zdjęcie Autora

27 lutego 2013

Katarzyna Urbanowicz

Serial: Babcia ezoteryczna
Zalane kasety

Kategoria: Twórczość
Tematy/tagi: Clarissa Pinkola Estés

◀ Wycieczka do Niemieckiej Republiki Demokratycznej (NRD) ◀ ► Duchy lodowe, drewniane i inne ►

Zadziwiające, że najlepsze podsumowania powstają wśród nawałnic i trąb, wizyt spodziewanych i niespodziewanych gości, ich przedmiotów i rekwizytów, a nie w ciszy i kontemplacji. Nie dziwi mnie więc już, że dokonuję ważnych podsumowań swojego życia wówczas, gdy dookoła mnie kłębią się i walczą różne sprawy rozmaitych ludzi. Obraz, kiedy wszyscy w postaciach własnych i cudzych przebraniach, maskach innych, dawno zapomnianych osób wracają naraz do gry po to, by uświadomić mi, że choć epoka ich królowania odeszła, to przedstawienie wciąż trwa i ma wielką i pociągającą siłę Znaku Mocy.

         Może ma to w sobie coś z ustawień Berta Hellingera (nie brałam w nich udziału, ale próbuję sobie wyobrazić i zrozumieć, jakie stany symbolizują) i stąd czerpią ich siłę oddziaływania.

         W czasie pobytu w Karpaczu jednej z rodzin, która mnie gościła ukradziono samochód. Różne czynności urzędowe przeplecione z planowanymi lekcjami jazdy na nartach i snowbordzie, pertraktacje z osobami podającymi się za złodziei, ich sprawy pozostawione  w domu, wcześniej ułożone i zaplanowane, które trzeba było telefonicznie odkręcać, stres dopadający wszystkich obecnych, ciągłe rozważania czy samochód się odnajdzie, wszystko to w obłokach papierosowego dymu i problemów mieszkańców dwóch krajów, w moim zwykle spokojnym i poukładanym życiu zawirowało z siłą tajfunu, w którym raptem musiałam się odnaleźć i przypiąć do masztu.

Przypomniałam sobie wówczas fragmenty „Biegnącej z wilkami” Clarissy Pinkoli Estes i książki Angeliki Alti „Dzika kobieta – powrót do źródeł kobiecej energii i władzy”. Nie mogę teraz znaleźć „Biegnącej” ale tam właśnie coś było o symbolicznym odrzucaniu kolejnych spraw i osób, które miały na nas wpływ: rodziców, kochanków, dzieci i stawaniu się dzięki temu sobą, gotową do tytułowego biegu. Angelika Alti zaś uświadomiła mi, że jestem chaosem i ciemnością, a więc kobietą. Zadawałam sobie pytanie, czy postąpiwszy w pewnym momencie według zaleceń „Biegnacej” (ale całkowicie spontanicznie, ponieważ przeczytałam ją znacznie później) rzeczywiście uwolniłam w swoim życiu moc i czy stanowiła ona istotnie zaprzeczenie bierności, która jest sztuką uprawianą przez wieki patriarchatu przez kobiety wypierające z siebie, miłość, kształtowanie, pielęgnację, rozwój. Jednym słowem czy odnalazłam w sobie choć odrobinę dzikiej kobiety wolnej od wieloletniego prania mózgu.

Wtedy zalecenia wydawały mi się sensowne. Dziś nie jestem o tym przekonana. Bowiem zamieniłam swój chaos i swoją ciemność na chaos i ciemność innych ludzi. Uwolniłam się od obowiązków (powtarzam sobie: — ja już nic nie muszę!), ale jak w ustawieniach Berta Hellingera, COŚ wyszło do mnie zza kulis sceny, na której inni ludzie odgrywają inną sztukę.

Niegdyś w ramach rozrywek szczurzycy biegającej w dwóch kieratach pozostawało mi nocne słuchanie kaset magnetofonowych — „zalanych kaset” po kataklizmie, który dotknął moje mieszkanie. Spis kaset i nagrań  potrzebny był do wypłaty odszkodowania za zalanie, a ponieważ były ich setki i wiele stanowiło wiązanki własnego zestawu, pracę wykonałam ogromną. Po latach słuchając, tego, co nadawało się jeszcze do odtworzenia i zostało przegrane, odkrywałam nowe światy i uzyskiwałam odpowiedzi na rozmaite, zdawałoby się nierozwiązane zagadki.

Taka na przykład prosta, dość melodyjna i chwytająca za serce piosenka: Dziewczyno z nocnego pociągu, Od lat niewyspana konduktorko… Twoje życie przemija itp. itp. udzieliło mi odpowiedzi na pytanie, dlaczego ludzie tak kochali PRL, choć wcale nie żyło im się lekko i słodko. Kto dzisiaj śpiewa piosenki o kasjerkach w supermarkecie zakładających pieluchy i marzących o tym by wyrwać się choć na chwilę ze swojej pracy? Kto da tym kobietom poczucie, że ich los jest dla kogoś ważny, że można o nim śpiewać piosenki?

Albo tacy „Bezdomni kochankowie” z woli „kwaterunku”. ...Każde okno to gwiazda na czyimś niebie, czyjejś miłości znak. A nam szczęścia nadzieje Waga kolebie, Orion i ślepy Rak...

