07 kwietnia 2015
Wojciech Jóźwiak
Serial: Auto-promo Taraki 4
Atak joginów na Kościół z poszczucia przez komunistów. Czad...
◀ Preferuję żelazo ◀ ► Czad dżihadu ►
Jerzy Pomianowski, zasłużony komentator Taraki (pisze od 2011 r.) napisał dziś w kolejnym komentarzu:
Pamiętam jak na przełomie lat 60/70 nagle pojawiły się w kioskach książki o jodze, medytacji i buddyzmie. Przecież wówczas wolny rynek towarów ani idei nie istniał, wszystko, każdy tekst wymagał zgody Partii i służb bezpieczeństwa.
A ja nie pamiętam. Chociaż w tamtych latach na każdy strzęp tekstu o jodze, medytacji i buddyzmie bym się był rzucił.
Wpis J.P. był dalszym ciągiem Jego wcześniejszej opinii:
„Chytry plan”. Islam wprowadzili do Europy jej przywódcy jako szczepionkę na chrześcijaństwo (głównie na katolicyzm). Wcześniej próbowano z buddyzmem, ale był zbyt słabym lekiem. Kuracja w pełni się udała, i mamy problem.
Dalej nawiążę do powyższego. Najpierw o jodze i buddyzmie. Pierwszą i długo jedyną w powojennej Polsce książkę o ćwiczeniach jogi napisała i wydała Malina Michalska w 1972 roku. Książka była wydana przez Wydawnictwo Lekarskie, które raczej nie było tubą rządzącej partii PZPR. Michalska (która w następnym 1973 roku zmarła, ur. 1916) była spadkobierczynią polskiej gałęzi nurtu, który można nazwać teozoficzno-filoindyjskim; coś o tym jest napisane choćby w Wikipedii.
Uważać tamtą Autorkę za narzędzie złowrogiej Komuny, która ją rzuciła na zagrożony odcinek frontu walki z Kościołem, aby polskie owieczki swoją jogą odcinała od prawd wiary – takie zdanie obrażałoby Zmarłą, gdyby nie to, że wynika (jak mi się zdaje) z prostej niewiedzy. Nb. Malina Michalska jogi uczyła się od Cyryla Krasińskiego, który był znawcą Tybetu, ale i – przypadkiem – zakonnikiem-benedyktynem.
Czytelników młodszych niż Jerzy lub ja warto w tym miejscu poinformować, że w Polsce rządzonej przez komunistów wydawano wiele książek (chociaż znacznie mniej niż teraz), jak i wydawnictw było wiele (chociaż wiele mniej niż teraz) i nie wszystkie z nich były usługowe względem rządzącej PZPR, a niektóre były od niej właściwie niezależne. Nadzór PZPR i jej urzędu cenzury polegał raczej na punktowych „zapisach”: niektórzy autorzy i dzieła były z góry zablokowane do publikacji, innym skreślano fragmenty, w których brzydko wyrażali się o Związku Sowieckim. Prócz zablokowania książek antykomunistycznych, blokowano też te uznawane za „nienaukowe” i dlatego nieznana w „ludowej” Polsce była ezoteryka i powstające wtedy New Age.
O buddyzmie, dokładnie: o buddyzmie zen, pierwszy napisał i to nie w książce, tylko w „Przekroju” (dla niepamiętających: był to najbardziej „offowy” tygodnik w PRL; czytając go można było nie zauważać, że wydawany pod komunizmem) – jeśli mnie nie myli pamięć – prof. Julian Aleksandrowicz, lekarz z Krakowa, pilny obserwator nowinek, które dzisiaj nazwane byłyby „ekologicznymi”. Pamiętam tytuł: „Zen dla zdrowia”. Rok był 1972 (73?), wiosna chyba. Artykuł ten, jak później „mi się” rekonstruowało, był zapewne echem ówczesnej popularności zen, który wtedy w świecie anglojęzycznym znalazł swojego głośnego propagatora, Philipa Kapleau. Niedługo później, 1975, Kapleau na zaproszenie Andrzeja Urbanowicza przyjechał do Polski, zapoczątkowując sanghę, która później zarejestrowała się jako Związek Buddystów Zen „Bodhidharma”, ten z siedzibą w Falenicy na Filmowej. Ale ponieważ w Tarace mamy osobistego świadka i uczestnika tamtych wydarzeń – Jacka Dobrowolskiego, ja zamilczę.
Pierwszą książkę o zen, „Wprowadzenie do buddyzmu Zen” japońskiego profesora Daisetz Teitaro Suzukiego, wydano około 1980 roku.
Na pewno więc „na przełomie lat 60/70” nie „pojawiły się w kioskach książki o jodze, medytacji i buddyzmie” (ani „nagle” ani nie-nagle). Pojawiały się, owszem, ale pojedynczo, jako rzadkość i „towar spod lady” (co to było takiego, już nie chce mi się objaśniać) – i dopiero w następnym kilkunastoleciu.
Posuchę na literaturę duchowo-rozwojową, i to dobrą – w przeciwieństwie do toaletówki, która zalewa dzisiejszy rynek – przerwało dopiero Wydawnictwo Pusty Obłok, prywatne przedsięwzięcie Krzysztofa Lewandowskiego i Bolesława Roka, rok 1984. Obu znam i klnę się (jak Słowacki na „egipskie ptachy”), że nie byli agentami wypuszczonymi na Kościół Katolicki, by go podważać pismami Kapleau, Junga, Bohma, Uspienskiego, Mindella...
