12 maja 2013
Katarzyna Urbanowicz
Serial: Babcia ezoteryczna Sezon drugi
Kiedy chce się do człowieka
◀ Graciarnie Europy (2) wiosenne porządki ◀ ► Sposoby podnoszenia rangi. ►
U starszych, samotnych ludzi, tak jak ja, czasami chęć rozmawiania z żywym człowiekiem, a nie z komputerem, telewizorem, gazetą czy innymi mediami jest tak przemożna, że powoduje zachowania żenująco dziwaczne jak na nasze polskie standardy, na przykład zagadywanie nieznajomych na ulicy, w pociągu czy gdzieś indziej. Pamiętam jednak, że w czasach mojego dzieciństwa było to zachowanie częste i przez nikogo nie przyjmowane pogardliwym spojrzeniem czy niechęcią.
Coraz częściej zdarza się jednak, że kontakt z żywym człowiekiem nie odbiega specjalnie od kontaktu z mediami. Moja koleżanka nauczycielka opowiadała mi o tegorocznych maturach ustnych z języka polskiego. Ktoś z jej uczniów czy uczennic wyraził taką opinię: „Jan Kochanowski w „Trenach” prowadził politykę propagowania żałoby”. Polonistka ta próbowała wyjaśnić jak uczeń rozumie pojęcie „propagować” ale nie udało jej tego się ustalić, aby więc nie pogrążać dalej delikwenta/tki odstąpiła od prób wyjaśnienia pojęcia „polityka”. Zastanawiając się jednak głębiej nad użytymi słowami trzeba przyznać, że nie popełniono tu rażącego błędu poza mentalnym przeniesieniem sfery prywatnej w sferę publiczną. Uczeń/nica ta dokonała tego przeniesienia nie zdając sobie z tego zupełnie sprawy, ponieważ jego/jej życie na skutek kontaktu z mediami zatraciło wymiar osobisty, a przynajmniej tak jej/jemu się wydawało.
Można też dopatrzyć się tu fascynacji językiem dyskursu publicznego, uznanego za lepszy i ważniejszy niż dyskurs prywatny. Podobnie jak za mojej młodości, gdy kawaler zaprosił pannę do restauracji i chciał być bardzo elegancki mówił do niej: „proszę, niech pani konsumuje.” Oczywiście dotyczyło to pewnej kategorii kawalerów, bynajmniej nie najelegantszych.
Ten sposób mówienia (przemawiania) do otoczenia utrwala się coraz bardziej zabijając piękno i elastyczność naszego języka. Z wielkim żalem patrzę, słucham czy czytam bardzo mądrych ludzi, którzy mają wiele do powiedzenia, ale wskutek nadmiernie częstego obcowania z językami obcymi i tego, że ich myśli biegną szybciej, niż możliwość ich zapisu, wychodzi niezrozumiały bełkot, pełen przy tym błędów stylistycznych, ortograficznych i składniowych. Podobno mamy w Warszawie aż 30% dyslektyków i dysgrafików i wszyscy zastanawiają się dlaczego. To taka moda – iść na skróty. Większość młodych ludzi posługuje się komputerem, a tym samym ma możliwość sprawdzenia ortografii tego, co pisze. To nic trudnego – napisać najpierw tekst w wordzie, uruchomić narzędzie sprawdzania pisowni (taka ikonka ABC), a potem skopiować tekst i wstawić go do maila, odcinka na blogu czy gdzieś indziej. Jednak to przekracza ich możliwości. Zapewne dlatego, że spowalnia całą pracę, ale głównie z tego powodu, że nie przywiązują wagi do znaczenia posługiwania się prawidłową polszczyzną. Tak wszechstronnie obeznani z komputerem młodzi ludzie nie potrafią napisać prostego maila do kogoś z podziękowaniem na przykład za coś.
Stale słucham w rodzinie narzekania na bzdurne wymogi ortografii, na nieumiejętność polskiego państwa zlikwidowania tych wszystkich ó, rz, samo ha i innych okropieństw, jako przeżytków czasów słusznie minionych. Istotnie, dlaczego tak kurczowo trzymamy się tych wymogów, utrudniających życie młodym ( i nieco starszym) ludziom? Dlaczego, nawet w rodzinie, nie potrafię przekonać ich do swoich poglądów? Dlaczego okopałam się na straconej pozycji?
