21 czerwca 2011
Wojciech Jóźwiak
Serial: Auto-promo Taraki
Świętojanna gawęda I
◀ Oj, z tymi Słowianami... ◀ ► Jan dalej, II ►
Dzisiaj, 21 czerwca 2011, letnie przesilenie, solstycjum jak kto woli. Dokładnie o godz. 19:18. Letniemu przesileniu patronuje Święty Jan, jeden z dziwniejszych świętych. U wschodnich Słowian zastąpił tamtejszego letniego boga Kupałę, o ile „Kupała, Kupało” nie było od początku przydomkiem świętego Jana w kontekście czerwcowego święta, bo pochodzenie tego teonimu wciąż wątpliwe. U nas, w polskim folklorze, jeszcze gorzej, bo wygląda na to, że zanim nasz lud namówiono na czczenie Jana, ów już czcił, tyle że... Juna lub Jóna, jakby przed świętym Janem miał już swojego, oryginalnego, słowiańskiego boga o podobnym imieniu, Jun bądź Jón. Dowodem na to śpiewka kupalna, która znam od Marii Dzierżanowskiej i zacytuję dalej. Dziwna jest ta serialność niby z Kammerera. Mieli Słowianie boga Wełesa, hop! wraz z chrześcijaństwem dostali w jego zastępstwie świętego Błażeja, po grecku Blasios, po starosłowiańsku Włas, i też jak oryginalny Wełes opiekun bydła, zdrowia i dostatku. Mieli Ilelę lub Ilję – dostał im się starotestamentowy prorok Eliasz, Elijahu, jako Święty Ilja. Mieli boginię śmiertelnych wód Marę, Morę, Marenę lub Marzannę – przynieśli im misjonarze św. Maryję, której imię po staropolsku nie dawało się wymówić inaczej jak Marza. Mieli ognistego wojowniczego Jarowita, przybył w jego miejsce Jurij (oryginalnie grecki Georgios, Jorios) czyli Jur, jak imię świadczy, odpowiednio jurny. Nawet przy pomniejszych demonach się zgadzało: gdzieś w Małopolsce wieszano kukłę Judasza, co nie było wcale aktem antysemityzmu, lecz kontynuacją dawnego gnębienia wietrznego złośliwego demona imieniem Juda, co z litewskiego (jak twierdzi Bańkowski) judinti, przypadkiem z Judaszem skontaminowane.
A teraz ten Jan, co okazuje się być Junem. Od junъ, młody, wcześniej *younos, pie. słowo, jak skr. yuvan, lit. jáunas, łac. iuvenis, niem. jung, ang. young. Przypomnę, że imię Jan, w Biblii, jest skrótem od hebrajskiego Jehohannan – „łaskę Jahweh’a mający”.
Długość tej serii podobieństw nie może być przypadkiem! Ale jeśli nie przypadkiem, to czym? Mam hipotezę, że przed oficjalnym chrześcijaństwem, do Słowian przenikało z południa chrześcijaństwo ludowo-synkretyczne, czyli samodzielna i oddolna, dzika adaptacja niektórych chrześcijańskich wątków, które były podpatrywane i kopiowane (małpowane?) przez samozwańczych słowiańskich i innych ludowych proroków.
Jeśli się dobrze zastanowić, to nie mogło być inaczej. Słowianie, około 500-600 r ne rozciągnięci pasem od Dniepru przez Wisłę, Łabę, Dunaj do Adriatyku i wrót Konstantynopola, mieli chrześcijan za sąsiadów. Źródła pisane wprawdzie świadczą iż dopiero Cyryl-Konstantyn zwany Filozofem z bratem Metodym zaczęli ich chrystianizować, w 862 r. udawszy się do króla Rościsława na Morawy. Ale to było ponad 400 lat po tym, jak Słowianie, po huńskim najeździe, opuścili swój „urhajmat” (na Wołyniu; który może, jak dowodzą polscy autochtoniści, sięgał po dorzecze Wisły i Warty) i zaczęli światowy rozdział swoich dziejów. Ponad 4 wieki już trwała i właśnie miała się ku końcowi ta „wielka epoka” Słowian, po której śladów dziś zostało mniej niż po Atlantydzie i Lemurii.