Jeszcze dodam, że rządzący Polską lat 1960-70-80 komuniści przenigdy nie dopuściliby do głosu treści, których nie znali, nie rozumieli i które wystawały poza ich przyziemny i prostacki poziom umysłu. Przy swoim prymitywizmie byli dość przebiegli (jak każdy niższy byt, który głupotę łączy z przebiegłością), aby na coś takiego nie pozwolić. Nie mogli używać „jogi, buddyzmu i medytacji” jako narzędzia, tym bardziej do walki z KK, który już sam wystarczająco przerastał ich intelektualnym wyrafinowaniem.
Najgorszy w tamtej notce, od której poszedł mój wykład, jest jej anachronizm. To dopiero dzisiaj ktoś może żonglować sobie figurami z przeszłości: jacyś komuniści u władzy... jakiś Kościół... konflikt między nimi... jakieś medytacje, zeny... inne niż KK, więc pewnie mu zagrażające... i zagrażający mu komunizm, w dodatku wydający się „wszechmocnym”... – I z tego melanżu wypływa, jak skwarek z zupy, wniosek: oto „na pewno” komunistyczna władza rzuciła się wściekle jadem plując, z medytacją, jogą i buddyzmem na Święty Kościół...
Anachronizm polega też na tym, że po 45 latach jakie minęły od „przełomu lat 60/70” „polski inteligent” (pozwolę sobie użyć zwrotu wprowadzonego do Taraki przez Alchymistę) stał się znaczniej bardziej przesiąknięty i zatruty ideami kościelno-katolickimi niż był wtedy, przed prawie pół wiekiem, a raczej byli jego ojciec lub dziad. Zaprawdę, powiadam wam, w tamtych czasach cały ten Kościół znacznie mniej nas obchodził (nas: wykształconych Polaków) niż obchodzi, a raczej wchodzi nam na głowy, teraz. Wtedy naprawdę coś innego było ważne, niż to, czym raczy się obrazić lub zgorszyć któryś biskup lub prawowierny minister czy redaktor. Byliśmy pod niewolą Komuny, prawda, – ale za to wolni, kto chciał, od natręctw Kościoła.
Na tle powyższego, kto i jakimi knowaniami prowadzony, sprowadził do Europy muzułmanów niby Konrad Mazowiecki krzyżaków, okazuje się sprawą osobną, na którą już nie mam czasu, chociaż chętnie bym przeczytał i zamieścił w Tarace prawdę i o tamtym.
I jeszcze jedno: pisząc to, kwerowałem (czy tak się mówi? – robiłem kwerendę...) [kwerendowałem -- przypis Korektorki] w Internecie za informacjami o początkach jogi, medytacji i najlepiej z nich uchwytnego buddyzmu, w Polsce – i zatroskała mnie ubogość danych o tym. Kto nie pamięta tamtych dziejów z autopsji lub od znajomych, może poczuć się faktycznie bezradny i niewiedzący. Właśnie dlatego napisałem ten odcinek, żeby zapobiec temu, że jeszcze ktoś z niewiedzących przeczyta i uwierzy, że ubecja w 1970 roku nasyłała joginów na biskupów. Na wszelki wypadek biorę moją ironię w italik.
PS. Nie mogę skończyć tego tematu. Zabolała mnie tamta notka. (Mimo medytacji, mam widać jeszcze jakieś ego.) Czytając głosy, które odzywają się na pobrzeżach Taraki i nawet w niej, mam wrażenie jakiegoś uporczywego rozmijania się części Czytelników z tym przekazem, którego skromną częścią jest Taraka. Coraz częściej łapię się na tym, że postrzegam siebie jako dziwny import z innego czasu. Jakiś zakręt – jeśli nie przekręt – dokonuje się, lub już się dokonał, w umysłach. Być może też w Twoim umyśle, o, Czytelniku. Jakiś czad się unosi i zaczadza umysły. Może podobny do tego, który kiedyś jednych zaczadzał, by zakładali beżowe koszule, a drugich by machali czerwonymi flagami. Ale takie historyczne podobieństwa są zbyt grube, by kogokolwiek ostrzegły. Dzisiejszy czad jest inny i dopiero trzeba go rozpoznać.
◀ Preferuję żelazo ◀ ► Czad dżihadu ►
Komentarze
Oczywiście nie pamiętam czasów "nieboszczki komuny", jednak miałem okazję dość dużo przeczytać (także w ramach studiów), oraz poznać wielu ciekawych ludzi (także w różnych pracach powiązanych z moją dyscypliną - historią), z którymi rozmawiało się sporo nt. tego, jak żyło się "niegdyś". Summa summarum wyłania się z tego dokładnie taki obraz co wspomniany w tym artykule
Natomiast co do kwestii wspierania (albo przynajmniej przymykania oka) przez władze PRL "duchowości" innej niż koscielna nie wypowiem się. Słyszałem (i czytałem) już na ten temat różne opinie... wiele było wzajemnie sprzecznych. Coś kojarzę, że parę lat temu na portalu Racjonalista.pl (czyli w czasach, gdy nie poruszano tam spraw politycznych) ukazał się artykuł sugerujący, że pod koniec PRL (lata 80-te) służby zmieniły swój stosunek do ruchów mogących być potencjalną alternatywą dla KK (oczywiście autor owego tekstu postrzegał to przede wszystkim jako wspieranie przez PRL "ciemnoty").