Owszem, trochę przez sentyment. Mój stryj, urodzony na najbardziej na wschód wysuniętych kresach do dziś mówi tak, że gdyby z jego słów ułożyć dyktando, niewiele byłoby pomyłek. W jego wymowie (pozbawionej tej śpiewności z jaką kojarzy się na ogół pochodzenie ze wschodnich rubieży) wyraźnie wyczuwa się różnicę między samym h, a ce-ha, podobnie ż i er-zet. Ó kreskowane jest u niego także bardziej dźwięczne w stosunku do nieco przyduszonego w wymowie u zwykłego.
Po co kultywowanie tego wszystkiego? Najgłębsze porozumienie między ludźmi zakłada „mówienie tym samym językiem”, przez co rozumiemy wszystkie tego języka niuanse i grepsy, gesty i spojrzenia, cały arsenał dostępny porozumiewającym się ludziom. Zubożenie języka porozumienia o niektóre elementy (ortografię czy składnię na przykład) pociągnie za sobą nieuchronne zubożenie go na innych płaszczyznach: zastępowanie polskich słów słowami obcego pochodzenia, konstrukcji właściwych dla naszego języka konstrukcjami obcymi i tak dalej. W myśl przysłowia: „dać kurze grzędę, a ona wyżej siędę”. Tak się oczywiście dzieje w praktyce, ale nie nadawanie temu zjawisku ram urzędowej aprobaty powoduje, że ciągle tacy czy inni maniacy mogą wykorzystywać całe bogactwo naszych słów i naszego języka do porozumiewania się, choć tych, którzy ich rozumieją jest coraz mniej.
Pytałam moją koleżankę polonistkę, jaki temat prezentacji jest najczęściej wybierany przez młodzież jej szkoły na maturze. Odpowiedziała bez zastanowienia: Miłość i Holocaust. Nie powinno to dziwić: miłość dla młodych jest jedną z najważniejszych rzeczy, a Holocaust najbardziej może wszechobecnym ostatnio w oficjalnych mediach tematem. Ale myliłby się ktoś, kto by sądził, że usłyszy rzeczy interesujące i własne przemyślenia – chociażby w sprawie miłości. Nic z tego. Moja koleżanka mówi, że można zanudzić się na śmierć. Młodzież na prezentacji do tego stopnia wykuła przygotowane formułki, że gdy w stresie zdarza się jej zapomnieć niektórych słów czy wyrażeń, nie próbuje idei swojego wystąpienia przekazać własnymi słowami tylko uporczywie powraca do poszukiwań zapomnianej frazy. Powoduje to, że wystąpienie jest przerywane chwilami ciszy męczącej wszystkich, choć przecież taki temat jak miłość interesuje wszystkich niezależnie od wieku. W dodatku zestawienie z holocaustem może być pretekstem do opowiedzenia prawdziwych i zaczerpniętych z lektur historii i właściwie jest samograjem.
Jeżeli jednak rozmowa i kontakt z drugim człowiekiem jest tylko wymuszonym społecznie konwenansem, czyż może się wydarzyć coś, co kiedyś opisałam po całonocnej rozmowie — czuwaniu z pewną koleżanką:
„Zarówno ja jak i B byłyśmy padnięte. Nie spałyśmy całą noc i miotałyśmy się każda w swoim pokoju. B pewnie miała ochotę jeszcze rozmawiać, ale ja nie miałam siły na nic, a zwłaszcza ochoty na jakąkolwiek rozmowę z żywym człowiekiem. Owszem, chętnie porozmawiałabym z kimś umarłym, który doskonale wie co się dalej wydarzy, ale oni na zawołanie nie przychodzą. Próbowałam w nocy pewnej medytacji polegającej na tym, że z oddechem wciągasz odżywcze białe siły, a wydychając wyrzucasz czarne zasłony, jednak nic nie pomagało: czerń pod powiekami jak była, tak gęstniała.”
Nawet po latach pamiętam doskonale tę rozmowę. Katastrofa smoleńska zdominowała cały dyskurs publiczny, tworząc nastrój przygnębienia i żałoby, a w tym czasie umierał jej mąż i nasza rozmowa miała przezwyciężyć ten żal publiczny prywatnymi nadziejami (mąż B oczekiwał na przeszczep). Nigdy wyraźniej nie zobaczyłam, jak publicznie prezentowane sprawy mogą zaszkodzić sprawom prywatnym, wdzierać się w nie do tego stopnia, że rozmowa ze zmarłymi byłaby czymś bardziej pożądanym i oczywistym.
