30 czerwca 2013
Katarzyna Urbanowicz
Serial: Babcia ezoteryczna Sezon drugi
Światło które cię uleczy
◀ Jak chcecie narobić konfliktów, róbcie to teraz ◀ ► Upały i śmierć ►
Przez całe lata jeździłam do pracy na godzinę siódmą rano. Warszawa nie miała jeszcze wtedy metra, więc podróż z Bielan na Okęcie zajmowała mi razem z dojściem i przesiadkami często ponad półtorej godziny. Wyjeżdżałam pierwszym tramwajem o piątej piętnaście rano. Z tego wyliczenia wychodzi prosto, że wstawałam trochę po czwartej rano. Pracowało się wtedy także w soboty, tylko dwie godziny krócej, do pierwszej zamiast do trzeciej. Mówiło się wtedy: pierwsza, trzecia, piąta po południu, siódma, ósma wieczorem i tak dalej, a nie piętnasta, siedemnasta czy dwudziesta, jak dziś. Tak czy inaczej nazwane, godziny wstawania były najbardziej ponurą częścią dnia. Kiedy przychodziła więc niedziela, dla każdego człowieka czas, gdy mógł się wyspać był najlepszym, co spotykało go w ciągu tygodnia.
Niestety, w niedzielę nie mogłam się wyspać. Nie dlatego, że nie potrafiłam rano spać, o nie, byłam jak najbardziej skłonna i chętna. Problem leżał w tym, że niedzielny poranny sen nieodmiennie kończył się atakiem wściekłego bólu głowy (migrena była wówczas chorobą rozkapryszonych burżujek, klasę pracującą miast i wsi mogło najwyżej coś boleć).
Próbowałam oszukać ten ból. Wstawałam, myłam się, krzątałam – a byłam jeszcze wtedy panienką, więc nie miałam żadnych obowiązków poza dbaniem o siebie – i po jakiejś godzinie kładłam się z powrotem, by zasnąć. Nic z tego! Ból głowy który mnie budził był gorszy niż ranne wstawanie.
Tak więc stałam się doskonałym przykładem zniewolenia przez pracę. Moja świadomość nie miała tu nic do rzeczy, mogłam bez skutku sobie powtarzać, że jest niedziela i mogę się wylegiwać bezkarnie w łóżku; mój organizm uczynił moją świadomość swoim więźniem, zmusił ją do postępowania według nieludzkich praw, nie własnych, a narzuconych.
Dlatego nie wierzę w samoleczenie, którego podstawą jest naturalna wiedza o swoim organizmie. Owszem, to mogłoby się udać, gdyby można było wierzyć swojemu ciału, a właściwie jego wołaniu i pod warunkiem, że działoby się to w strefach nie zepsutych jeszcze przez cywilizację. I żeby skutecznie dało się nim sterować.
Podam przykład: mogę być w stu procentach pewna prawidłowego odruchu mojego ciała, gdy po pierwszym kęsie potrawy nieświeżej, zepsutej lub skażonej nadmiarem jakiejś chemii wiem, że nie będę w stanie dalej jej jeść. Tego wyczucia nikt nigdy mi nie zepsuł, pozostało w stadium podobnym do człowieka karmionego mniej więcej naturalnym pożywieniem. Nie jadałam też słodyczy – po wojnie po prostu nie były dostępne.
Zdarza się zatem, że kupię kilogram pięknych truskawek i od razu wyrzucam je. Moja rodzina nie ma już tego wyczucia, jednak wierzą mi i często każą testować to czy tamto. Moje wnuki już nie mają tego talentu, większość tego, co jedzą jest nafaszerowane chemią, przywykli więc do nienaturalnych, podkręconych smaków. Ja nie wezmę do ust napoju o smaku poziomkowym, ponieważ uważam go za obrzydliwie przerysowany, oni zaś prawdziwych poziomek, bo są mdłe. Człowiek pierwotny czy bardzo biedny też zatracał to wyczucie; często jadł rzeczy nadpsute, przezwyciężał więc swój wstręt do potrawy, bowiem miał alternatywę zostać głodnym.
Jednak inne sfery mojego organizmu nie są tak nastrojone, aby rozpoznawać szkodliwość pewnych zachowań. Przez lata palenia papierosów nie czuję niechęci do tytoniu. Nie odrzuca mnie też alkohol. Obie te rzeczy są w jakiejś mierze truciznami, używając ich lub nie kieruję się rozsądkiem, a nie wyczuciem. Wydaje mi się też, że jem mało (w stosunku do innych ludzi w zbliżonym wieku), mam jednak nadwagę, więc obiektywnie biorąc jem za dużo.