Ja bym dodał do tego jeszcze pewne inne przygotowania. Mianowicie czasopismo konsumentów (tygodnik?) VETO. Dzisiaj rzecz oczywista, że konsumenci powinni mieć swoje prawa. Kluczowa jest jednak ostatnia strona tego poczytnego czasopisma. Strona ta poświęcona była mianowicie naturyzmowi, co jako nastolatkowi bardzo mi się podobało. Szczególnie utkwiły mi w pamięci opowiadania o frywolnej dziewczynie, która wszędzie i z każdym, a w dodatku za darmo - miała chyba ksywę Muszka.
Absolutnie nie mam nic przeciwko naturystom, poza tym, że narażają sobie skórę na oparzenia i jeszcze gorsze rzeczy. Niemniej jednak, fakt faktem, komunistyczne władze dyskretnie promowały liberalizm (także w wersji soft-porno) jako alternatywę dla solidaryzmu. W samej Solidarności rzecz jasna niemało było liberałów, którzy dali się złapać na haczyk liberalizmu (hasła typu "małe jest piękne", więc rozwalmy wielkie przedsiębiorstwa, ewentualnie sprzedajmy je "inwestorom" - najlepiej z Kataru). Efekt jest taki, że nasza liberalna publiczność do tej pory nie rozumie, dlaczego liberalizm nie działa tak, jak by chcieli. Ale za to o niepowodzenie transformacji i kompradorską elitę chętnie oskarża kościół i ciemnogród. A fakty są o wiele bardziej zniuansowane...
To że ktoś uczył się dajmy na to jogi czy buddyzmu od benedyktynów nie oznacza absolutnie nic w świetle faktu, że akta departamentu VI MSW zostały w znacznej mierze zniszczone.
Swoją drogą ciekawe, dlaczego prawie nie ma środowiska w Polsce, które spokojnie i rzeczowo odniosłoby się do sprawy lustracji. Wszyscy reagują alergicznie, a wszelkie zarzuty traktują jako atak na tożsamość swojego środowiska (no bo: jak jogin jest agentem, to cała joga jest dziełem UB - absurdalne rozumowanie). Dotyczy to naprawdę wszystkich!
Włodzimierzu! Ciebie o fakty poproszę. Jaką "wcale dobrą literaturę" ezoteryczną czytałeś w "latach 1980-tych" i w dodatku taką, którą Ubecja miała podstawy się chwalić, że to jej współdzieło?
Z astrologii (która niech będzie za przykład) wydano wtedy chyba tylko dwie (dwie!) książki. Pierwsza to "Astrologia i znaki zodiaku" Leszka Szumana, wcześniej krążąca w samizdacie. Druga: "Mandala życia" Weresa i Prinkego, 1982. Agentami byli? Bez jaj, że sięgnę po wulgaryzm.
Był taki film z 1970 r., u nas chyba 1972, pt. "Queimada" z Marlonem Brando w roli głównej. Pamiętasz? Film był polemiką ze spiskową, a właściwie satanistyczną wizją historii. Brando grał angielskiego tajnego agenta, ucieleśnienie "polit-satanizmu" (czyli koncepcji, że wydarzenia są robione przez potężnych agentów). Ale zrobiwszy ludową rewolucję, ów agent zderza się z faktem, że nad tą rewolucją nie panuje -- o czym ostatecznie przekonuje się, będąc zabity przez swoją byłą rzekomą marionetkę.
Ubecja w i po stanie wojennym pewnie faktycznie zauważyła (lub spekulowała), że ezoteryka podbiera aktywny element podziemnej Solidarności i Twój przyjaciel i oświeciciel cenzor mógł tym podbijać swoje znaczenie (lub pychę). Ubecy jedyne co (zapewne) zrobili, to nie dusili całkiem ezoteryki, jak to robili pare lat wcześniej -- raczej przymykali oko na mały strumyczek.
I jeszcze co do tezy, którą ja sam wyżej dla próby poparłem -- że "im więcej takich jak pan czyta te bajania, tym mniej was chodzi na demonstracje solidarnościowe" -- tezie tej przeczą ci, którzy robili jedno i drugie. Podziemie solidarnościowe i podziemie (i nadziemie) ezoteryczne przenikały się.

Twój portal i Twoje zabawki. Uważam, że wygłosiłeś pogląd skrajny, a Twoje dzisiejsze komentarze ten fakt potwierdzają. Poczekam na Twój lepszy dzień.
http://pl.wikipedia.org/wiki/Wanda_Dynowska Założyła ona po wojnie w Indiach Bibliotekę Polsko-indyjską i razem z Maurycym Frydmanem wysyłali do PRL′u tłumaczenia tekstów hinduistycznych i buddyjskich. W Polsce przedwojennej silny był okultyzm i spirytyzm, czyli "Dziady na maksa!": Ochorowicz, Ossowiecki, Stanisław Hadyna, Szmurło...
http://www.apologetyka.katolik.pl/inne-polemiki/spirytyzm/87/330-v-zainteresowanie-spirytyzmem-w-okresie-ii-rzeczypospolitej
Ważny był też gen. Michał Tokarzewicz-Karaszewski, który oparł wywiad wojskowy na teozofach: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/135445/po-trzykroc-pierwszy-michal-tokarzewski-karaszewicz-general-broni-teozof-wolnomularz-kaplan-kos
W 1975 zamieszkałem u Andrzeja Urbanowicza w Katowicach i tłumaczyłem teksty zen, które drukowaliśmy w podziemiu (vide Wspomnienie o A.U. w Tarace). Nikt ze wspomnianych osób nie był agentem czerwonych. Natomiast w stanie wojennym SB przysyłało agentów do sali medytacyjnej, którą prowadziłem u siebie na strychu na Starówce.