Gorzkie, bolesne doświadczenie, a jednak ukazujące wagę i siłę prywatnego porozumienia między ludźmi. Dzięki wspólnemu językowi także.
◀ Graciarnie Europy (2) wiosenne porządki ◀ ► Sposoby podnoszenia rangi. ►
Komentarze
Też słyszę różnicę w brzmieniu u ó, ż rz, h ch (to ostatnie wydaje mi się oczywiste). Moja rodzina pochodzi z kresów, ale u niej tego nie stwierdziłem, więc nie wiem, czy ma to coś do rzeczy. Nie zdarzyło mi się przygotowywać do dyktanda i zawsze miałem piątki. Ale - cóż, znajomy polonista przekonywał mnie, że różnice między h i ch są w zaniku, a w to, że słyszę pozostałe, w ogóle nie uwierzył i starał mi się udowodnić, że tak mi się tylko wydaje. A ponieważ w języku polskim jest tak, że każdej literze (czasami parze liter, raz trójce) odpowiada głoska i odwrotnie, a wyjątki od tej reguły są bardzo nieliczne, więc nie widzę sensu utrzymywania tych ortograficznych różnic. Jeśli dojdzie do reformy ortografii, pewnie ciężko mi będzie się przestawić, ale obiektywnie stwierdzam, że utrzymywanie tego nie ma sensu.
(B) Nie wiem, czy ktoś jeszcze pamięta, że w Tarace są teksty pisane po polsku ale absolutnie fonetycznie:
Opowieści fonetyczne: Pogańskie Boże Narodzenie. Bogowie Słowian. Czarownice
Oczywiście, że polska ortografia nie jest taka zła. Tyle, że i te utrudnienia które są chyba straciły rację bytu.
A na uproszczenie angielskiej ortografii nie liczmy. Oni nie odwzorują swojej wymowy na jednoznaczny zapis.
Podobno w holenderskim rozbieżność między językiem mówionym a pisanym jest jeszcze większa...
Moim zdaniem problem dotyczy nie tylko ortografii, ale wielu innych dziedzin naszego życia. W końcu ktoś, kto nie jest w stanie opanować jej zasad może pisać byle jak - właściwe programy poprawią jego teksty - jeśli mu na tym zależy. Tu chodzi o coś innego: o rozumowanie typu: skoro mi nie zależy tak bardzo, a musiałbym się męczyć i ślęczeć to sam fakt takiego przymusu jest nie do zniesienia. Ta tendencja - pójścia na łatwiznę i niechęci do wysiłku, zwłaszcza takiego, który musiałby trwać nieco dłużej (powiedzmy dwa lub trzy lata) usprawiedliwia niektórych z nas do wysuwania żądań dostosowania zasad całego świata do mnie jednego, jedynego, najważniejszego tu, teraz i zawsze. Większośćz nas patrzy przez pryzmat swoich własnych wygód, a ponieważ nastawienie społeczne nie wymusza, jak kiedyś, dostosowania się do ogółu kwitną rozmaite pomysły w rodzaju: poprawmy ortografię, żeby było wygodniej, ograniczmy ilość świateł na przejściach dla pieszych bo ja z moim samochodem muszę co rusz przystawać i przepuszczać jakichś ludzików, wszelkie pomysły ograniczania szybkości samochodów, a co gorsza rowerów to idiotyzm, w końcu takie ograniczenia mnie stresują a skoro jestem zestresowany to jest groźniejsze niż wszystko inne.
Na zakończenie: wysłuchałam tłumaczenia pewnej kobiety, która spowodowała wypadek zajechawszy drogę komuś innemu: "Normalnie jest tak, że mężczyzna ustępuje drogi kobiecie i ten pan powinien mnie przepuścić". Delikwent tłumaczył się policji, że pani ma krótkie włosy i nie wpadł na to, że jest kobietą.
Nie zawsze jest jednak tak śmiesznie.
