11 grudnia 2012
Katarzyna Urbanowicz
Serial: Babcia ezoteryczna
Roje zdarzeń (3)
◀ Kobieta z rowerem ◀ ► Wyścig szczurów, wścieklizna i wypadek (1) ►
W styczniu 1996 roku dopadł mnie trzeci rój
19 stycznia 1996 roku o godzinie 16,30 miałam wypadek, który zmienił moje życie. Nie byłam kierowcą i nie miałam żadnego wpływu na wydarzenie. Polegał on na tym, że z ulicy podporządkowanej wyjechał samochód uderzając z mojej prawej strony w fotel pasażera i wyrzucając mnie w powietrze (samochód, polonez truck, nie miał napinaczy przy pasach bezpieczeństwa) Jakiś czas przed tym miałam napady silnych lęków, także związanych z komunikacją (ale nie zawsze).
Pierwszy z nich nastąpił w październiku 1995 roku, ostatni przed Bożym Narodzeniem tegoż roku. Lęki dotyczyły wszystkiego, co działo się po mojej prawej stronie i wypadek także wiązał się z uderzeniem innego samochodu z prawej strony w drzwi po mojej stronie – pasażera. W tym czasie dwukrotnie przydarzyło mi się uczestnictwo w kolizji, raz tramwajowej, drugi raz autobusowej. Za każdym razem siedziałam (jak lubię) po prawej stronie i zderzenie następowało z innym pojazdem nadjeżdżającym z prawej strony. Były to kolizje, w których nie zostałam poszkodowana, ale zawsze miałam porządnego stracha, ponieważ uderzenie następowało niedaleko miejsca, gdzie siedziałam. Napadowych lęków jakoś jednak nie wiązałam z tymi wydarzeniami.
Prawie równo 12 lat wcześniej napisałam opowiadanie, którego motywem był wypadek leworęcznego kierowcy. (nie znam daty napisania, opowiadanie ukazało się drukiem 28 stycznia 1984 roku, ale wtedy dawałam do druku teksty na bieżąco, mogło więc być napisane nie wcześniej niż miesiąc). Opowiadanie dotyczyło leworęcznego kierowcy, który kierowany niejasnymi odruchami lub sugestiami pochodzącymi z jego poprzedniego wcielenia, chcąc uniknąć zagrożenia, dokonuje niewłaściwego manewru i skrętu, z powodu czego ponownie ginie w wypadku, podobnie jak jego poprzednie wcielenie (a).
Z grubsza scenariusz opowiadania i realnego wydarzenia zgadzał się, choć opis wypadku był tylko pretekstem do innej sprawy – bohater musiał trafić w zaświaty, narodzić się na nowo i w nieskończoność ponawiać scenariusz końca swojego życia, czego odbiciem w realnym, bieżącym życiu, była jego leworęczność.
Próbując badać aspekty wypadku, gdy zainteresowałam się astrologią, dostrzegłam jedynie to, że w dniu wypadku sześć planet wraz z Słońcem, Merkurym, Uranem, Neptunem, Księżycem, Jowiszem, znalazło się w Koziorożcu minąwszy moje imum coeli, w opozycji do urodzeniowego Jowisza, a w czołówce tego peletonu znalazł się Mars w Wodniku.
Dwanaście lat wcześniej, gdy ukazało się opowiadanie, układ był bardzo podobny, choć nieco bardziej rozproszony.
W tym zestawie wydarzeń było coś, co dało mi impuls do szukania sensu. Można było to zrobić jedynie tak, jak robi się z interpretacją snu. Rezonans między opowiadaniem a faktycznym wypadkiem dotyczył przede wszystkim opozycji prawa/lewa strona, a tym samym całkowite przekierowanie życia na inne tory.
W dyskusjach na forum astrologicznym zwracano mi uwagę, że strona prawa w naszej kulturze jest poprawna czy prawidłowa. Moja wewnętrzna niezgoda na wydarzenia, które odbywają się z prawej strony, to brak zaufania do autorytetów (kierowcy, kierowców mojego życia), konieczność polegania na sobie. Uszkodzenie serca w wypadku to odwzorowanie zawodu w związku. W ogóle odwzorowanie konfliktu męsko – damskiego, rozziewu między dawaniem, a przyjmowaniem. Padło także zdanie, że gdybym wcześniej rozbudowała to opowiadanie, nie pisała go tak intuicyjnie i w pośpiechu, tylko zastanowiła się głębiej nad jego przesłaniem, lub gdybym napisała kilka takich opowiadań, być może wypadek nie musiałby się wydarzyć, ponieważ problem zostałby rozpracowany.
