06 czerwca 2009
Wojciech Jóźwiak
Wywołując diabła z lasu
O filmie "Antychryst" Larsa von Triera
Na filmie "Antychryst" Larsa von Triera byłem. Streścił go dość dokładnie Mirosław Miniszewski (w Tarace - TU). Film należy do dobrze zdefiniowanego gatunku: jest to horror psychiatryczny (nie wiem, czy taka nazwa jest przyjęta) czyli opowiada o tym, jak świat szaleńca-psychotyka wnika do realu, siejąc grozę. Film von Triera jest dość podobny do klasyki tego gatunku, mianowicie do Shining'u Stanleya Kubricka z niezapomnianym Jackiem Nicholsonem w roli psychopaty-mordercy. Tam szaleńcem był zamknięty na odosobnieniu wraz z żoną i synkiem mężczyzna, pisarz-nieudacznik - tutaj szalenicą jest kobieta niemogąca napisać pracy dyplomowej, a rzecz też dzieje się w miejscu odosobnionym. Tutaj tak samo jak tam mamy mikroświat: kobieta, mężczyzna i dziecko, z tą różnica, że tu dziecko ginie, a mężczyzna i kobieta są każde zarówno ofiarą i katem. - On ją, obłudnie, "dla jej dobra", dręczy psychicznie, ona jego torturuje (potwornie!) fizycznie; on ją zabija (bardzo mało elegancko, dodam. Sorry, że zdradzam zakończenie). W starciu tych dwojga, mężczyzna reprezentuje Rozum, kobieta - Emocje. Kobieta w toku swoich studiów historycznych, które prowadzi, nad prześladowaniami czarownic...
Tu dygresja: GŁUPI TŁUMACZU! Gdybyś w mateczniku siedział... Nie, wróć! Nie ta bajka. - Gdybyś zajrzał do słownika, widząc nieznane ci słowo... Nie musiałbym się za ciebie wstydzić potem w kinie. Otóż w filmie trzy razy pojawia się słowo gynocide. Dwa razy jako tytuł książki, lektury Kobiety do jej dyplomu, raz jako napis odręczny. Za każdym razem nieszczęsny tłumacz przełożył je jako "ludobójstwo", robiąc widzów w trąbę. Bo to znaczy: KOBIETOBÓJSTWO. A w tym kontekście, eksterminacja rzekomych czarownic, głownie w krajach germańskich i głównie w XVI-XVII wiekach. Ludobójstwo byłoby po ang. genocide. Jedna literka różnicy, a jaki obciach. Bo tłumacz myślał, że wie lepiej.
Bohaterka filmu w toku swoich studiów odkrywa, że z tytułu swojej płci należy do świata Natury, a że czarownice-czcicielki Szatana zyskiwały władzę nad Naturą (umiały sprowadzać burzę, co jej samej też się udaje), to w jej umyśle powstaje skojarzenie, iż Natura jest świątynią Szatana - co oświadcza mężowi. I o tym właśnie jest film: o tym, że Przyroda nie jest niczym sentymentalnym, przeciwnie, jest epifanią Szatana czyli tytułowego Antychrysta, miejscem i "trybem" jego manifestowania się, a kobiety należą do jego królestwa. Co zaznaczono w tytule, w słowie Antychryst zamiast końcowego "t" kładąc astrologiczny znak planety Wenus, ten znany krzyżyk z kółkiem u góry.
Tu od razu dodam, że widzę niekonsekwencję twórcy filmu w tym, że dał taki tytuł, "Anty-Chryst", a nie włączył żadnej aluzji do "Chrysta" bez "anty" - co niedobre, bo kiedy mowa o jakimś "anty-coś", to koniecznie trzeba zauważyć i to "coś", czemu tamto "anty-coś" przeczy, gdyż samego "anty" sensownie używać nie można.
Kobiety są zatem - takie przesłanie film niesie - od Szatana. Bohaterka filmu do tego doszła podczas swoich samotnych lektur w domku w leśnym odosobnieniu, chciała to odkrycie zapomnieć, jednak jej mąż zbrojny w zimny Rozum psychoterapeuty uświadomił to jej na nowo. Wtedy wstąpiła w nią dzika siła czyli szaleństwo. Miejscem, poprzez które Kobiecość kontaktuje się i łączy z Diabelskością,[1] jest clitoris - i dlatego kobieta pod koniec filmu sobie tę cześć ciała usuwa drastycznie.
Wątek prześladowań czarownic, choć pojawia się na drugim planie, jest ważny i można w nim widzieć wręcz klucz do tego filmu. Sprawa czarownic, niby należąca do zamkniętego rozdziału historii, tutaj odżywa na nowo. Bohaterka wciela się w postać czarownicy, przeżywa – teraz, w XXI wieku - ten sam proces psychiczny, który czterysta lat temu czynił jej przodkinie autentycznymi czarownicami. Ale pytanie, w jakim stopniu kult i obrzędy czarownic były samorodne, a na ile wykreowane, wymyślone przez ich prześladowców-inkwizytorów i nieszczęsnym kobietom zwrotnie wmówione? Bo przecież, owe proste gospodynie, bez pomocy usłużnych teologów-oprawców być może by całego tego pandemonium jednak nie wymyśliły? Tamta historia powraca. Męski bohater filmu, wzięty psychoterapeuta, który usiłuje przywrócić do normalności własną żonę, naprawdę wciela się we współczesnego inkwizytora, który nie tyle odkrywa, co usilnie buduje w jej umyśle kult zła, któremu ona się jakoby oddała. Gdyby nie jego pseudo-terapia...