Było tak, jak pisał Wojtek, pamiętam te czasy mniej więcej od roku 1976.Cenzura takie rzeczy na ogół zatrzymywała, ale jeśli nie wykryła szkodliwości publikacji (a czasami było to łatwo przed nią ukryć), przepuszczała.
Mój pierwszy kontakt z ezoteryką miał miejsce pod koniec lat 80 i wtedy było już sporo publikacji na ten temat, ukazywał się nawet Almanach Radiestezyjny. Ale końcówka lat 80 to były czasy, w których nikt już się nie krył z przynależnością do nielegalnych organizacji i panowało ogólne rozprężenie.
Primo po drugie, mówimy tak, jakby ten Kościół siedział gdzieś w podziemiu, kończyła mu się woda i resztki żywności, ale trzymał się mężnie, a ubecy nagle wpadli na genialny w perfidii i okrucieństwie pomysł - joginów, [wiadomo, co tu omijam], nasłali. Myślę, że można spokojnie zapytać, w jakich rodzajach władzy kościół brał wtedy udział. Miał przecież swoje czasopisma, swoją ogromną infrastrukturę, a myśląc szerzej - organizacje, jak KIK czy PAX itd. A nade wszystko, gdzie ta władza była głosem ludu, a gdzie za daleko idącym kompromisem.
Primo, po trzecie, mówi się coś o jakichś zasługach KRK dla Polski, dla narodu itd. A ja się wtedy pytam: no przepraszam, przecież to Polacy, polski Kościół itd. Czy może Czesi albo Nepalczycy? Czy oni poza tym byli twardsi niż nauczyciele czy inne "branże". Ktoś zestawiał współpracę z UB po zawodach? Udział w organizacjach podziemnych itd.
Po ′89 roku polskiemu Kościołowi poprzewracało się wiadomo gdzie. Społeczeństwo dało sobie wmówić jakiś rzekomy dług wobec niego, pozwoliło mu na wyjątkową władzę itd. Pamiętajmy jednak, że jeżeli katolicyzm nie był aż tak toksyczny jak dziś, to dlatego, że miał mniej władzy, znacznie mniejszy udział w polityce. Można jednak postawić pytanie, czy dzisiejsza buta i toksyczność katolicyzmu nie istniały już wtedy, tylko zwyczajnie były stłumione. Ja bym przyjrzał się takim sprawom jak sprawy obyczajowe, na co sobie pozwalali wtedy, gdy nie groziło im, że wyciągną to media.
I jeszcze - jakoś tak się intelektualizuje tu Solidarność. To ważny nurt, księża są w nim zresztą też ważni, ale sam ten nurt, ta grupa, w sumie nie aż tak liczna, przemiany by nie dokonał.
Głupio mi że ja, ateista (choć katolicki) narobiłem takiego spięcia na linii Kościół-Taraka.
Domyślam się w czym tkwi problem. Od niedawna przestałem nienawidzić KK, wbrew rodzinnym tradycjom. Dostrzegam jego zasługi, cieszę się że sporo nakradł i trudno będzie naszej władzy tanio to sprzedać w dobre, lecz niestety obce ręce.
Zrobiłeś solidny przegląd ciekawej literatury lat 60/70. Książkę o jodze kupiłem w kiosku na samym początku epoki Gierka (byłem wtedy w podstawówce). Bardzo mi się spodobała, zacząłem ćwiczyć, i nie narzekam. Książkę do tarota kupiłem podczas krótkiego epizodu wolnego rynku w Polsce (czasy Wilczka).
Natomiast w kwestii omawianego problemu: możliwe, że oba stanowiska są równie prawdziwe. Nikt nie twierdzi, że władza "ludowa" zaimportowała joginów z zachodu, żeby osłabić Kościół, ani że wszyscy tolerowali nowe ruchy... Komuniści sami nie byli jednomyślni, z tego co pamiętam z historii to im bliżej końca PRL tym bardziej zaostrzał się podział na "twardogłowych" i tych drugich - zapatrzonych trochę w lewicowe idee z zachodu, trochę w kapitalizm - często wyjeżdżając na zagraniczne stypendia (z namaszczenia PZPR) lub wysyłając na nie swoje potomstwo itd. Wielu z nich też nie było jakoś przesadnie bystrych - przeciwnie, wiele sytuacji było wręcz tragikomicznych jak w przykładzie Jacka Dobrowolskiego. Więc jak ci komuniści mieli wypracować wspólne stanowisko w takich kwestiach?