Tchnie to wnioskami, których się obawiam. Nie szłam nigdy w swoich rozważaniach aż tak daleko. Nie wątpiłam, że wypadek zmienił moje życie, bo nie wróciłam już do pracy zawodowej i wyścigu szczurów. Pamiętam, w szpitalu uzdrowiskowym w Nałęczowie, po wypadku, mimo śniegu i lodowicy trzymającej aż do końca kwietnia, wdrapałam się z trudem na jakąś okoliczną górkę i weszłam do małego sklepiku z pamiątkami. Leżał tam plakat przedstawiający widoczek z wąwozem, skałami i typowym krajobrazem górskich lasów i wielkim białym napisem: „Jeśli chcesz poznać, co w tobie najgłębsze, umiej się zatrzymać”. Odczułam to jako zadanie dla siebie na przyszłość – poznawanie siebie i tego co mnie otacza, szukanie prawdziwej drogi.
Po dwóch latach depresji i pogubienia powoli zaczęłam z powrotem odnajdować swoje kierunki, choć od tamtego czasu przestałam odczuwać smak życia. Ale to normalne: albo się życie smakuje, albo się poznaje przepisy na przygotowanie potraw.
W tych wydarzeniach jest jeszcze inne dno. Pamiętając, że w moim dzieciństwie leworęczność traktowano jako kalectwo, że usiłowano mnie jej oduczyć nawet bardzo radykalnymi metodami, co w pewnej mierze się udało (ale przyniosło więcej złego niż dobrego), świadoma, że dodatkowo życie codzienne jest pełne przeszkód stawianych leworęcznym (np. zwykłe noże piłki mając żłobienie po niewłaściwej stronie kroją palec zamiast potrawy; problem dotyczy też nożyczek, uchwytów żelazek i w ogóle wszelkiego rodzaju narzędzi) zwracam uwagę na niespodzianki, które moja leworęczność może mi przynieść. Czasem muszę siąść w innym miejscu stołu niż mi wskazują, bo obok szeroko rozsiadających się osób praworęcznych moje ubranie narażone jest na szwank, gdy zbyt gwałtownie poruszają łokciami.
Leworęczność ma także swoje dobre strony – kiedyś gdy namiętnie zajmowałam się robótkami ręcznymi nikt nie mógł odgadnąć, na czym polegała tajemnica niektórych moich ściegów – wyglądały jak ścieg w zamkniętym okręgu, a były używane w prostokącie. Oczka układały się w jedną stronę, co normalnym sposobem nie było osiągalne. Ja zaś przekładałam tylko druty lub szydełko z ręki do ręki.
Kiedyś, gdy zdobyłam nagrodę za opowiadanie „Plama na wodzie” zaproszono mnie na trzydniowy spęd miłośników SF w Dzierżoniowie. Posadzono mnie przy sześcioosobowym stole młodych pisarzy. Ze zdziwieniem zauważyłam, że wszyscy, bez wyjątku, byliśmy leworęczni.
To także daje do myślenia.◀ Kobieta z rowerem ◀ ► Wyścig szczurów, wścieklizna i wypadek (1) ►
Komentarze
Jak przeczytałam wzmiankę o tym opowiadaniu leworęcznego kierowcy to pomyślałam, że…napisałaś nieświadomie swoją historię. Nawet by pasowało, dostajesz drugą szansę, by zmienić swoje życie, by nie wracać już do „poukładanego życia”. Tak jakbyś w poprzednich wcieleniach odrobiła lekcję i w tym życiu była gotowa do zmiany… Zastanawiam się też czy los musi dawać nam, aż takiego kopa, by nadeszła zmiana? Przecież jest wiele ludzi, którzy po wypadkach, „podbramkowych” sytuacjach zmieniają o 180 stopni swoje życie. Uważam, że los mógłby w sposób delikatniejszy dać znać.
Pozdrawiam
Aby komentować Zaloguj się lub Zarejestruj w Tarace.