W tej walce o zniesienie ortografii, jeśli widziałbym gdzieś chęć dostosowania świata do siebie, to właśnie wśród tych, którzy domagają się utrzymania ortografii. Ja też tego żałuję, ale fakty są takie, że język polski poszedł w stronę uproszczenia lub zubożenia, i utrzymywanie tej komplikacji lub bogactwa odgórnymi dyrektywami do niczego nie prowadzi. No, chyba że do tego, że młodzi, zniechęceni, znajdą sobie swój własny język, i lepiej nie gdybać, jaki on będzie. Poza tym kiedyś czytałem wykaz, jak się wieki temu odmieniało rzeczowniki. Pięć różnych deklinacji tam, gdzie teraz mamy jedną lub dwie, jak na dzisiejsze ucho większość brzmi dziwacznie. Czy i to spowodowało zubożenie naszego języka?
Wysiłek - jak najbardziej, pod warunkiem, że sensowny. Dla mnie lepiej by było, gdyby obecna ortografia została utrzymana, bo nie musiałbym się przestawiać, a że mam z tym trudności, tego jestem pewien. Ale znałem takich, którym opanowanie tych reguł sprawiało duże trudności. Pytanie brzmi: Czy nie lepiej by było, żeby ten wysiłek włożyli w coś innego, mogącego przynieść rzeczywisty pożytek? Wiem, że większość by zamiast tego bimbała, ale niektórzy znaleźliby sobie godne zajęcie. Podobny argument można by swego czasu wysunąć przeciw wodociągom - rozkopywanie całego miasta, przewracanie wszystkiego do góry nogami, ogromne koszta, i wszystko dlatego, że jednemu z drugim nie chce się chodzić do studni! Argumentów za pożytkiem z chodzenia do studni można znaleźć wiele - sprawność, ruch, wysiłek dla organizmu, nawyk oszczędzania i tak dalej.
I zawsze można spojrzeć na zagadnienie z drugiej strony: Czy to raczej nie Tobie, Kasiu, nie chce się po latach zaakceptować zmian, które nieuchronnie zachodzą w naszym języku?
Pytasz, czy nie chcę przypadkiem zaakceptować zmian, które zachodzą w języku. Akceptuję, jeśli muszę, a wbrew pozorom zmiany ciągle następują (np. urzędowa pisownia imiesłowów). Jednak jak skrzypkowi czy pianiście, który nauczył się grać na swoim instrumencie i osiągnął w tym pewną biegłość, trudno mi pogodzić się z ograniczeniem liczby klawiszy czy ilości strun. Melodia przez to ubożeje. W języku to, co nie nazwane, nie istnieje. Można w ostateczności opowiadać komuś taką historię: "no i ku...poszedłem do niego i mówię ku... coś nie gra a on mi mówi ku... trzeba to wyprostować bo ku... mam tego dość". Ale przyznasz, że ta łatwa w obsłudze opowieść niesie ze sobą miałką treść. Nudną w dodatku jak flaki z olejem.
Dajesz przykład historycznych deklinacji czy czasów zaprzeszłych, które "wypadły" z naszego języka. Widać nie były potrzebne do porozumiewania się i pewnie porozumiewanie się na tamtym etapie historii raczej polegało na sprawnym władaniu bronią; a od literatury i porozumiewania się było duchowieństwo. Czy chcesz teraz sztukę porozumiewania się przekazać w godne usta kiboli? Im nie jest potrzebne bogactwo języka, ale ludziom tkwiącym w naszej kulturze i czerpiącej z niej rozmaite postaci rozumienia świata - i owszem.
Wydaje mi się, że nie jest tak, że wraz z ubożeniem języka ubożeje komunikacja i wyrażanie róznych rzeczy. Chyba raczej jest odwrotnie - to język ubożeje dlatego, że coraz mniej jest do wyrażania i przekazania. W przykładzie, który podałaś, gdyby tą treść trzeba było wyrazić eleganckim językiem, to pewnie nie zostałoby powiedziane nic, bo ten wyraziciel nie potrafiłby tego zrobić. I nie sądzę, żeby dodawanie nowych strun do skrzypiec wyszło temu instrumentowi na korzyść.
Zmiany prędzej czy później trzeba będzie przeprowadzić, pytanie czy już nadszedł czas czy jeszcze nie, pytanie jakie zmiany. Może wyjściem byłoby to, co podobno mają Niemcy i Arabowie - jeden oficjalny, literacki język, i wiele różnych dialektów lokalnych i nie wiem jakich jeszcze. Nie wiem, nie podejmuję się tego rozstrzygać. Pewne wydaje mi się to, że postawa "tak ma zostać i już" do niczego dobrego nie prowadzi.
Aby komentować Zaloguj się lub Zarejestruj w Tarace.
