widać, że Słowianie nie mieli także innego wdruku, tego który do powszechnej cywilizacji wnieśli jako swój rodowy wynalazek Semici (tzn. Żydzi, Arabowie, Aramejczycy) - mam na myśli histeryczne, zatraceńcze oddanie się bogom lub bogu, i związane tym ślepe fanatyczne oddanie żywione dla ludzi, którzy ogłaszali się wyrazicielami woli bogów, ich przekazicielami - czyli fanatyczne oddanie dla proroków. (Jakoś porównywalne i podobne do germańskiej czci dla "krwi".)
Z czego to wnioskujemy? Naszym i słowiańskim słowem na to, co niecodzienne i sakralne, jest uroczystość. Słowo to należy do rdzenia ROK/REK, wraz z taki słowami jak rzec, o-rzek-ać, o-rzecz-enie, wy-rok, ale też po prostu rok - które to słowo źródłowo oznaczało "umówiony okres czasu", który najczęściej trwał od jednego zimowego przesilenia do następnego. Cykl solarnych przemian w świecie, coś przecież najściślej naturalnego - nazwany został u Słowian od czynności umawiania się, od ludzkiej umowy!... niebywałe. Gdy zestawić to ze słowem u-rok, u-rzec, poznajemy wielkość wiary w potęgę mówionego słowa u Słowian.
Miano zarówno uroczystości jak i miejsca odbywania uroczystości czyli uroczyska, pochodzą od rdzenia ROK czyli od umowy. Nasi (tacy jakimi ich myślimy...) przodkowie pewne miejsca, czasy i czynności uważali za nie-zwykłe, nie-codzienne i wyróżnione nie dlatego, że takimi były z woli i autorytetu władców, ani dlatego, że tak nakazywała cześć żywiona dla wiodącego ich proroka. Nie, oni nie byli i nie czuli się prowadzeni ani przez arystokratów ani przez "usta boga". Doświadczali czegoś szczególnego w pewnym miejscu i czasie, ponieważ tak się co do tego miejsca i czasu umówili-uroczyli. Zobowiązywała ich umowa.
I niech to będzie ICH wskazówką dla NAS. Powinniśmy się umówić, że pewne nasze działania uznajemy za nie-zwykłe i chronimy je tak jak umiemy przed rozproszeniem, i moc tego umówienia się powinna nam wystarczać.
Wojciech Jóźwiak
Najpierw powiedziane na zjeździe Taraki w Brodkach 3 października 2008.
Aby komentować Zaloguj się lub Zarejestruj w Tarace.
