13 grudnia 2012
Katarzyna Urbanowicz
Serial: Babcia ezoteryczna
Wyścig szczurów, wścieklizna i wypadek (1)
◀ Roje zdarzeń (3) ◀ ► Wyścig szczurów, wścieklizna i wypadek (2) ►
W poprzednim odcinku opowiedziałam o trzecim i ostatnim „roju zdarzeń”. Nie był on jednak tak klarowny i czytelny jak poprzedni i tylko niektóre jego elementy: (napady lęku, prawostronność/lewostronność) uwypukliłam. Całość układu była bardziej skomplikowana, wielostronna, choć z perspektywy czasu patrząc, nieuchronnie, tak czy inaczej, prowadziła do opisanego końca – wypadku.
Od 1 października 1995 roku zmieniłam pracę i przeszłam do nowej firmy ubezpieczeniowej, którą można by nazwać wzorem Johna Grishama i tytułu jego powieści „FIRMA”. Myślałam bardzo długo, zanim na to się zdecydowałam, ale nie był to dobry pomysł. Firma była własnością jednego człowieka, Polaka posiadającego obywatelstwo niemieckie, człowieka bardzo inteligentnego i bystrego, ale mającego dwie wady: namiętność do ręcznego sterowania każdą duperelą oraz bezkrytyczne zapatrzenie w „to co na Zachodzie” (co zresztą w tamtych latach było powszechną przywarą). W związku z tym panował zachodni styl pracy, faktycznie jednak bardziej pańszczyźniany lub wczesnokapitalistyczny niż cokolwiek. W firmie pracowało się dopóty, dopóki nie udało się uciec, co czasami następowało grubo po północy. Właściciel rekompensował to sobie sypiając do popołudnia i pojawiając się w Firmie koło 14-ej, ale szarzy pracownicy musieli przychodzić rano.
Całe szczęście, że ja pracowałam w Warszawie, a nie w siedzibie Firmy, która mieściła się w innym mieście, kiedy jednak pojawiałam się tam średnio raz w miesiącu, 3 dni pobytu odchorowywałam czasem dłużej niż te 3 dni. Pracownicy mający małe dzieci, wyskakiwali na chwilę do przedszkoli lub szkół, a potem dzieci te spały po kątach na stertach druków i innych papierzysk. O 3-ciej w nocy rodzicom żal je było budzić, więc pracując zostawali do rana, pospiesznie myli je pod kranami w łazience, wycierali tonami jednorazowych ręczników, wypachniali służbowymi dezodorantami (jak Europa, to Europa!), dawali forsę na frytki i hajda do szkoły. To dotyczyło młodych pracowników.
Ale firma zatrudniała także, wręcz z upodobaniem, trochę kobiet w wieku koło pięćdziesiątki. Oczywiście one doceniały tę wspaniałą szansę, jaką zapewniono im, że zamiast zasiłku dla bezrobotnych pozwolono im pracować. Mężowie już bez pracy, albo szykujący się do opuszczenia zamykanych największych zakładów w tym mieście, fiksujący od nadmiaru stresów, byli dla tych pań potwierdzeniem ich „ostatniej szansy”. Były to osoby dość wykształcone, z długoletnim stażem pracy w ubezpieczeniach, nauczone pracy „dopóki się nie zrobi”, cóż, kiedy już i siły i zdrowie nie to, a zwłaszcza nie przyzwyczajone do dzikiej odmiany kapitalizmu, który wyssie z człowieka wszystkie siły, jeśli mu się na to pozwoli. I oto właśnie chodziło! Za gówniane pieniądze, pomiatane, doduszane do kresu sił, maskujące makijażem coraz większe zmęczenie... Tacy byli pracownicy tej Firmy.
