30 października 2013
Katarzyna Urbanowicz
Serial: Babcia ezoteryczna Sezon drugi
Koń jaki jest (1)
czyli jak trafiamy w te same koleiny
◀ Jesień na Facebooku ◀ ► Koń jaki jest (2) ►
(fotografia Jerzego Płaczka)
Zacznę od pewnego snu. Przyśniła mi się kiedyś moja ciotka (siostra mojego ojca) - Sławomira. Tu jako młoda dziewczyna. Wszystkie młode dziewczyny są słodkie, zanim życie ich nie przeora. Lubimy na nie patrzeć i szukać zalążka tego wszystkiego z czym muszą się zmierzyć w przyszłości i co z tego wyniknie dla ich osobowości.
Status cioci Sławki w rodzinie ojca był tajemniczy. Wiadomo było, że jako wieloletnia nauczycielka polskiego ukończyła studia polonistyczne w Wilnie, że pisała pracę doktorską (temat nieznany) którą pogryzły szczury w piwnicy domu rodziców na Pradze, że wychowana w inteligenckiej rodzinie o tradycyjnych wartościach bynajmniej nie kontestowała ich, mimo to zawsze w jej życiu były punkty, o których się nie mówiło, albo mówiąc, używało schematów. Podobno w młodości nie wyszła z mąż, traktując to jako sposób wsparcia dla matki (po co? dlaczego?). Podobno ktoś jej bliski zginął w wojennej zawierusze. Jako nauczycielka była kochana przez młodzież. Ja też ją kochałam, choć bałam się poruszać z nią pewne tematy. Stałyśmy po obu stronach rodzinnej barykady. Moja mama contra rodzina ojca. Im jestem starsza, tym bardziej w lustrze odnajduję jej rysy... Podstawowa różnica między nami: nigdy nie była przebojowa.
Żyła w długoletnim związku i był to związek wzorcowy – prawdziwy związek intelektów i dusz. Jednak i w nim panowała pewna męska dominacja, jeśli chodzi o karierę zawodową i tajemnice, o których mówiło się szeptem na ucho przestrzegając: nie przy dzieciach. Jednak w tamtych czasach nawet brak sformalizowania związku ukrywano przed dziećmi aby nie siać zgorszenia. Tajemnicom tym ciocia Sławka nie nadawała żadnego znaczenia, aż do pewnych snów po jej śmierci. W mieszkaniu na Pradze wisiał i wisi do dziś jej młodzieńczy portret:
Znajomości z moją ciotką towarzyszyło pewne nieporozumienie — zawsze wydawało mi się, że jest kimś stale w jednym wieku i kiedy zmarła w wieku osiemdziesięciu kilku lat, zdziwiłam się niepomiernie; przecież była o wiele młodsza, ponadczasowa.
10 listopada 1999 roku, po jej śmierci, kilka dni po rocznicy jej imienin, przyśniła mi się Sławka przeglądająca notatki przed lekcją. Miała mnóstwo kartek i karteczek i jeden maszynopis. Powiedziała mi: mam maszynę do pisania i teraz wszystko, co jest ważne, mogę zapisać.
Potem przyszedł człowiek, tak jakby dyrektor jej szkoły i powiedział: Sławka powiedziała, że teraz masz za nią uczyć. Nie powiedział, kogo ani czego. Zaczęłam przeglądać notatki Sławki, żeby dowiedzieć się, przynajmniej, czego mam uczyć, ale tylko zrozumiałam, że moja nauka ma dotyczyć różnicy między SŁOWEM a WYRAZEM. Męczyłam się we śnie, żeby zdefiniować tę różnicę, zaglądałam do notatek Sławki, ale wszystkie kartki okazały się puste. Dyrektor powiedział mi: musisz poszukać jej notatek pisanych na maszynie, wtedy zrozumiesz, o czym ma być ta lekcja.
Pisałam wówczas historię rodziny (ponad 1000 stron nie nadających się do ujawnienia poza rodziną) i o rodzinie ojca było tam zaledwie kilka. Jak mówiła moja mama: szyto-skryto.
Spytałam jej męża o notatki na maszynie, ale powiedział mi, że Sławka nie umiała na niej pisać, w razie potrzeby na maszynie jej teksty pisał on, a notatki, które sporządzała do pracy dyplomowej, ołówkiem i kolorowymi atramentami, w piwnicy pogryzły szczury, a resztę zalała woda z pękniętej rury. Możliwe więc, że istniały, że były gdzieś w jej szkole (w domu nie miała maszyny do pisania), ale nikt o nich nic nie wie, a w każdym razie ja nie mam dostępu. Możliwe, że z tych czy innych względów nie zostały ujawnione. W rodzinie mojego ojca zawsze tajemnica goniła tajemnicę.