Dlaczego mam mieć nagle zaufanie do swojego organizmu, że oceni sytuację prawidłowo i podda się jakimś zabiegom samoleczenia, o których wyczytałam w książkach? Lata całe leczono mnie antybiotykami, od wielu lat biorę leki na serce i nadciśnienie, te ostatnie nieodmiennie pogarszają samopoczucie, łykam je więc z rozsądku w trosce o swoje życie; naturalność instynktu ciała została więc już dawno zaburzona.
Owszem, gdybym była człowiekiem pierwotnym jadłabym szczaw, miętę lub pogryzała zwęglone drewno w wypadku przejedzenia, ogryzała gałązki młodej wierzby lub piła napar z jej kory i czekała aż dolegliwość „sama przejdzie”. I dziś te środki są pomocne, korzystne, ale piję ziółka czy zjadam tabletki węgla nie dlatego, że instynktownie wiem, co muszę zerwać na leśnej polanie i połknąć, tylko to, co przeczytam lub usłyszę w sprawie moich dolegliwości.
Nakłada to pewien obowiązek na przekazujących takie rady: że sami doskonale wiedzą co doradzają. Niestety, nie zawsze można mieć do nich zaufanie. A zwłaszcza, gdy czytam coś takiego traktującego o samoleczeniu raka:
„Zobaczmy w wyobraźni, we własnym sercu, iskierkę białego lub kolorowego światełka, która zawsze tam się tli. Zobaczmy jak światło rozprzestrzenia się na całe ciało, oczyszcza z nadmiaru wody, usuwa patologiczny śluz, stwardniałe złogi rozkrusza i wydala wszystko co niepotrzebne. Światło wyprasza stany zapalne, usuwa martwe tkanki, likwiduje guzy, udrażnia żyły i tętnice. Cokolwiek wyobraźnią zaprogramujemy w organizmie, mózg zapisze i będzie wykonane. W ten sposób wspomagać możemy leczenie choroby nowotworowej. Rak jest chorobą całego organizmu, organ zaatakowany był tylko najsłabszym ogniwem, który nie wytrzymał. Jeżeli wiemy, które miejsce jest najbardziej chore, nakładamy tam dłoń, zobaczmy wyobraźnią, jak ze środka dłoni wynurza się promień biało - złocistego światła i wnika do wnętrza ciała, przywracając życie do każdej komórki. Zobaczmy wyobraźnią jak pod wpływem świetlistego promienia, zagrażający życiu guz, zmniejsza się, w takim tempie, jak topnieje bryłka lodu. Zwątpienie uczyni proces leczenia nieskutecznym.”
Powyższy przepis pochodzi z biuletynu Wandy Prager Centrum Wiedzy Ezoterycznej Ogród nadziei w Gdyni, Miesięcznik nr. 1 czerwiec 2011.
Do takich rad trudno się przyczepić, zawsze ktoś może powiedzieć: co szkodzi wspomóc leczenie autosugestią. Jednak ich szkodliwość polega na tym, że w miarę angażowania się można popaść w przesadę i przywiązując nadmierne zaufanie do zdolności samoleczących organizmu zaniechać lub opóźnić konieczne zabiegi medycyny profesjonalnej. Na leczenie chemią często czeka się w kolejkach, stąd pokusa, by te kolejki sobie odpuścić.
Jaka jest skuteczność autosugestii? Łatwo sprawdzić. Następnego dnia po ukąszeniu stada komarów połóż przed sobą tubkę fenistilu i podejmij postanowienie, że zlikwidujesz swędzenie podobną techniką jaką zaleca biuletyn na raka. Zobaczymy jak długo wytrzymasz bez odkręcenia tubki.
A oto inna informacja: pochodząca z podobnego wydawnictwa: Ezo-Land nr.2/2010
„MMS – przełom w leczeniu chorób? Największy potencjał leczenia wszelkich chorób leży w ludzkim organizmie. Aby jednak system immunologiczny mógł efektywnie poradzić sobie z chorobotwórczymi drobnoustrojami, trzeba dostarczyć mu niezbędnej energii. Umożliwia to MMS – cudowny suplement mineralny...