Pewnie by tak to wyglądało: "Towarzysze! Musimy wypracować wspólne stanowisko w kwestii radiestezji / jogi / itp." A partyjny aktyw myśli, co to za jedna ta joga - aż im zwoje mózgowe trzeszczą - "Joga? Eee... a może Jaga? Baba Jaga?"
Toteż skutkiem tego wśród partyjnych i służb mogło funkcjonować równocześnie wiele różnych podejść do omawianego problemu
BTW: Dzięki Jacku za przypomnienie o Teozofach. Miałem kiedyś okazję przeczytać książki innego Hadyny (krewnego tamtego Hadyny) na temat ich kręgów... niesamowite sprawy
To jest prawda, ale nie cała. Pamiętaj, że kościół patronował obradom Okrągłego Stołu (Orszulik, Dąbrowski, Gocłowski). Następnie również kościół doprowadził do tzw. "polsko-rosyjskiego pojednania", a w istocie "polsko-KGB-owskiego pojednania". Oczywiście nie cały kościół w tym uczestniczył i nie wszyscy duchowni czerpali z tego profity - mówię o Okrągłym Stole. Ale ci najbardziej skorumpowani najbardziej kompromitowali kościół i postkom. chętnie z tego korzystali w realizacji swoich interesów.
Z perspektywy czasu cieszę się, że nie jestem blisko związany z kościołem jako instytucją. Wolę współpracować z lubianymi księżmi, ale nie z całym kościołem. Niepokojąca jest równiez rola JP2 (a raczej jego medialnego alter ego) w wyciszaniu protestów przeciw wielce szkodliwej prezydenturze Kwaśniewskiego.
Ze zdaniem Jacka Dobrowolskiego się zgadzam, joga była tu wcześniej, niż komunizm, całe szczęście. A więc tezy Bezmienowa należy traktować jako inspirujące, ale nie wprost adekwatne do polskich realiów. Sanacja również była przesiąknięta ezoteryzmem, a wszak patriotyczna. Moim skromnym zdaniem pierwszym, który przyniósł do Polski idee taoistyczne był XVII-wieczny Jezuita Jan Morawski. Niestety jego uczeń Łyszczyński strywializował myśli mistrza i przeszedł do historii jako "ateista" (cokolwiek to znaczyło w wieku XVII!).
Dobry cider, słoneczny dzień wolny od pracy - pozdrawiam Was wszystkich z UK :)
I bardzo mi miło, że Moja Skromna Osoba znalazła się wśród Przywoływanych. :) Chociaż mój flirt z "Wróżką" to lata prawie 10 lat późniejsze.
>>>Panie Wojtku, flirt z Wróżką to lata 1987-1991.Nie! Ja wiem lepiej. W 1987 r. nic nie pisałem do żadnego czasopisma. Moja pierwsza próba felietonistyczna była dopiero w 1994 i to -- nie zgadniesz Aleksandro, gdzie -- we współ-wydawanej przeze mnie efemerycznej gazetce dla fanów serialu "Przystanek Alaska". Ja w ogóle pisać zacząłem w 1995 roku.
Po drugie, w tamtych latach nie istniała "Wróżka". Na stronie http://www.wrozka.com.pl/o-nas czytamy:
"Wróżka" – to wyjątkowy miesięcznik /.../ Wydaje je Wydawnictwo TE-JOT. Wydawnictwo TE-Jot powstało w 1993 roku
A Kopernik była kobietą i w dodatku rodowitą Niemrą.
Chciałbym poznać nazwiska osób reprezentujących to skrzydło. To naprawdę bardzo interesujące...
Każdy człowiek ma tylko część prawdy. Przerzucam lekturę od taraki i blog-n-rolla i widze na czym polega różnica w podejściu i jakiego rodzaju ludzi dobierali sobie i szukali w swym życiu tarakowicze, a jakich szukali blog-n-roll-owcy. Obie te drogi są mi w pewnych aspektach bliskie i dziwnie znajome, polskie.
Stale zadaje sobie pytanie co takiego utraciliśmy, że kiepsko egzystujemy razem, i skąd tyle złej woli i buntu jednych przeciw drugim. I stale powraca mi przed oczy jednak Magdalenka i Okrągły Stół. To chyba (chyba!) wtedy drogi się rozeszły.
@Alchymista. (A) Nie brałem udziału w Obradach Okrągłego Stołu w Magdalence. W tamtych czasach jeśli czymś się zajmowałem, to buddyzmem u Lamy Olego Nydahla i pracą w firmie od robót wysokościowych. (B) Ale coś Cię jednak Alchymisto do tej pogańskiej i antychrześcijańskiej Taraki ciągnie i przy niej utrzymuje. Podpowiem Ci, co: wolność. ("U katoli nie ma woli.")
Jest li wola u tarakowców? W Twoich wypowiedziach o katolikach widzę, i owszem, wolę niszczenia. Kiepsko.
Jest i drugi problem. Katolicy odwołują się do siły instytucji - obecnie bardzo słabej, która wielokrotnie padała i podnosiła się na nogi. Szamani odwołują się do wielce niejasnego, w gruncie rzeczy, Objawienia. Z racjonalnego punktu widzenia katolicy ewidentnie są tutaj po stronie Rozumu, bo mają na swoje usprawiedliwienie historię. A już najbardziej te Babcie, które płacą po 30 zł z 600 zł emerytury na pewne nielubiane radio! Coś musza wiedzieć, czego tarakowcy nie wiedzą. A propos: czy ktoś juz wykorzystał możliwość płacenia za artykuły?