Nie przez przypadek używam tutaj nazwy pisanej z dużych liter, Powieść Grishama ”FIRMA”, opowiadała o młodych prawnikach zatrudnianych w amerykańskim biurze konsultingowym, zresztą świetnie opłacanych (samochody, domy nabywane przez firmę), ale pozbawionych jakiejkolwiek samodzielności w czymkolwiek i wykorzystywanych do granic ich fizycznych możliwości. Pomysły amerykańskiego pisarza były o wiele mniej rewelacyjne niż możliwości polskich właścicieli (poza wyciskaniem wszystkich sił z pracowników nikt ich nie gnębił, nie poniżał, nie wyzywał od kurew i skurwysynów o trzeciej w nocy, nie kazał spowiadać się z najmniejszej nielojalnej myśli) no i tamta Firma płaciła tym ludziom więcej niż godziwie w przeciwieństwie do mojej.)
Tak więc do tego zespołu i ja dołączyłam. Zostałam dyrektorem nowo otwartego Oddziału w Warszawie. Obiecywano mi ogromną samodzielność, ale jak co do czego przyszło, to jedynie miałam wpływ na to jakiego koloru papier toaletowy zakupię, (jeżeli wcześniej właścicielowi nie przyszło do głowy kupować hurtowo papier w macierzystym mieście).
Zaczęło się to wszystko — pamiętam jak dziś — 1 października 1995 r. A było jak w amerykańskim horrorze wg schematu: przyjeżdża rodzina do nowego domu...
Do 31 września pracowałam w poprzedniej firmie, ta nowa wysłała pismo o służbowe przeniesienie, ta stara zgodziła się, rozliczyłam się ze wszystkiego, wzięłam papiery w rękę, odbyłam pożegnalne przyjęcie, pożegnalną rozmowę z „byłym” prezesem, który powiedział: Życzę pani, pani Kasiu, żeby pani tej decyzji nie żałowała (choć sam doskonale wiedział, że nie miałam innego wyjścia) i powiedział to w złą godzinę.
Następnego dnia wsiadłam rano do pociągu Intercity wyjeżdżającego o szóstej rano, dyskretna muzyczka z głośników, mój najlepszy kostium, kupiony na tę okazję, żeby wyglądać odpowiednio do nowego stanowiska, żorżeta ciemny turkus, biała bluzka, okrągłe kolczyki turkus w srebrze — ale dużo tego srebra, złoto jest passe — nie dziękuję, kawa bez cukru i śmietanki i jeszcze sok grapefruitowy poproszę — za oknem nudne krajobrazy, spogląda się na nie okiem myśliwego jadącego na polowanie w buszu, resztę można sobie dośpiewać — jak w filmie.
Pojechałam na dwa, trzy dni, a siedziałam dwa tygodnie. Siedziałam, bo uparłam się, że nie wyjadę, dopóki nie otrzymam umowy o pracę i pełnomocnictw. Coś trzeciego dnia zaczęłam zastanawiać się, czy oni naprawdę mają zamiar mi dać umowę o pracę i o co w ogóle w tej firmie chodzi. Wszyscy biegali szalenie zajęci, ale nic konkretnego nie robiono, wszyscy załatwiali jakieś sprawy, ciągle brakowało kogoś albo czegoś. Oczywiście zaplanowałam sobie, że w czasie pobytu zapoznam się z zarządzeniami, warunkami, taryfami i innymi papierami, bez których nie może działać firma ubezpieczeniowa. Tymczasem nie „mogli” mi ich dać, bo nie miałam umowy o pracę, a nie „mogłam” jej otrzymać, bo ciągle brakowało jakiejś referentki, która wprawdzie była fizycznie obecna, ale utraciła zaufanie właściciela firmy, który postanowił ją odsunąć od niektórych spraw, ale dlaczego tego nie robił przez parę dni, jest tylko jego tajemnicą. Zresztą mogło być całkiem inaczej, tylko przekazywano mi jakieś bajki wymyślone naprędce.