         Czyż sensem świata i zamierzeniem Boga nie jest przypadkiem to, aby marzenia nigdy się nie spełniały? Żeby były, ale żeby się nie spełniały? A biedna Rebeka w utęsknieniu czeka, aż przyjedzie miły do jej bram…Nie tylko to marzenie biednej Rebeki się nie spełniło, ale wszystkie inne życzenia, nawet najdrobniejsze i najbardziej przyziemne – z zasady nie mogły się spełnić z wiadomych historycznych powodów. Pozostawały snami i marzeniami. Bo gdyby Rebeka spotkała bogatego umiłowanego, gdyby została jego żoną, gdyby miała kilkoro dzieci, była gruba, brzydka i zapracowana i gdyby jego bardziej obchodziły drogie gadżety czy jego firma niż żona...?

         Nie wiem, sam już nie wiem, czy to warto, kochać ciebie… Podśpiewywał w takt piosenki z tej kasety ktoś w osiemdziesiątym czwartym czy piątym roku, gdy przekroczyłam czterdziestkę, przy bridżu w moim domu, podczas gdy ja pasowałam nie dlatego, że nie miałam dobrej karty, ale dlatego, że nic innego nie byłam w stanie wykrztusić, choć byłam jak najdalsza od jakichkolwiek marzeń, cały mój wysiłek kierowałam na to, żeby być dobrą żoną, dobrą matką, dokładnie zmywać talerze i cienko obierać ziemniaki i jeszcze pozdawać te egzaminy i pokazać mężowi i otoczeniu, że nie jestem taka głupia, za jaką mnie mają. I ta piosenka zburzyła moje przekonanie, że można pokochać kolejki, zmywanie i obieranie kartofli. Że można nauczyć się być zadowoloną ze swojego życia.

I nie mówiliśmy oboje niczego, co mogłoby zachwiać niepisaną wątłą równowagą i zostać zrozumiane inaczej niż słowa następnej piosenki: Wiem, wiem, gdzie jest moje miejsce, wiem, wiem, chociaż wiedzieć nie chcę...

To już nieco później, ten czas, kiedy uświadamiam sobie, gdzie jestem i na jakim świecie żyję. Patrzę w lustro i widzę obcą kobietę, nie siebie. Wtedy przytuliłam twarz do kolumny obrzuconej szorstkim tynkiem z drobnym żwirkiem, chcąc zabić w sobie wewnętrzny ból, pocierałam o nią policzek aż do zdarcia skóry, ale ból nie zelżał, a doszedł drugi. Poczułam klatkę i uświadomiłam sobie, że ja ją zbudowałam, ale nie ja ją mogę rozebrać. Więc dróg przebądź sto, aby dojść do mych ust, bo świat, cały świat, chcę ci zamknąć na klucz...

Jest tego całe pudło, tych zalanych kaset z PRL, nagrywanych staruteńkim grundingiem nocami albo w czasie grypy.

Pomimo więc lektur,  intelektualnej pracy włożonej w uświadomienie sobie uwarunkowań, dróg wyjścia, poszukiwań właściwych misteriów dla odzyskania wolności — teraz, gdy ją mam — nie mam oczekiwanej MOCY. Miałam dostać w nagrodę ciastko, a dostałam jakąś gumiatą masę, o której nie wiadomo do czego da się użyć.

         Moi znajomi, jak w ustawieniach Berta Hellingera, odgrywali nieświadomie swoje role, w których znaczenie miało wszystko: miejsce w którym usiedli, czy pili kawę czy herbatę, papierosy, a nawet serial w telewizji, którego nie dawano wyłączyć, bo cisza może być groźna. Tak jakby ktoś rozpisał mnie na kilka osób. W końcu wszyscy powsiadali do swoich samochodów (ci, którym skradziono auto, do autobusu) i rozjechali się na trzy strony świata.

Widzę oczami wyobraźni salonik, w którym wszyscy przesiadywaliśmy, bowiem był blisko kuchni, pusty i cichy, uwolniony od dymu i postaci z wyjątkiem jednej. Tak mi się coś wydaje, że dwunastoletni chłopiec, który z nami był i który kupił w restauracji, gdzie jedliśmy kolację, figurkę „ducha gór” w ferworze pakowania zapomniał jej, stojącej na telewizorze. Jeśli istotnie tam została — starzec z wiązką chrustu na plecach, a każda gałązka oddzielnie polakierowana — był tą postacią, która zostaje z bagażem artefaktów po przedstawieniu. Każda gałązka, każda sprawa, każde powiedziane słowo niczym łodygi krwawnika z wróżby I`Cing mogłyby zostać inaczej ułożone, ale w końcu zostały i zastygły na plecach starego człowieka. Nawet, jeśli chłopiec ją zabrał, nie zmieni położenia wiązki chrustu na plecach DUCHA GÓR, tyle, że zabierze go w świat...

◀ Wycieczka do Niemieckiej Republiki Demokratycznej (NRD) ◀ ► Duchy lodowe, drewniane i inne ►


Komentarze

[foto]
1. SamochódPrzemysław Kapałka • 2013-02-28

I co z tym samochodem? Znalazł się?

A jeśli chodzi o marzenia, to właśnie zamiarem Boga jest, żeby się spełniały. To ludzie robią wszystko, żeby było inaczej. A potem, jak zwykle, zwalają na Boga. Inna sprawa, że po spełnieniu często okazuje się, że nie o to chodziło.


Aby komentować Zaloguj się lub Zarejestruj w Tarace.

X Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)