I jeszcze raz: nie odmawiam ani prawa do własnych wierzeń, ani do buntu, ani do zniechęcenia wobec KK, ani do krytyki - sam się jej dopuszczam, ku zgrozie i oburzeniu wielu. Ale - ostrożnie. Spójrzmy na świat bez klapek na oczach i doceńmy jego rozmaitość.
Co do Magdalenki, to jednak duże uproszczenie. Tym bardziej, że część z tych, która w niej zasiadała, dziś robi z niej mit zdrady i udaje, że nie wie, o co chodzi. To jest trochę tak, jak w byłej Jugosławi, różnice były zawsze, ale Tito trzymał "to wszystko" "za mordę". A za komuny kościół nie musiał się zajmować homoseksualistami (choć i wtedy był homofobiczny), bo wyręczali go komuniści (był też jak dzisiaj seksistowski, bo nie przypominam sobie z tamtych czasów żadnego papieża-kobiety, czy choćby zwykłego księdza.) O różnicach decyduje władza, bliskość czy oddalenie od jej centrów. (Nie zawsze w sensie politycznym, niekiedy symbolicznym; w Polsce centrum władzy symbolicznej jest ciągle patriarchalne). Jeśli chcemy mówić o KK - na przykład - to ma on jej teraz znacznie więcej. Czuje się pewniej, może publicznie obnosić się ze swoim apriorycznym seksizmem, homofobią itp. Może winić molestowane dzieci za molestowanie i żaden biskup czy blog-n-roll-owiec nie weźmie ich w obronę. Może ponad prawem odzyskiwać swój majątek. Może wiele, bo mu pozwolono. Dlaczego, bo jego siła opłaca się, także politycznie, tym, którzy go wzmacniają. Gdyby z taką chęcią zajmowano się takimi sprawami, jak domy dziecka na przykład, czy stan polskiej szkoły, jej dydaktyczna czy wychowawcza skuteczność. Ale po co. Jak to powiedział pewien polityk, nieważne, czy Polska będzie kapitalistyczna, czy socjalistyczne, ważne, że będzie katolicka. Nie należy oczywiście ograniczać zła naszej polskie współczesności tylko do KRK. Ale w sferze światopoglądowej jego szkodliwość porównałbym ze szkodliwością mass-mediami (i dodam: nie tylko liberalnymi.) W mass-mediach też są ciekawe programy.
A co do Kopernik, to była mężczyzną.
@Przemysław Kapałka - przykłady jednak mile widziane, bo ja mam oczy i uszy szeroko otwarte, lecz najwyraźniej nie widzę i nie słyszę.
@Plures (czyli wielu) - wielu z Was porusza wątek księdza i baby. Dla mnie to wątek nieco poboczny, ale fakt faktem, że katolicyzm to religia kobiet zarządzana przez mężczyzn, którzy otrzymują to prawo w zamian za celibat - przynajmniej teoretycznie. Patriarchat w polskim społeczeństwie nie istnieje realnie, można ten termin stosować tylko metaforycznie jako swego rodzaju obelgę pod adresem nielubianego zestawu wartości. Fakt, że mąż-pijak bije żonę nie wynika z jakiegoś ustroju patriarchalnego, tylko jest efektem patologii.
Kobiety w Polsce rządzą mniej więcej od czasów saskich ("kiedy nami rządziły kobiety"). Wcześniej problem był bardziej złożony, nawet szlachta nie mieszkała we dworkach, tylko w wieżach/słupach (ach te symbole falliczne); dopiero od połowy XVII wieku ziemianie przenoszą się do drewnianych bungalowów, pod każdym względem wygodniejszych i bardziej rozleniwiających. Ale wcześniej...! Pogański król na katolickim tronie - Jagiełło - to nie jest przypadek, ale świadectwo hybrydowości społeczeństwa polskiego, ewidentnie zbudowanego na korzeniu pogańskim, a także świadectwo istnienia katolicyzmu otwartego. W ramach tej hybrydowości koegzystują wierzenia pierwotne, renesansowe neopogaństwo, wartości plemienne, wartości stanowe i wiele, wiele innych... Martwi mnie nieznajomość historii RP sprzed połowy wieku XVII u moich Szanownych przedmówców. I nie wytykam tego, tylko martwi mnie i tyle. Podobnie zresztą martwi mnie to samo u blog-n-rollowców i całej prawicy.
@Wojciech Jóźwiak
Litości - pan Bąbel niestety ale równiez ma obsesję na punkcie patriarchatu. Podobnie jak Jan Sowa na punkcie szlachty. Książek Bąbla nie da się czytać, szczególnie zaś jego feminazistowsko-genderowych wynurzeń. Jak los mnie zaniesie do BN, to sięgnę do jego książki i może ją zrecenzuję - w duchu kabaretowym, bo inaczej nie sposób.