Tak gdzieś w połowie drugiego dnia zaczęła pracować moja wyobraźnia. Ponieważ całe to towarzystwo robiło na mnie wrażenie nieco dziwacznego, moja wyobraźnia podsunęła mi obrazy zaczerpnięte z amerykańskich kryminałów, także z wspomnianej „FIRMY”, gdzie sytuacja jest prawie kropka w kropkę: młody prawnik przyjęty do nowej firmy odnosi identyczne wrażenia jak ja, a w kolejnym rozdziale zaczynają się różne zamachy na jego życie. Oczywiście były i różnice, w tym jedna najważniejsza, ów młody prawnik otrzymał dom należący do FIRMY, a ja tylko zamieszkałam w rezydencji właściciela, pełniącej jednocześnie rolę hotelu dla pracowników zamiejscowych i różnych gości.
Zaczęłam się zastanawiać, a czasu miałam dużo. Po dniu spędzonym w biurze odwożono mnie do rezydencji otoczonej wysokim murem, ze strażnikami, psami, fotokomórkami itp. gadżetami, a rano zabierano stamtąd. Nie bardzo wiedziałam, gdzie się to znajduję, teoretycznie oczywiście mogłam wyjść, ale w praktyce nie było to łatwe. Dom znajdował się na odludziu. Pogoda była paskudna, pokój miałam na piętrze, a już samo zejście na parter, gdy w pobliżu nie było nikogo z obsługi, było ryzykowne. Po korytarzach tej rezydencji ganiał ogromny pies z upodobaniem rzucający się na obcych. Już pierwszego wieczoru, poproszono mnie do telefonu, który znajdował się w recepcji na parterze (to jeszcze było przed erą telefonów komórkowych, pierwszy widziałam u właściciela, był to wielki aparat z wysuwaną anteną, noszony za nim przez jego ochroniarza), a kiedy rozmawiałam, z tyłu cichcem podszedł ten pies i ugryzł mnie. Zdenerwowałam się strasznie, ale nawet nie bardzo miałam się z kim awanturować, ponieważ z obsługi widywałam jedynie jakąś tępą bełkoczącą babę, z którą trudno było się porozumieć. Na żądanie świadectwa szczepienia psa przyniosła mi jakiś świstek, będący kwitem zapłaty nieczytelnej sumy weterynarzowi, bez wyszczególnienia czego dotyczy i musiałam się tym zadowolić.
Później dowiedziałam się, że nie byłam jedyną pokąsaną, a w Firmie nawet krążył dowcip, że spotkanie z psem jest testem lojalności pracowników i dlatego nikt z obsługi nie broni gryzionych, tak musi być, żeby nie zapominali o tym gdzie są i kto nimi rządzi.
Mijał już trzeci dzień, a ja nadal nie wiedziałam co tu robię i po co jestem. Plątałam się cały dzień po Firmie i czasami aż mi się płakać chciało. Miałam ochotę rzucić wszystko i wracać, ale przecież zostałabym bez pracy, a w moim wieku pięćdziesięciu paru lat i w kryzysie nie tak łatwo o zatrudnienie, które by mi odpowiadało pod względem finansowym i zadowalało moje ambicje. Ponadto przed samą sobą nie chciałam uchodzić za tchórza i tak wszystko się we mnie kotłowało.
Teoretycznie byłam przygotowana na nowe czasy, pracowałam w innej firmie ubezpieczeniowej i nieźle mi się wiodło, dopóki pewnej nocy firmy nie sprzedano zagranicznemu kontrahentowi. W praktyce nie zakosztowałam jednak bezrobocia, upokorzeń, poczucia, że jestem śmieciem na rynku pracy, peerelowskim złogiem i tak dalej. To wszystko było jeszcze przede mną.◀ Roje zdarzeń (3) ◀ ► Wyścig szczurów, wścieklizna i wypadek (2) ►
Aby komentować Zaloguj się lub Zarejestruj w Tarace.