Tu konieczna dygresja, jak sobie tę Wielką Epokę wyobrażam. Słowianie nie byli jakimś „plemieniem”, które skądś wyszło lub przybyło, i nagle rozmnożyło się niebywale. Nie byli ludźmi związanymi wspólnym pochodzeniem, lecz rozległą federacją grup ludności najrozmaitszego pochodzenia i obyczaju, a połączonych we wspólną przestrzeń wspólnym językiem, który większość z nich przejęła, nauczyła się go od sąsiadów. Słowianie, kontynuując, byli ludźmi znającymi język słowiański (i nie jest najważniejsze, gdzie tym językiem mówiono przed huńskim najazdem) i pewien dość luźny zestaw wspólnych obyczajów i ceremonii, które pozwalały wzajemnie uważać się za swoich. Ta wspólnota swojskości sięgała od Bałtyku („północnego oceanu”) po Morze Śródziemne. Pytanie, jak skłoniono i kto, jakimi środkami, namówił ludzi z tego bezmiernego obszaru świata do nauki obcego języka? Myślę, że było to proste. Kto nie umiał, w porę nie nauczył się powitalnych formułek po słowiańsku i nie dość zręcznie gościł przybyszów (topory dzierżących mimo chytrze przyjaznych min), ten szedł w sznury sprzedawany wędrownym handlarzom żywego towaru. Myślę, że działało przewrotne „Co, ze Słowianinem się nie napijesz?!” Lepiej było zawczasu nauczyć się we właściwym języku paru powitań i toastów.
Dlaczego więc na swoje języki nie nawrócili wszystkich (miedzy Dnieprem, Bałtykiem, Łabą, Adriatykiem, Egejskim Morzem, Karpatami...) Germanie (kontynentalni lub – Normanowie – skandynawscy), Turcy, Galindowie czy Madziarzy? Bo ich kultury, ich systemy komunikowania się i stosunków miedzy ludźmi były ekskluzywne. Oni pilnie strzegli własnych tajemnic. Niechętnie dopuszczali obcych, wręcz nie mieli na to sposobów. Obcy mógł być dalekim sprzymierzeńcem, którego się zdradzało przy lada okazji, lub niewolnikiem-sługą. Związki były oparte na pokrewieństwie, faktycznym lub legendarnym.
Słowianie przeciwnie, ich struktury były luźne i płytkie. Nie mieli rządzących dynastii, lecz obwoływanych na wiecach wojewodów. Nie mieli ekskluzywnych plemion, jak Germanie, którzy pilnie odróżniali swoich plemieńców od obcych nawet znalazłszy się w Afryce, i dalej tam toczyli wojny (mam na myśli Wandalów) z różniącymi się od nich „o włos” Gotami. Tymczasem o wojnach międzysłowiańskich nie słychać... Aż do powstania u nich państw. Gdyby można było jednych Słowian, plemiennie zorganizowanych, napuszczać na drugich, Bizantyjczycy dawno by to zrobili, jak napuszczali jednych na drugich Turków lub Germanów. Ale nie robili tego, nie z powodu niebyłej łagodności Słowian, ale przez to, że nie mieli gdzie przyłożyć swojej (finansowo-intrygowej) siły.
Słowianom w Wielkiej Epoce udało się zerwać dwa zaklęcia neolitycznej organizacji i świadomości: przywiązanie do ziemi i przywiązanie do linii przodków. Brak przywiązania do ziemi pozwalał im na wędrowanie i urządzanie się tam, gdzie się znaleźli. Stąd ich łatwość kolonizowania zajmowanych ziem. Myślę też, że wędrowali na południe nie dlatego, że u nich brakowało ziemi (bo nie brakowało), tylko że na terytoriach dawniej rzymskich lub germańskich las, wcześniej karczowany pod uprawy i przerzedzony, był łatwiejszy do usunięcia, nie trzeba było męczyć się z tysiącletnimi dąbrowami, jak nad Wisłą lub Horynią.
Brak przywiązania do przodków, „krwi” i pochodzenia, pozwalał im bratać się z każdym, kto tylko spełniał pewne warunki „honorowego braterstwa”, czyli umiał zademonstrować słowiański obyczaj. Perfekcjonistyczni i okopani w swoim arystokratyzmie Turcy i Germanie nie zamierzali pić do dna ze słowiańskimi „ziomalami”, więc stawiali się z góry na pozycji wrogów. Hodowali też swoje przez pokolenia misternie snute plany i wzajemne zobowiązania, co nie pozwalało im korzystać z okazji i rzucać wszystko i „biec” gdzieś, gdzie działo się coś ciekawego. Słowianie przegrywali z nimi organizacją, ale wygrywali mobilnoscią i oportunizmem. Podobieństwem mogą tu być stosunki miedzy spolonizowaną szlachtą na Rusi, a ich sąsiadami-Kozakami. Jedni i drudzy należeli do wojowniczych, „rycerskich” etosów, ale była miedzy nimi przepaść. No więc Słowianie to byli tacy Kozacy.
