zdjęcie Autora

22 grudnia 2012

Katarzyna Urbanowicz

Serial: Babcia ezoteryczna
Pamięci Roberta

Kategoria: Twórczość

◀ Trzymanie ręki na pulsie ◀ ► Karta Umiarkowanie ►

Końca świata nie było. Postanowiłam jednak poczekać do godziny 0,00, żeby sprawdzić to osobiście. I głupio zrobiłam. Wszyscy moi znajomi wiedzą, że idę spać o 10,00. Zażywam proszki (dwa białe, pół żółtego i jeden różowy oraz czasami podłużny i obły sraczkowatego koloru) i dziesięć minut później jestem denatka.(czasami budzę się o trzeciej nad ranem, ale to już opowieść z innej bajki).

         Tymczasem nie bacząc na moje zwyczaje, zadzwonił do mnie ktoś z rodziny informując mnie o śmierci pewnego znajomego. Młody chłopak, zawsze miał pod górkę, a kiedy wreszcie zaczynał powoli wychodzić na prostą, dopadła go śmierć. Znałam go od dziecka, najpierw zuch, potem harcerz, matka alkoholiczka, wychowywała go babcia, dokąd żyła, zimą w dziurawych trampkach i podartym sweterku. Na harcerskim obozie (robiłam tam za kucharkę wykorzystując ówczesny przepis, że osobie pracującej na rzecz obozów harcerskich przysługuje urlop bezpłatny i średnia pensja – byłam wówczas naczelnikiem w PZU, ale zachciało mi się oderwać od wyścigu szczurów) Robert był słoneczkiem. Odznaczał się niespotykaną żywotnością, optymizmem, humorem. To jedna z tych osób, na których widok nie sposób się było nie uśmiechnąć. Zawsze żartował, nawet wówczas, gdy wszyscy mieliśmy dosyć i padaliśmy na nos.

Pomagał w kuchni (jak w dziurawych butach zdobywać szczyty?), zawsze chętny do pracy, wesoły, żartował. Zapamiętałam z tamtych lat taką scenę: Przywieziono połowę barana i trzeba było go rozebrać. Robert ustawił się z siekierą przy pieńku i rąbał zmrożoną tuszę. Ja, nieopodal, kroiłam jakieś jarzyny i zacięłam się w palec. Robert, zawsze chętny do pomocy pobiegł na drugie piętro do gabinetu pielęgniarki (tzw. Piguły) po plaster i bandaż. Ale zapomniał zostawić w kuchni skrwawioną siekierę i z nią wpadł do gabinetu Piguły – studentki medycyny. Przerażona dziewczyna spytała po co mu plaster i bandaż, na co Robert odrzekł, że rąbał półtuszę baraniny i odrąbał niechcący pani kucharce dłoń. Biedna Piguła zemdlała i bała się nawet zejść zobaczyć, co się naprawdę stało. Robert przynióśł plaster i banadaż. Dopiero wieczorem Piguła, gotowa do wyjazdu z obozu, stojąca w holu z walizką dowiedziała się, że z niej zażartowano.

Robert miał niesłychanie ciężkie życie. Zakochał się w kimś niewartym tego uczucia, pod jej wpływem postanowił zdobyć pieniądze na wspólne życie i popełnił przestępstwo. Może traktował to jak żart, podobny odrąbania dłoni pani kucharce, ale nie było żartów z wymiarem sprawiedliwości. Robert odsiedział aż osiem lat, bo nie był zbyt pokorny i polubił izolatkę. W więzieniu skończył gastronomiczną szkołę zawodową, a po wyjściu założył firmę kateringową. Miał talent do kucharzenia. Talent, smak i wyczucie. Wspólnik okradł go, ale Robert po swoich doświadczeniach bał się jakiegokolwiek kontaktu z wymiarem sprawiedliwości czy policją. Założył rodzinę, urodziło im się dziecko, syn jak skóra ściągnięta z ojca, choć wymagające leczenia. Pracował ciężko, zawsze nastawiony optymistycznie do życia. Na nowo rozkręcał działalność, a ja robiłam dwa razy w tygodniu dla jego firmy pierogi. Dyskutowaliśmy o gustach „białych kołnierzyków” i modach gastronomicznych. Uczył mnie i inne współpracujące osoby sekretów kucharzenia, zdobienia potraw i ukrywania mankamentów, których żadna gospodyni domowa nie zna. Gdyby nie punkt startu, moim zdaniem miałby przed sobą zawodową przyszłość. Na moje siedemdziesięciolecie uszykował piękne półmiski potraw. Pamiętam go, jak wynosił z samochodu po jednym półmisku, żeby dekoracja się nie rozpłynęła.

Robert po każdym upadku podnosił głowę i wierzył, że wszystko zawsze będzie lepiej. Zawsze był dla nas – jego przyjaciół — tym słoneczkiem,  jak w dzieciństwie.

W biurze, gdzie ostatnio pracował, przeziębiony czuł się źle i wygoniono go przymusem do domu, Wieczorem zadzwonił po pogotowie, bo miał trudności z oddychaniem.

Jeszcze w nocy sms-ował do swojego szefa, że nie może mówić, bo podłączono go do respiratora. Godzinę później zmarł. Podobno była to sepsa.

Rano zgłosiła się do jego żony matka przypominając, że syn co miesiąc dawał jej jakieś pieniądze, więc żeby żona przypadkiem nie zapomniała o tym, że przed Nowym Rokiem winna jest jej coś koło 300 zł. Nie obchodziło ją to, że wdowa odchodziła od zmysłów.

Jak ktoś ma przechlapane w życiu, to do końca. Umiera koło trzydziestki, gdy wszystko ma wreszcie przed sobą.

Pół godziny później zadzwoniła do mnie jedna z czarownic – ta, która wywołała kiedyś burzę. Ma raka płuc. Ona też miała przechlapane życie.

Pomyślmy przez chwilę o Robercie, który jest przykładem niespodzianek szykowanych dla nas przez los. Oby każdy z nas do swojego końca tak trzymał fason jak On.

I trzymajmy kciuki za operację Krysi — czarownicy.

◀ Trzymanie ręki na pulsie ◀ ► Karta Umiarkowanie ►


Komentarze

[foto]
1. Może to i dobrze?Przemysław Kapałka • 2012-12-25

Ciężki los każdemu kiedyś się kończy. Wtedy czasami (podkreślam: czasami, bo na pewno nie zawsze) lepiej będzie dla niego, jeśli odejdzie żeby nie przebywać dłużej w tych niekorzystnych dla siebie układach i narodzić się ponownie już w lepszych. Śmierć nie zawsze jest czymś złym. Niedawno mama mojej koleżanki zginęła w wypadku samochodowym. Kiedy nawiązali z nią kontakt, okazało się, że jest szczęśliwa i zadowolona z tego, co się stało, a dla jej bliskich też wkrótce sprawy przybrały pomyślny obrót.

Aby komentować Zaloguj się lub Zarejestruj w Tarace.

X Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)