24 lipca 2014
Katarzyna Urbanowicz
Serial: Prababcia ezoteryczna
Apartament z widokiem na morze
◀ Słowa twarde i miękkie czyli trochę o robalach ◀ ► Tranzyty na podróż ►
Trafiła się babci atrakcja, jak ślepej kurze ziarno. Na cztery noce zostałam ulokowana w luksusowym apartamencie z widokiem na morze, w najwyższym budynku Sea Towers w Gdyni. Koszt tej ekstrawagancji (bez wyżywienia i obsługi) znacznie przekracza babciną, skądinąd niezłą emeryturę.
Na starość się dziecinnieje. Uświadomiłam to sobie przed chwilą, porównując ceny apartamentu do emerytury, czy najniższej pensji. Zgroza! Mentalnie wróciłam do swoich dziecinnych lat, kiedy wychowywana w niedostatku, wszystko przeliczałam na tutki dropsów. W takiej tutce było chyba z 10 cukierków, kwaskowatych żółtych, pomarańczowych (w czasie gdy pomarańcze jeszcze nie były dostępne w Polsce) i czerwonych, malinowych lub wiśniowych. Kiedy zapoznałam się ze smakiem normalnych pomarańczy, ze zdziwieniem stwierdziłam, że jest zupełnie inny, niż najbardziej upragnionych, pomarańczowych landrynek. — Nawet koło pomarańczy nie leżały – jak się kiedyś mówiło. W owych czasach także aromaty były siermiężne.
Tutka dropsów kosztowała pięćdziesiąt groszy i dlatego przeliczanie było łatwe. Kiedy więc ktoś kupił jakąś rzecz, na przykład buty za 80 zł, ja wiedziałam, że można by za te pieniądze kupić aż 160 tutek dropsów, w których znalazłabym na pewno 320 pastylek o smaku pomarańczowym. W moich oczach, kupowanie czegokolwiek poza pomarańczowymi dropsami było skrajną głupotą. Jak można było na szali pragnień naprzeciwko dropsów postawić cokolwiek innego!
Zdziecinniała babcia walczy z niechcianą myślą, że owe, wydane na apartament pieniądze, można by lepiej spożytkować, na przykład wydać na prywatną wizytę u światowej sławy ortopedy, który chociażby z racji ich otrzymania nie prychnie z pogardą: „młodsza pani nie będzie” albo „trzeba schudnąć” — co wprawdzie należy do zasobu tzw. prawd oczywistych, ale powinny one zostać w kategorii stałych wyjściowych dla przedsięwzięcia, a nie argumentu za jego zaniechaniem (mam na myśli usunięcie bólu). Tak więc nieprawomyślna myśl o tym, jak można by lepiej wydać owe pieniądze została, podobnie jak marzenie o dropsach, odepchnięta przez zdroworozsądkową część mojej natury i zastąpiona wykopanym z głębi wspomnień przysłowiem, że darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby.
Skoro więc zostałam tak obdarowana, pozostaje mi czerpać z głębi wcześniej niedoznanych doznań i delektować się owym wspaniałomyślnym darem, niczym tutką dropsów w dzieciństwie. Jednak dropsy miały poważną przewagę nad apartamentem z widokiem na morze. Były czystą przyjemnością, pozbawioną stresów, poza oczekiwaniem, kiedy w tutce pojawi się pierwsza (z dwóch) pomarańczowa pastylka. Po cytrynowej i malinowej, czy może nadzwyczajnym trafem będzie na początku? Tymczasem skorzystanie z apartamentu z widokiem na morze wiąże się z przewidywaniem dużych babcinych stresów. Po pierwsze: zawiezie mnie tam ktoś, kto wysadzi mnie pod owym najwyższym budynkiem i zostawi samą, a jeśli nawet doprowadzi dalej niż do drzwi, w niczym mi nie pomoże, z braku doświadczenia korzystania z podobnych atrakcji. Będę więc zmuszona sama załatwiać formalności. Ale jakie one będą, nie mam pojęcia. Mam jakiś wydruk z internetowej rezerwacji oraz oświadczenie darczyńcy, że fakturę pokryto i tyle. W dodatku wśród nieistotnych dla mnie informacji o wyposażeniu apartamentu w jakiś tam telewizor o wymienionych parametrach oraz o długości i szerokości geograficznej miejsca (przyda się, być może, do opracowania horoskopu i tranzytów na pobyt oraz podróż) napisano, że należy wcześniej poinformować o planowanej godzinie przyjazdu. A ja wiem o której dojadę? Nawet nie wiem o której wyjadę. W dodatku podano koszt obsługi (nie wliczonej w opłacony wcześniej rachunek), ale nie napisano kiedy należy go pokryć i komu płacić. Bywalcy takich miejsc nie mają z tymi rzeczami najmniejszego problemu; babcia zaś, wychowana została w głębokim PRL-u, gdzie najelegantszym dostępnym dla niej hotelem był Metropol w Płocku (chyba już nieistniejący), a warszawskie hotele z tej racji, że jako osoba tu zameldowana nie miała prawa pobytu w takim miejscu, możliwe tylko do obejrzenia wówczas, gdy ktoś znajomy tu gościł. Choć z charakteru mojej pracy często jeździłam w delegacje; najczęściej miałam do czynienia z hotelami w powiatowych miastach, gdzie za zamek służyło krzesło zatknięte za klamkę, a poranne ablucje dokonywało się wlewając wodę z dzbanka do miski, a potem wylewając do wiadra. Nic więc dziwnego, że w ubiegłym roku, nocując w nadgranicznym miasteczku, nie wiedziałam jak zapalić światło w pokoju, ponieważ zapalało się go nie przyciskiem, a włożeniem karty służącej za klucz do pokoju w stosowny otwór przy drzwiach (niewidoczny z powodu ciemności). Trzeba było wiedzieć, jak zapalić światło – to raz; że nie należy zamknąć drzwi do korytarza – to dwa, i w ogóle, gdzie wetknąć tę cholerną kartę, nie mówiąc już o tym, że trzeba ją gdzieś wtykać.
