29 lipca 2017
Wojciech Jóźwiak
Serial: Sny i wizje
Żołnierz na moście i niski przyjaciel
◀ Czyszczenie akwarium ◀ ► Słoń ►
Trzy lub cztery senne sceny. Które wydawały się fragmentami większej całości, ale gdy je zapisuję, to wyglądają każda osobno.
Idę lub jadę rowerem (raczej to drugie, jak się zaraz okaże) przez most z mojej północnej strony Łowicza na południową, miejską. [Przypis: pierwszych kilkanaście lat życia mieszkałem po północnej stronie rzeki, wciąż przechodząc przez tamten most.] Z naprzeciwka idzie żołnierz. Jeden, pojedynczy, szeregowiec. Mały, niski, dziecinny. Krzywy jakiś, niezgrabny. Umundurowany, uzbrojony, z plecakiem, w zimowym płaszczu. Długimi krokami. Staram się przypomnieć sobie, skąd i dokąd on może iść, przypomnieć sobie jakie wojskowe instalacje są w okolicy. [Przypis: gdy byłem mały, po tej stronie mostu, dokąd szedł żołnierz, była jednostka, ale radziecka, i dalej na północ strzelnice w terenie. Aktualnie żadnych wojsk nie ma, ani tam, ani dalej.] Komuś, kto jest gdzieś obok mówię, dokąd ten żołnierz zasuwa, wymieniam nazwę miejscowości.
Skręcam z mostu w lewo, teraz już wyraźnie jadąc rowerem. Są tam jakieś budynki, samochody stoją, dość chaotycznie. Po co tam przybyłem? Myślę. Chcę iść do łaźni. Tam jest łaźnia. Wezmę szybki prysznic. Po chwili uświadamiam sobie, że łaźnia tam owszem była, ale pięćdziesiąt lat temu, teraz jest restauracja pod nazwą „Łaźnia”. [Faktycznie tam jest.] Widzę wnętrze przez szybę, ale nie wchodzę. Skoro już tam skręciłem, postanawiam jechać dalej. Ulica jest zapuszczona, teren porzucony, pobocza ulicy zarośnięte zaroślami. Jest ciemno, ulica wygląda jak ścieżka przez zarośla. [W realu jest tam osiedle blokowe.] W scenie z żołnierzem na moście było wcześnie rano i zimno, marzec-kwiecień. W scenie nr dwa jest lato i noc.
Córka chce, żebym pojechał z nią do jakiegoś dość dalekiego miasta, powiedzmy: Mińska Mazowieckiego, bo tam ma coś ważnego do załatwienia, jej koleżanka mieszka, albo coś zostawiła. Córka jest młodsza niż teraz, jest nastolatką. Ja się wykręcam, mówię: nie teraz. Dlaczego: zaczyna się rok szkolny, więc muszę zjawić się w szkole, gdzie uczę lub dawniej, jakiś czas temu uczyłem, ale tam mam wciąż jakieś interesy. [Przypis: pracowałem jako nauczyciel, ale to było przed urodzeniem się córki.] Przychodzą dwaj mężczyźni z tamtej „mojej” szkoły, koledzy nauczyciele albo jacyś inni pracownicy lub działacze, i odpisują w zeszycikach jakieś informacje, które ja im pokazuję na kartkach, w moich notatkach. Zeszyciki podczas pisania opierają o ścianę: kładą na ścianie, jakby nie mogli na stole.
Jakieś dziwne miasto. Wieczór. Kątem oka obserwuję pewne towarzystwo. W odległości ode mnie takiej, że ledwo odróżniam poszczególne osoby, odbywa się zjazd osób, wśród których są moi znajomi. Zebrani są w miejscu, które może być podwórzem w mieście lub ogródkiem kawiarni, ale jest duże: kilkadziesiąt na kilkadziesiąt metrów. Ja nie chcę tam wchodzić ani się witać. Ale widzę tamto miejsce i tamto towarzystwo jakby miał widok do tyłu. Jestem z jakimiś innymi osobami. Nagle coś dostrzegam i mówię do tych, z którymi jestem: „O, palą długie kłody! Przyjechał P.!” Faktycznie, do ogniska, które tam się paliło, ktoś dołożył dwa długie nieokorowane pnie, które natychmiast zajęły się ogniem. Ale czy jest P.? Tak, widzę go! Porzucam wcześniejsze opory i biegnę w jego stronę. Ściskamy się jak pod długim niewidzeniu. P. ma około 25 lat [w realu ma teraz, jak ja, pod 70], ja mam około 40. Ale coś mnie w jego wyglądzie uderza. Mówię: „Co się z tobą stało? Kiedyś byłeś taki kawał chłopa..., a teraz?” Bo P., taki jak go widzę, jest bardzo niskiego wzrostu, a pamiętałem go (w śnie) jako wysokiego jak ja. [Przypis: P. ze snu był jakby zbitką moich dwóch dawnych znajomych, z różnych lat i miejsc. Pierwszy z nich był mojego wzrostu, drugi faktycznie niski, ale nie aż tak bardzo, jak ten we śnie.]
◀ Czyszczenie akwarium ◀ ► Słoń ►
Komentarze
Aby komentować Zaloguj się lub Zarejestruj w Tarace.