Zgoda co do Jagiełły etc. Pewnie się nie orientujesz, ale wspomniałem już wcześniej w Tarace o tańcach orężnych ludu polskiego w XV w. Moim zdaniem - były to jeszcze wówczas praktyki ekstatyczne, z wyraźnym pogańskim kontekstem - w odróżnieniu od różnych sword dances wykonywanych na zachodzie Europy przez zawodowych akrobatów / czasem też żołnierzy-najemników. Natomiast o społeczeństwie otwartym dawnej Korony, Litwy i późniejszej Rzplitej zdarzyło mi się napisać pracę licencjacką - o tolerancji. Dobrze rozumianej tolerancji, jako źródła inspiracji dla współczesnej Europy ;)
Z kolei Bąbel jest tu przez nas czytany od dawna (przeze mnie osobiście od mniej więcej 2012 r. a przez niektórych od bardzo dawna). Żadnych "feminazistowsko-genderowych wynurzeń" czy innych "odchyleń prawicowo-nacjonalistycznych" nie stwierdzono ;)
A ten Bąbel to kto (to)?
Wątek tańców orężnych niezwykle ciekawy - podrzuć linka.
Sprawa lajkonika - kobyłki - to równiez jest relikt pogański, w pełni akceptowany przez władze. Był nawet cech tych, którzy się kobyłką zajmowali, pisała o tym Targosz-Kretowa.
Mistrz Twardowski - niedoceniona ciągle postać, którą najlepiej opisał przed wojną Antoni Czubryński, skądinąd chyba ezoteryk. Ale praca jego jest bardzo solidna i źródłowa - serdecznie polecam - przegląd wszystkich ludowych mitów o mistrzu Twardowskim z różnych stron dawnej RP. Daje to niesamowity przegląd wierzeń, ubranych w szaty neopogańsko-renesansowe.
Nota bene w pewnym micie góralskim pojawiają się postacie wzięte żywcem z dzieł Paracelsusa. Ale o tym na razie cyt, może popełnię coś o tym.
@Radek - teraz dopiero zauważyłem. "Kiedy nami rzadziły kobiety" Władysław Konopczyński. Problem dostrzegał też współczesny tym czasom Kitowicz w swych pamiętnikach, które tutaj zrecenzowałem: http://podstrzechy.alchymista.pl/pamietniki-starego-pisowca/
Ha, to będzie raczej trudne, bo to w komentarzach było. Rozproszone. O np. tutaj Coś też napisałem do pewnej publikacji pokonferencyjnej - w czasach gdy jeszcze marzyłem o tym, by zostać kimś. Badaczem akademickim - w Polsce. Nawet nie wiem, czy już wyszła drukiem... ech, tak to u nas bywa. Wiedzę czerpałem z publikacji:
K. Bracha, Tria ydola Polonorum na Zielone świątki w krytyce kaznodziejskiej późnego średniowiecza, [w:] Bracha K., Hadamik Cz. (red.), Sacrum pogańskie - Sacrum chrześcijańskie. Kontynuacja miejsc kultu we wczesnośredniowiecznej Europie Środkowej, Warszawa 2010, s. 373-404.
W. Duczko, Tańczący wojownicy. Ikonografia rytuałów kultowo-militarnych w skandynawskiej sztuce wczesnego średniowiecza, [w:] Rosik S., Wiszewski P. (red.), Imago narrat. Obraz jako komunikat w społeczeństwach europejskich, Wrocław 2002, s. 165-187.
Fragment tekstu źródłowego jest też tutaj - ze strony Bogowie Polscy: http://www.bogowiepolscy.net/postylla.html
Paracelsus.... ha, to może być ciekawe. Napisz proszę. Bo może wyrastać nawet z tej samej tradycji co sam Paracelsus w sensie jego pochodzenia. Albo z innej, która z kolei swe źródło miała na wschód od Karpat. Wiesz, nasi przodkowie w górach pochodzili z różnych stron świata... Czy ta legenda ma coś wspólnego z alchemią... i pewnymi jej aspektami związanymi z płcią? Zgaduję, bo wszystkich legend góralskich nie znam
I w polach ciechanowskich wziął zwycięstwo krwawe "
Właściwie to spalił nie Warszawę, której jeszcze nie było, lecz Jazdów ( vide pomniczek w Łazienkach). Drugi syn Mendoga Wojsiełk przyjął chrzest prawosławny. Z kolei ojciec Witolda i Władysława książę Olgierd był tolerancyjny jako poganin - jego żona Julianna - prawosławna ruska księżniczka wybudowała w Wilnie dwie cerkwie, a jego zastępca Gasztołd kościoły katolickie. Tzw. trzej męczennicy prawosławni i 14 męczenników franciszkanów w Wilnie, to wymysły cerkwi i KK. Udowodnili to historycy już przed wojną. Julianna ochrzciła swoje dzieci Witolda i Jogaiłę (późniejszego Władysława) w cerkwi prawosławnej. Przed ślubem z 12-letnią Jadwigą Andegaweńską Jogaiło przyjął chrzest katolicki. Przez całe życie był zabobonny i zanim przekroczył próg robił kółko nad nim prawą stopą. Szokował polskich panów tym, że się kapał codziennie i używał chusteczek. Nie był cały porośnięty włosem jak niedźwiedź jak twierdzili panowie polscy. Długosz charakteryzował go tak: "Wzrostu był mizernego, twarzy ściągłej, chudej, u brody nieco zwężonej. Głowę miał małą, prawie całkiem łysą, oczy czarne i małe, niestatecznego wejrzenia i ciągle biegające. Uszy duże, głos gruby, mowę prędką, kibić kształtną, lecz szczupłą, szyję długą." Jego brat Witold (Vytautas) chrzcił się kilkakrotnie w obu obrządkach. To były decyzje polityczne. Oficjalnie Władysław Jagiełło prześladował cerkiew na Litwie - zakaz budowy i remontu cerkwi, zakaz mieszanych małżeństw, po cichu tolerował. Pogaństwo na Żmudzi trzymało się do końca XVIII w., a wiele zwyczajów trwa do dziś, stąd Romova.