Zaś w Dreźnie w hotelu miałam inny stres: – wychodząc w nocy do toalety mieszczącej się na długim korytarzu, zobaczyłam, że dostęp do niej i do pozostałej części korytarza blokują przeszklone drzwi przeciwpożarowe. Jak je otworzyć, to jest pytanie? Zablokowane na amen, otworzyć klamką nie daje się. Na szczęście przechodził jakiś Niemiec i otworzył je przyciskiem zgrabnie ukrytym we framudze. Wyszłam za nim, ale nie wiedziałam jak wrócić, bo po przeciwnej stronie takiego przycisku nie było. Na szczęście miałam ze sobą kosmetyczkę, więc drzwi po prostu nią zastawiłam. Potem dowiedziałam się, że czas przebywania poza odciętą strefą jest obliczony na ok. 15 minut; potem aby wejść do odciętej strefy, trzeba zgłosić się do recepcji (w koszuli nocnej zjechać windą kilka pięter w dół), która delikwenta wprowadzi. Jeśli komuś dolega żołądek i nie wyrobi się w tych 15 minutach, biada mu. Dalszy ciąg nocy miałam stracony, bo panie, z którymi mieszkałam, też chciały wyjść i ja, jako stary wyga, służyłam im do blokowania drzwi zamiast kosmetyczki.
Na zakończenie pobytu obsługa hotelowa patrzyła na mnie z pogardą, bo kawy nalałam sobie do przezroczystej filiżanki, przeznaczonej na herbatę, a nie do białej, stosownej dla kawy i w dodatku nie znałam niemieckiego, więc tylko wzruszyłam ramionami na pouczenia personelu. Pozostałe współtowarzyszki w moim wieku zrezygnowały ze śniadania wliczonego w koszt noclegu ponieważ obawiały się, że nocne emocje przeszkodzą im w zwiedzaniu i dalszej podróży, dzięki czemu uniknęły dyskomfortu samopoczucia z tytułu własnej niższości.
Jakie atrakcje czekają mnie więc w tym wspaniałym apartamencie z widokiem na morze? Na pewno nie delektowanie się jego widokiem, przynajmniej nie na początku! Już wiem, że moje myśli będą krążyły wokół źródeł historycznych i socjologicznych opisujących pozycje osób niżej umieszczonych w hierarchii, widzianą oczami zdobywców, eksploratorów, panów, wykształconej i majętnej młodzieży, nie mającej problemów z obracaniem się w świecie. Jako osoba nadmiernie empatyczna popatrzę na siebie ich oczami i zobaczę nie żadną Ezoteryczną Babcię, a kulawą człapaczkę psującą wystrój nowoczesnych wnętrz.
Oczekiwanie na możliwość kupienia tutki dropsów było znacznie przyjemniejsze. Och, gdyby można było cofnąć się w czasie i znowu zadowolić cukierkami! Gdybyż można było przyjemności odraczać: nie zjem teraz, najpierw odrobię lekcje. Gdybyż można było z odroczonego oczekiwania wróżyć: jeśli nie zjem do jutra, pierwszy drops będzie pomarańczowy. Jeśli nie zjem przez dwa dni, dostanę piątkę na klasówce (wówczas nie było szóstek ani jedynek, a dwója była jednoznacznie negatywnym stopniem). Marne 70 lat, a tyle się zmieniło!
Nawiasem mówiąc, całe szczęście, że darczyńca nie czytuje moich odcinków — odebrałabym mu całą przyjemność z tej darowizny.

◀ Słowa twarde i miękkie czyli trochę o robalach ◀ ► Tranzyty na podróż ►
Komentarze
Ten świat jest jednak full off zasadzkas: ))
Ja im czasem ciut zazdroszczę ale też często naprawdę współczuję, kiedy obserwuję w jaki sposób ci młodzi są "rozjeżdżani". Przez system. I nie chodzi mi o kwestie najwieksze, także te codzienne - oni w tym żyją i przystosowują się nieustająco, bo inaczej wypadają z gry. Na przykład: kiedy moja młodsza córka zaczęła studiowac, okazało się, że już nie będzie miała papierowego indeksu, wszystko jest zapisane w magicznym uniwersyteckim systemem usos, którego wyroki były niepodważalne. Wpisał, że nie zaliczyła, to rok trzeba było odkręcac, że jednak dostala 5. No i wciąż jej pokazywał ten usos ile punktów jeszcze brakuje albo ile ma ponad normę roczną i trzeba było szukać zajęć, które "są warte' dokladnie tyle punktów, ile usos zażąda l- horrory jak dla mnie. Myśmy szły do jakiejś pani Marysi w dziekanacie i pani Marysia - jak miała dobry dzień: )) - odkręcała, pomagała. Oni zyja w poczuciu, że są tylko trybikami w jakiejś maszynerii.
Duchem ich trzeba, naprawdę: ))
Nas zresztą też: ))
Aby komentować Zaloguj się lub Zarejestruj w Tarace.