Tu dochodzę do nieco drażliwej kwestii. Trudno mi uwierzyć, że Sławka, wychowana na Podolu, w młodości rzucana wiatrem historii, tak bardzo bogata intelektualnie, mądra życiowo, w dodatku podporządkowująca próby podjęcia własnych prac literackich planom męża (pisali wspólnie jakiś słownik, ale wydaje mi się, że Sławka napomknęła kiedyś, że była to sugestia męża, ona bowiem interesowała się innym tematem, nie pamiętam już jakim) nie zostawiła sobie psychicznej furtki, jaką byłoby pisanie dziennika chociażby. Miała ogromną intuicję i podobno „prorocze sny”– choć ona sama nic o tym nie mówiła.
Nurtowało mnie jeszcze jedno pytanie: Czy usilne rozmyślania w moim śnie dotyczące różnicy między „słowem” a „wyrazem” mają jakieś znaczenie, czy nie są pewnym tropem, który ujawni się w swoim czasie? Cóż może wyjaśnić słownikowa informacja, że słowo jest zespołem dźwięków mowy, odpowiadającym jednemu pojęciu, a wyraz znakiem pewnego przedmiotu lub pewnej treści – inaczej zapisem słowa?
Kiedy w swojej pracy opiniowałam akty normatywne, poprawiano mi zawsze „słowo” na „wyraz” (wyraz taki a taki należy zastąpić innym wyrazem). Miało to sugerować, że czepiam się nie wymowy aktu, a sformułowań, choćbym czepiała się naprawdę jego wymowy. Typowy przykład: zastąpić wyraz „należy” wyrazem „powinno się” lub „wskazane jest” – choć przecież chodzi o „słowa” i ich znaczenie, a nie o zapisane „wyrazy”. Gdybym miała zastępować wyraz innym wyrazem, to tylko jako ciąg znaków zapisanych kolorem niebieskim bądź czerwonym
Prawdopodobnie w mojej rodzinie zarówno kobiety jak i mężczyźni, ze strony ojca i matki miewali „znaczące” sny. O rodzinie matki nic nie wiem, poza tym, że sny takie miała mama (według Jej opowiadań osoba, która przyśniła się z wieńcem białych kwiatów na szyi, wkrótce umierała). O snach w rodzinie ojca wiem o wiele więcej z opowieści rozmaitych krewnych. Moje sny, jako dziedziczącej geny obu tych rodzin, powinny być wobec tego super znaczące; zdarzają się czasami i kilkakrotnie zostały potwierdzone, ale czy naprawdę były? Ilu z nich nie zrozumiałam, a ile zlekceważyłam?
Ten konkretny sen miał też inne potwierdzenie. Sławka mówiła w nim także o pewnej kobiecie, którą nazwała Margarytką lub Stokrotką i jej informacja, w którą nie wierzyłam – potwierdziła się. Poznałam ją pół roku później i od razu wiedziałam, że to o nią we śnie chodziło – miała granatową sukienkę w takie drobne kwiatki: stokrotki lub margerytki.
Ale wracam do mojego życiowego powołania: nauczania różnicy między SŁOWEM a WYRAZEM.
O co w tym śnie mogło chodzić? Jak mogę kogoś uczyć, skoro często nawet sama siebie nie jestem pewna? Nienazwane nie istnieje, ale jeśli je nazwać, czy to coś zmieni w jego istnieniu? Nada mu inny odcień czy zmieni barwę?
To pytania fundamentalne. Niestety, wychowana byłam w czasach, gdy do wszystkich nazw powinno się podchodzić sceptycznie, a ja tego nie umiałam. Przyjacielem moim był Związek Radziecki, nowoczesny człowiek był postępowy, a ja w wielu aspektach byłam wręcz wsteczna. Mój własny mąż twierdził, że mam odchylenie socjaldemokratyczne, a dla mnie to były puste słowa, nie nazwa bynajmniej. Ludzie byli równi sobie, a ja czułam się nierówna wszystkim wokół. Ludzie wołali „Solidarność”, a ja widziałam „Pazerność” (nie koniecznie na pieniądze, na życie, na sukces, na własne JA) Co słowo – to wyraz wątpliwy. Dziś też nie jest lepiej, przeciwnie, nazwy wręcz kłamią, jeśli przedtem tylko koloryzowały rzeczywistość.