Przez ostatnich 80 lat buteleczki stabilizowanego tlenu stały na półkach w gabinetach lekarzy medycyny holistycznej i w sklepach ze zdrową żywnością, skrywając w zanadrzu jeden z największych sekretów dotyczących zdrowia, jakie kiedykolwiek odkryto. Aż pewien człowiek do jednej z takich buteleczek dolał odrobinę octu i tak odkrył przypuszczalnie najbardziej zadziwiający środek wzmacniający system odpornościowy organizmu, jaki istnieje. Wynalazca tego preparatu był w stanie wyleczyć osoby chore na malarię, żółtaczkę, opryszczkę i tuzin innych chorób w ciągu paru godzin lub paru dni, a nie tygodni lub miesięcy.
Ponad 75 tysięcy osób chorujących na malarię i inne choroby zostało wyleczonych. Testy kliniczne przeprowadzone w Republice Malawi wykazały, że wszystkie osoby chore na malarię, które poddano leczeniu preparatem MMS zostały w 100 % wyleczone. Leczeniu poddano również ponad 500 osób chorych na AIDS, z których 60% ponownie rozpoczęło pracę i powróciło do normalnego życia w ciągu 3 dni, a ponad 95% z nich zaczęło się lepiej czuć w okresie do 30 dni.
Zastosowanie w praktyce preparatu MMS wykazało, że jego działanie jest niemalże natychmiastowe, podobnie jak regeneracja organizmu. Ponadto preparat ten jest na tyle bezpieczny, że można go podawać niemowlętom i dzieciom (oczywiście ważne jest stężenie i dawka!)
Pomaga w wielu chorobach m. in. takich jak: artretyzm, opryszczka, wirusowe zapalenie wątroby, astma, miażdżyca, grypa, nowotwory, stany zapalne dziąseł, przeziębienia , a także ukąszenia jadowitych owadów, komarów itp”
No, na ukąszenie komarów skłonna byłabym zaryzykować, ale na malarię czy AIDS? Dlaczego mając tak wspaniały środek pod bokiem, państwa wydają ciężkie pieniądze na leczenie AIDS kombinacją drogich leków, a koncerny farmaceutyczne tracą pieniądze w wyścigu do znalezienia najlepszego lekarstwa na tę plagę? Jest rok 2013 i nie słychać o wynalezieniu uniwersalnego lekarstwa na chociażby samo AIDS. Skoro to takie proste i tanie jak dolać trochę octu do jakiegoś niedrogiego preparatu...
Dlaczego więc wiele osób wierzy w takie recepty? Jeżeli czegoś nam brakuje (na przykład życia bez bólu) to jesteśmy przekonani, że dostarczywszy organizmowi tego co brakowało (na przykład uzupełniwszy jego energię) staniemy na prostej drodze do uzdrowienia. Niestety, tak nie jest. Uzupełnienie braku byłoby konieczne i pożądane akurat w tym momencie, gdy brak ten powstał. Potem może być to już „musztarda po obiedzie”, czego dowodzi mój przykład z próbą niedzielnego odsypiania porannego wstawania. Mam to do dziś, choć od wielu lat jestem na emeryturze – muszę wstać rano, żeby dobrze czuć się przez cały dzień. Jeżeli nie ja, to moje ciało jest okropnym konserwatystą. Taka tylko różnica, że dziś mogę nazwać to, co karze mnie za złamanie reguł migreną, bo już nikt nie uważa jej za wymysł burżujskich damulek.◀ Jak chcecie narobić konfliktów, róbcie to teraz ◀ ► Upały i śmierć ►
Komentarze
H. Ford powiedział: "Czy myślisz, że możesz, czy myślisz, że nie możesz w obu przypadkach masz rację" I to jest właśnie to.
Piszesz: "Uzupełnienie braku byłoby konieczne i pożądane akurat w tym momencie, gdy brak ten powstał."
Chyba nie jest to do końca właściwe rozumienie. Ten "brak" jak go określasz powodujący na przykład bóle głowy może wynikać z takich przyczyn, jak choćby nadmierne tempo życia, napięcia wynikające z perfekcjonizmu itd. I często zmiana trybu życia, zmiana starych przekonań doskonale sprawdza się jako właśnie "uzupełnienie braku". W moim przypadku to zadziałało i już od dobrych dwudziestu lat nie wiem co to są migreny.
