11 kwietnia 2012
Wojciech Jóźwiak
Serial: Auto-promo Taraki 2
Róża. Film. Pokalane poczęcie współczesnej Polski
◀ Trzymacze Korzeni ◀ ► Sukces w Tarace! – nowa e-wyrocznia tarotowa ►
Byłem wczoraj na filmie „Róża”, reżyser Wojciech Smarzowski. Film ciężki, brutalny, spać po nim trudno. Bohaterowie reprezentujący dzielność i ludzką przyzwoitość, są bez szans: solidarnie wygrywa zło, zbrodnia, małość, cynizm, zdrada i zbydlęcenie. To nie jest film o miłości, jak pisano w niektórych recenzjach. Ten film nie przynosi też ulgi ani pociechy, że na grobach, ranach i ruinach wyrasta jakieś nowe-dobre, bo jeśli wyrasta, jeśli coś ratuje się z tego pogromu, to małe cwaniactwo. Film nie jest zawieszony w jakimś dalekim „kiedyś-oni”, przeciwnie, jego waga polega na tym, że porusza nasze – polskie, ale nie tylko polskie – ciało bólu, i to w miejscu gdzie ból spotęgowany jest przez uporczywe tabu. Film jest o zawładnięciu przez Polskę Mazur i wypędzeniu ich mieszkańców. Mazurska wieś z tego filmu oczywiście reprezentuje całe nasze poniemieckie tereny – Prusy, Pomorze i Śląsk, około 40% naszego kraju. Równoległy wątek reprezentuje drugi wymiar naszej historii: zdradziecką i zbrodniczą wojnę wytoczoną polskim patriotom przez polskich komunistów. Zostajemy więc w tym filmie skonfrontowani z dwoma trupami szczerzącymi zęby z polskiej szafy, oba tabu-trupy niepochowane, nieodesłane w historię, oba wciąż bezczelnie obecne w politycznym dyskursie, na polskiej politycznej scenie, oba nas zatruwające, ciągle toksyczne i nieusunięte.
Film zaczyna się od zbiorowego gwałtu przez mundurowych mężczyzn – i sceny gwałtów dalej się powtarzają. Z recenzentów, których czytałem, jeden Jan Maciejewski (pseudonim?) w tekście „"Róża": Gwałt czy małżeństwo z rozsądku?” zauważył, że ta seria gwałtów jest metaforą: to Polska po II Wojnie jest jak dziecko poczęte z gwałtu, które nie wie, co począć z tym, że tak właśnie jest – i że kimś takim jest: wygwałtkiem.
Mija prawie 70 lat i nadal nie wiemy, co z tym fantem zrobić. Film Smarzowskiego też nie daje odpowiedzi; jego wartość polega na tym, że w ogóle zapuszcza sondę w tamte rejony, że odsłania problem, zwykle pośpiesznie zakrywany. A coś z tym trzeba zrobić. 10 lat temu po wakacjach spędzonych w paru miejscowościach na Mazurach, Pomorzu i Śląsku napisałem tekst pt. „My z ukradzionych ziem”, potem zląkłem się tego, że zbyt ciężki problem na zbyt luźną felietonową formę i podczas którejś przebudowy Taraki artykuł ten usunąłem. Teraz go przywróciłem, polecam. Polecam też tekst (w Tarace) Tomasza Gabisia pt. „My, dezerterzy z frontów Wielkiej Europejskiej Wojny Domowej” - gdyż w nim jest pewna propozycja rozwiązania. Ale czy prócz kilku ekscentrycznych artystów i publicystów ktoś w ogóle chce o tym mówić?
(Jest jeszcze jedno bolące miejsca polskiego ciała bolesnego, na które podobnie dotąd nie znaleziono lekarstwa, mimo książek i pomników: ludobójstwo na Wołyniu. Ale to inny węzeł.)
◀ Trzymacze Korzeni ◀ ► Sukces w Tarace! – nowa e-wyrocznia tarotowa ►
Komentarze
Aby komentować Zaloguj się lub Zarejestruj w Tarace.