Na czym ma polegać moja życiowa misja? Mam pisać? Ale co? Moje powieści nagradzano w konkursach, wypłacano mi odszkodowanie i odstępowano od publikacji. Nawet gdy miały dofinansowanie ze źródeł publicznych. Nie byłam żadnym wywrotowcem, żadna oficjalna cenzura nie miała nic przeciwko, nie miałam nigdy wrogów, więc co? Zlokalizowałam astrologicznie – że to Uran psuj w opozycji do wszystkich ważnych miejsc w moim horoskopie. Zwłaszcza do Słońca, Wenus i Merkurego.
Im jestem starsza, tym bardziej skłaniam się do przekonania, że źródło problemu leży we mnie – w moim rozumieniu świata. W jakiś sposób zostałam stworzona na podobieństwo hybrydy albo obojnaka. Jak centaury, a wśród nich Chiron. Kiedy wprowadzę tę nazwę do Gooogli wyświetlają mi się następujące kategorie: Chiron Płock i Chiron Józefów, lecznice weterynaryjne, opinie, cennik, weterynarz, ogłoszenie i lecznica. Uparcie kasuję dodatek „Płock” ale wyświetla się spis innych lecznic (Dlaczego Płock jest przed Józefowem?). Chiron mitologia na n-tej stronie. Po trzykrotnym kasowaniu cholernego Płocka wreszcie zostaje sam Chiron i pojawia się Wikipedia. Mamy więc słowo: Chiron (Chejron), ale wyraz w tym wypadku nie jest wcale zapisem słowa. Chiron nie jest mitologicznym uzdrowicielem, ale kilkoma innymi lecznicami weterynaryjnymi, porównywarką ich cen, ewentualnie planetoidą, a właściwie dziesiątkami wcieleń tych instytucji: oddziałami, sklepami, punktami pomocy. Czy to jest ten świat w którym urodziłam się i żyję?
O czym tu nauczać? W wieku siedemdziesięciu i jeden (prawie) lat nie wynajdę aplikacji przywracającej znaczenia słowom, narzucającej odpowiadający im wyraz; mam nawet problemy z poruszaniem się w internecie (z powodu ograniczonych kontaktów osobistych nie mam czasem kogo spytać). Jak mam więc nauczać? Kogo? I po co? – skoro mój świat jest dla nich z innej planety?
Ot przykład: pewien znajomy na Facebooku przestrzegł mnie, żebym przypadkiem nie podawała, że nie zna mnie osobiście, niestety ostrzeżenie wpłynęło później niż moje potwierdzenie znajomości. Spytałam go co za różnica, na co on odpowiedział, że mogą mu zablokować z tego powodu konto. Nie mogę tego zrozumieć. Czy wracam z powrotem do czasów gdy ktoś narzuca mi kogo mam nazywać przyjacielem? Związek Radziecki tak, a USA nie? Iksińską tak, a Igrekowskiego nie, bo wyśledzą i ukarzą? Jak wobec czego ktoś może mieć bezkarnie tysiące znajomych?
Czy to także jest różnica między słowem „społeczność”, a wyrazem tego słowa?◀ Jesień na Facebooku ◀ ► Koń jaki jest (2) ►
Komentarze
Mnie sie wydaje, ze "wyraz" to cos co jest napisane przez kogos - jest i juz "ktos mial na mysli swoja interpretacje i uzyl tego a nie innego wyrazu " . "Slowo" - to to jak ja odczytuje ten wyraz , jaki "dzwiek" i "wymowe" podloze pod obraz=wyraz - za tym kryje sie indywidualna interpretacja . "Wyraz" mozna zdefiniowac przez opis , "Slowo" - brzmi w uszach .....
Czasami wydaje mi sie, ze "Na Poczatku byl dzwiek ... " wibracja, poruszenie "strun" i wszystko sie zaczelo ...... Dzwieki , slowa przyjmujemy w inny sposob , slyszymy - czujemy - interpretujemy , poruszamy w srodku i laczymy wiele "zmyslow" . Mozemy zamknac oczy i slyszymy-widzimy . Wyraz zapisany podlega interpretacji "rozumu" , tutaj mozna sie odwolywac do tego "co jest zapisane, napisane,..., zdefiniowane, zinterpretowane na pismie w innym rozdziale,.. " - niejako uporzadkowane i "pod kontrola" . W zasadzie mozna by rzec, ze slowo - zycie , wyrazy - sa niejako juz "martwe" . Zyjac uczymy sie przedewszystkim Siebie .. ale to jest najtrudniejsze zadanie ... choc bardzo zajmujace :)
Aby komentować Zaloguj się lub Zarejestruj w Tarace.