Być może odpowiadając na to pytanie, dojdziemy do korzenia zła... to są rzeczy, które mogą mieć wielkie znaczenie dla naszej przyszłości jako Polaków. Całe stulecia zaniedbań, stulecia zaniechanego wysiłku umysłowego... efektem tego jest nasz obecny, żałosny stan. Kraj, który się zwija, nie rozwija. Nieważne, jakie bajki o rzekomej świetlanej przyszłości Polski wymyśli Stratfor czy inny podmiot finansowany z USA - rzeczywistości nie da się zakłamać!
Z dalszych przyczyn wymienić by można: postępującą od połowy XVII w zmianę gospodarczą na Zachodzie, co przyniosło skutek w postaci spadku zapotrzebowania na polskie zboże. Podkopało to fundamenty gospodarcze Polski a ani królowie tamtych czasów, ani szlachta na sejmach, nie umieli się w nowej sytuacji odnaleźć. Reszta przyczyn jest już bardziej oczywista: wyczerpujące i rujnujące Rzplitą wojny z Kozakami Chmielnickiego, ze Szwedami (ocenia się, że w ówczesnej skali, "potop szwedzki" zrujnował Polskę bardziej niż obie wojny światowe razem wzięte), z Turkami. Tak zatem, gdy Polska święciła swoje ostatnie wielkie zwycięstwo, czyli odsiecz wiedeńską (1683), była już gospodarczo ruiną a politycznie półtupem. Fatalnego biegu rzeczy dopełniła polityka obu Sasów, którzy też nasz kraj traktowali po macoszemu. Za przyczynę ważną wypada też uznać niewyobrażalną demoralizację społeczeństwa polskiego po wojnach XVII w. Znane są separatystyczne ciągoty magnatów, ale i spore rzesze osławionych "pieczeniarzy", czy "gołoty" służącej każdemu, kto zapłaci, wcale nie były lepsze. No i mamy temat do przemyślenia, powinny powstać jakieś "myśli nowoczesnego Polaka", choć raczej nie takie, jakie wypisywał dureń Dmowski.
Ksiądz Rydzyk
Tomasz Terlikowski
Myślę, że Kaczor i jego ekipa (a przynajmniej jej część) też
Nie modrują, nie strzelają, ale tylko dlatego, że nie to środowisko i nie ta kultura. Prowadzą dżihad innymi metodami.
Teraz walczy z ludźmi którzy za dużo myślą.Jak naukowcy odkryli światy równoległe - ich doktryna że pójdziemy do nieba, legła w gruzach.
Ich motto: Kłamać to my, ale nie nas.Nie nadaje się w dziś już w realnym świecie.
Era Ryb odeszła - wchodzimy w erę Wodnika.To jest era wolnomyślicieli i wynalazców.
Ja tylko pozwolę sobie wyrazić życzenie, by era wolnomyślicieli i wynalazców nie składała się wyłącznie z ludzi pokroju Roberta Oppenheimera. Kościół wiedział co robił. Może dzięki niemu bombę atomową mieliśmy dopiero w wieku XX, a nie powiedzmy w XVIII...
"Ale coś Cię jednak Alchymisto do tej pogańskiej i antychrześcijańskiej Taraki ciągnie i przy niej utrzymuje. Podpowiem Ci, co: wolność. ("U katoli nie ma woli.")"
Czy możesz być wolny, jeśli jestes radykalnie przeciw czemuś?
Wolny jesteś, jeśli pozwalasz być temu, co jest.
I z całą pewnością jest w Tarace i taki aspekt - i mnie on właśnie przyciąga.
Te aspekty, kiedy Taraka (czy Ty) jesteście ostro przeciw czy ostro za - to ja zwykle łagodnym łukiem omijam: ))
Treść była taka, że pojawiła się teza, jakoby buddyzm, medytacje i ezoteryka w ogóle były "dawno dawno temu" wymyślone i rozpowszechnione w Polsce przez "Ubecję" po to, żeby odciągnąć młodzież od Kościoła Katolickiego i od popierania podziemnej Solidarności.
Teza ta została obalona i odparta -- jako jawnie fałszywa -- przez naocznych świadków tamtych (i dawniejszych) czasów i wydarzeń, którzy szczęśliwie wciąż żyją i wypowiadają się w Tarace.
Przy okazji ujawniło się, jak łatwo dać się przekabacić i zacząć rozgłaszać zmyślenia lub półprawdy na jakiś temat. Jak łatwo zmyślenie lub czyjaś insynuacja czy w ogóle mem zajmuje miejsce wiedzy o faktach. Jak łatwo zaczynamy myśleć "według ideologii" (jaka komu pasuje), a nie "według prawdy".
Inne sprawy, które tu zostały zapisane, nie mają związku z moim oryginalnym artykułem.
I to tyle.
Okienko zamykam. Misia zabieram.
Aby komentować Zaloguj się lub Zarejestruj w Tarace.