Daleka jestem od twierdzenia, że w tym czy innym przypadku określone postępowanie polegające na uzupełnieniu braku nie jest skuteczne. Uważam tylko, że nie możemy mieć pewności iż właściwie oceniliśmy przyczynę dolegliwości i zdefiniowaliśmy ów brak. Perfekcjonista może nie wpaśćna pomysł, że jego dążenie do doskonałości tworzy napięcie mogące skutkować migreną. Podobnie przejawiająca się migrena może mieć wiele innych przyczyn, poważnych, jak guz mózgi i takich, jak w moim przypadku. Czy Twoim zdaniem powinnam z powrotem poddać się reżimowi wyczerpującego rytmu dnia, żeby pozbyć się bólu? Albo na ślepo czerpać rady z podobnych wydawnictw?
A już nieporozumieniem jest stawianie diagnozy na odległość - że przyczyna choroby jesrt taka czy inna - bez obejrzenia nawet delikwenta. Opisane przeze mnie wydawnictwa nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za swoje rady i to mnie niepokoi. Poznaliśmy działanie tych czy innych ziół, co możemy jednak sądzić o preparacie nie wiadomo z czego zrobionym, który "wszystko leczy"?
Chciałam pokazać też na moim przykładzie, że zmiana przyzwyczajeń niekoniecznie jest lekiem, może być też powodem nowych dolegliwości.
I jeszcze inny przykład: znajoma przejęła się tak sugestią iż zdrowo jest jeść pieczywo z otrębami i pełnym ziarnem, ze wylądowała w szpitalu. Akurat w jej przypadku nie powinna spożywać potraw drażniących ściany żołądka.
Problem dostrzegam tylko w czymś innym. Wojtek Jóźwiak w swoim ostatnim artykule słusznie zauważył, że nasza medycyna leczy tylko te choroby, które dotykają większość. Mniejszość, cierpiąca na inne schorzenia powinna się poważnie zastanowić czyich rad słuchać - ale przede wszystkim starać się zdiagnozować poważnie i uczciwie dolegliwość.
Wiesz Kasiu - nawet nie chciałam pisać komentarza. No bo cóż - Twój blog, Twoje przekonania. Ale mam ciągle wrażenie, że właściwie najbardziej jesteś zaniepokojona tym, że pojawiają się takie różne sugestie, takie różne propozycje, tacy różni "pomocnicy" i naciągają biednych ludzi.
I to właśnie jest dla mnie niezrozumiale, bo nawet te oszukańcze propozycje - to nie jest jakiś rys współczesnych czasów - znane są od "zarania ludzkości" a więc metody są znane. I przecież kierowane są do osób dorosłych. A jako dorośli - wszyscy mają prawo wybierać to, co ich przekonuje. Jeśli "idą za modą" jeśli bez zastanowienia kopiują cudze pomysły - to przecież nikt im tego zabronić nie może. I jakoś nie widzę sposobu aby ludzi przed tym uchronić. A za własne "niedołęstwo umysłowe" właśnie płaci się najwięcej.
Jakoś nie spotkałam takiego oburzenia gdy naciągane "propozycje" składa nam rząd, czy choćby banki. Chociaż akurat w tych ostatnich przypadkach najczęściej jesteśmy zwyczajnie przymuszani do zastosowania się do nich.
Tak jakoś mam, że lubię się troszczyć o biednych, naiwnych i bezmyślnych. Oszukane propozycje banków czy innych instytucji, a nawet wykręty rządu i rządów nie budzą we mnie takiego sprzeciwu. Banki proponują swoje produkty nie najbiedniejszym, rządy nie proponują, a przymuszają i nie ma na to rady (choć czasem tłumaczą to i owo oszukańczo), więc moje oburzenie byłoby jałowe. Zresztą na ogół ryzyko jakie ponoszą ludzie jest wyłącznie finansowe. Inaczej w przypadku oszukańczych leków i technik medycznych - dotyczy zdrowia a nawet życia.
Życie nauczyło mnie, żeby nie oburzać się na wszystko - raczej wówczas para idzie w gwizdek i człowiek dorabia się "mentalności typowego zawałowca". Nie jestem taką idealistką, żeby walczyć o lepszy świat. Pragnę skłonić tylko do myślenia tych, którym się akurat zechce przeczytać mój tekst i skojarzą sobie moje przeżycia ze swoimi. Oczywiście niektórzy są sami z siebie świadomi i dyskusja z nimi wzbogaca, więc za słowa krytyki także jestem wdzięczna.
Aby komentować Zaloguj się lub Zarejestruj w Tarace.