Zapewne materiału porównawczego w studiach nad wczesną Słowiańszczyzną dostarczyłyby wszelkie formacje pograniczne zbójecko-pirackie, przócz wspomnianych Kozaków wliczając kuruców i zbójników karpackich, i karaibskich flibustierów i bukanierów. Wszędzie tam nie było państwowej organizacji, lecz żywiołowa anarchia lub mini-archia, wodzowie działający mocą osobistego autorytetu jeśli nie wręcz archaicznego mana, łatwość przyjmowania obcych tylko na zasadzie wspólnoty losu, mobilność, oportunizm i krótkość planowania.
Zerwanie rodowej ciągłości i brak plemiennej zasiedziałości sprawiły, że rozpadły się u Słowian (czyli u tych mieszkańców Międzymorza, którzy przyjęli słowiański język i obyczaj) dawne typowo neolityczne religie, względnie dobrze zachowane w Skandynawii, u Bałtów i Finów. Wydaje się, że zostały z nich jakieś strzępy. Z drugiej strony, brak organizacji państwowej skutkował niemożnością przyjęcia religii „cywilizowanej”, czyli chrześcijaństwa, które jako jedyne w grę wchodziło, bo zdaje się, że aż do połowy IX w islam nad Morze Czarne nie przenikał. Ta okoliczność – a nie tylko niszczycielska gorliwość chrześcijańskich misjonarzy – tłumaczyłaby zarówno ubóstwo, jak względną późność wiadomości o dawnej słowiańskiej religii.
Za to w „zbójeckiej” federacji miały wzięcie, domyślam się, wszelkie praktyki leczące, wzmagające moc, kasujące uroki, chroniące przed wrogą szablą, strzałą, trucizną czy sznurem. Myślę, że wśród ogolonych na osełedec junaków roiło się od szamanów oferujących każdy swojego boga, tego dobrego na wzdęcia, tamtego przeciw pojmaniu w dyby. Myślę, że religijność dawnych Słowian była przez to podobniejsza do obecnego new-age’u niż do solennych świątynnych kultów.
Owi przenośni bogowie wędrownych szamanów najpewniej wywodzili się od sąsiadów, więc głównie Greków-chrześcijan, lubujących się w masie swoich świętych, równie licznych i bogatych w cuda i przygody co olimpijczycy parę wieków wcześniej. Pomiędzy Grekami, chrześcijanami z dziada pradziada, a słowiańskim mainlandem byli jeszcze słowiańscy osadnicy bałkańscy i egejscy, często żyjący swoim życiem gdzieś w górach i lasach, przez Greków tolerowani, ale nie traktowani na tyle poważnie, by „dzikusów” uczyć Chrystusa. Raczej było odwrotnie, że to Słowianie usiłowali podglądać i kopiować („małpować”?) greckie ceremonie, oglądane przez okna cerkwi, by potem Hagios Blasios jako bóg Włas-Wełes, jako już ich własny przechwycony bóg został wyeksportowany do północnej ojczyzny. Było tak czy siak, ale chrześcijańsko-szamański synkretyzm wydaje mi się nieustannie niedoszacowany przy rekonstrukcjach słowiańskiej religii.
Prócz chrześcijaństwa (i wędrującego na razie po obrzeżach islamu) był jeszcze jeden pretendent do władzy słowiańskich dusz – manicheizm. Dziwna religia, gdy trzeba maskująca się, kryta i tajemna, przyjmująca chrześcijańskie pozory. U bałkańskich Słowian była w średniowieczu potęgą. Bułgarscy bogomilscy misjonarze podtrzymywali w wierze langwedockich Katarów, a i samych Katarów pospolicie nazywano „bułgarami”. Jest pogląd, że cyrylometodiańskie słowiańskojęzyczne chrześcijaństwo miałą złą opinię u rzymskich hierarchów właśnie przez to, że podejrzewane było o wpływy i domieszki bogomilskie czyli manichejskie. „Błędy” jakimi miała być skażona wiara przodków Mieszka, wytknięte mu przez Galla Anonima, musiały być raczej manichejskie niż pogańskie, no bo pogaństwo to po prostu niewiara, nie jakiś „błąd” w wierze. Wątek manichejski w kontekście religii dawnych Słowian wciąż czeka na odkrywców.
Wracając do Jana, mógł być Jun chrześcijańskim importem pierwszej, jeszcze pogańskiej fali. Kamieniem wyjętym z chrześcijańskiej konstrukcji i na zasadzie brykolażu wmontowanym w wiarę Nadwiślan.
Warto zastanowić się, kto (która święta-boska osoba) i co (który obrzęd) jeszcze mogły mieć podobne pochodzenie.
(C.d.n)
◀ Oj, z tymi Słowianami... ◀ ► Jan dalej, II ►
Komentarze
Aby komentować Zaloguj się lub Zarejestruj w Tarace.