Jest w filmie jeszcze jeden wątek, dość aluzyjnie przez autora napomykany, mianowicie domyślamy się, że w trakcie samotnego - tylko z dzieckiem - pobytu na odosobnieniu, Kobieta zaczęła podejrzewać, że jej synek jest urodzonym Szatanem. Jego krzyk słyszała dochodzący zewsząd: z lasu, z doliny, z nieba. Na zdjęciach, już po śmierci dziecka, od której zaczyna się film, mąż, a wraz z nim my-widzowie, odkrywa, że dziecko miało buty zakładane przez matkę na odwrót, prawy na lewą nogę, a pośmiertna sekcja wykazała drobne defekty w kościach stóp. A przecież Zły jest kulawy! I zapewne dlatego (tak się domyśla widz) Kobieta pozwoliła mu wypaść z okna.
Pisząc o tym filmie nie mogę nie ironizować. Film jest dobry jako horror, bo faktycznie straszy, natomiast nie jest głęboki! Łatwo daje się przejrzeć, a schemat, na którym został zbudowany, przeziera przezeń jak rusztowanie przez teatralną dekorację. Nabrałby może głębi, gdyby prócz samego Anty-Chrysta jeszcze jakiś "Chryst" tam był, czyli ktoś, komu tamten Szatan przeczy.[2] Ale nikogo takiego tam nie ma, więc film robi wrażenie takie, jakby ateista bluźnił. Tylko komu? W pustkę? Śmieszne.
Co jeszcze tam widzę: zwykłe banie się mieszczucha lasu. Do tej pory wydawało mi się, że to Amerykanie mają wdrukowany lęk przed lasem, co im został pewnie z czasów, kiedy między drzewami straszni Irokezi się kryli, i dlatego las w amerykańskich filmach widzimy tylko w horrorach. A teraz okazuje się nie, że Europejczycy w osobie von Triera też lasu się boją.
Co do Ameryki: z pewnej wzmianki w filmie wynikałoby, że film dzieje się w USA właśnie, gdzieś koło Seattle na Północnym-Zachodzie. Tymczasem las był europejski, dokładnie w Niemczech, bo plenery kręcono gdzieś koło Waldeck w Nadrenii. Nie wiem, "co autor chciał przez to powiedzieć".
No więc bardzo to jest razem powierzchowne i teatralne, i dalekie od Prawdziwego Lasu. Mam żal do Triera, że propaguje aż tak dalece negatywny stosunek do Przyrody. Mój jest inny... I jeszcze coś. Kilka dni wcześniej oglądałem - żałuję, że tylko na ekraniku laptopa - film "Księżniczka Mononoke", japońską animkę-mangę Mizayakiego, tego, który później zrobił piękne "Spirited Away" i "Ruchomy zamek Hauru". Jest wielka przyjemność oglądać jego filmy i myślę, że bierze się ona właśnie stąd, że jest w nich coś z japońskiego ducha. A duch Japonii nie został zainterferowany chrześcijaństwem. Natura dla Japończyków najwyraźniej pozostała miejscem wcieleń i pobytu jej własnych istot, jej własnych duchów-bóstw, jej kami. Dlatego jest siłą, która stoi naprzeciw człowieka, mu równą. I człowiek może jej siłą się karmić - nawet jeśli z nią, Naturą i jej Lasem, walczy. Tymczasem Europejczyk-chrześcijanin odarł Naturę z jej Sacrum. Uczynił ją Pustą. Odtąd nie było już dla niego Lasu - był skład drewna, jeszcze nie pociętego. Uderzyło mnie na początku filmu wypowiadane wielokrotnie angielskie słowo na określenie "lasu" - woods. Bo dosłownie, owo woods znaczy: sztuki drewna! No wiec jak sobie ścieliłeś, tak się wysypiasz, wiatreś siał, burzę zbierasz. Odarłeś Europejczyku Przyrodę z sensu, to teraz ci się w niej szatany lęgną.
Wojciech Jóźwiak
Przypisy
[1] Niby szyszynka w mózgu, gdzie w myśl koncepcji Kartezjusza dusza miała łączyć się z ciałem.
[2] Zastanawiałem się, czy na Chrystusa nie został upozowany Mężczyzna, czyli mąż-terapeuta. Coś z tego jest: zostają mu przebite nogi, zstępuje, a raczej sam się wczołguje, ranny, do "otchłani", skąd wychodzi po jakimś czasie, wygrzebany przez szaloną żonę, wreszcie w końcowej scenie wspina się na górę, wlokąc drewnianą kulę niby swój krzyż. Ale czy nie większe jest podobieństwo do Edypa Przebitostopego?
Aby komentować Zaloguj się lub Zarejestruj w Tarace.
