23 czerwca 2011
Wojciech Jóźwiak
Serial: Auto-promo Taraki
Jan dalej, II
◀ Świętojanna gawęda I ◀ ► Jan paleolityczny i ścięty ►
Grzegorz Niedzielski przysłał mi polemikę z poprzednim odcinkiem Autopromo, 84. Świętojanna gawęda I:
Słowianie i noc świętojańska – polemika.
Z ciekawością przeczytałem Twój artykuł Wojtku, mówiący w kontekście obchodów nocy świętojańskiej o charakterze i pochodzeniu etnicznym Słowiańszczyzny. Muszę jednak polemizować z przedstawioną wizją Słowiańszczyzny i jej religijnych korzeni, w szczególności zwracając uwagę na dwa problemy:
- Zbyt ogólne ujęcie Słowiańszczyzny bez uwzględnienia różnic zachodzących w regionach;
- Bogów Słowian można wywieść z postaci mitologii ewidentnie niechrześcijańskiej.
Odnośnie punktu pierwszego, ów „kozacki” charakter Słowian wydaje się pasować dość dobrze do wczesnośredniowiecznego Mazowsza, gdzie wg prof. Buko mieszała się ludność bałtyjska, słowiańska, germańska i dokąd, jak później na Zaporoże, uciekali osobnicy mający dość władzy lokalnych władyków. Tutaj faktycznie trafiali ludzi, którzy zerwali związki rodowe oraz z własną ziemią. Jednak zupełnie inaczej wyglądała sytuacja np. w Wielkopolsce, gdzie Słowianie na gruncie szczególnie silnych pozostałości kultury przeworskiej stworzyli nową, spójną kulturę Sukow-Dziedzice. Podobna sytuacja zachodziła na terenie słowackiego księstwa Nitry, tyle że tam stworzyli kulturę słowiańsko – awarską. Kultura praska na ziemiach polskich rozwija się na początku przede wszystkim w centrach z dużą liczbą ludności kultury przeworskiej, podobnie było z grupami ludności słowiańskiej i germańskiej w Czechach i na Połabiu. Można nawet mówić, jakkolwiek by się to nie podobało współczesnym nacjonalistom, że Słowianie zachodni są w przeważającej mierze Słowiano-przeworczykami. Nie był to więc jakiś kompletny chaos, w którym mieszali się wszyscy z wszystkimi, ale początek powstawania regionalizmów na podstawie asymilacji określonych grup etnicznych.
Z więzami rodowymi też chyba nie było tak źle, wyjąwszy tereny typu Mazowsza, bo skoro dojście do władzy Piastów wiązało się z krwawym usunięciem arystokracji plemiennej, rodowej przecież, a o tym wnosi się obecnie z archeologicznych znalezisk, to bynajmniej nie były one w stanie rozkładu. Wręcz przeciwnie – miały się na tyle dobrze, że bez zorganizowanej, wojskowej akcji Mieszko nie był w stanie ich usunąć. Co szczególne, Mazowsze zostało potraktowane łaskawiej, nie było tu silnego oporu. W związku z tym należałoby się również zastanowić, czy ów charakterystyczny brak oporu przed chrystianizacją w Polsce nie wynikał bynajmniej nie z przygotowania gruntu przez silne przenikanie chrześcijaństwa w okresie wcześniejszym, ale pacyfikację (mówiąc wprost – wymordowanie) na samym początku tych, którzy byli potencjalnie w stanie taki opór stawić. Reszta zaś była na tyle przerażona normańską drużyną księcia i jej poczynaniami, że nie myślała nawet o oporze. Dopiero kilkadziesiąt lat później zdobyła się na bunt w latach 30-tych XI wieku, wiązany z osobą Masława.
Germanie zresztą też nie byli hermetyczni w swych kontaktach z innymi ludami. Kultura gocka jest tak naprawdę skandynawsko - scytyjską / sarmacką, rozwiniętą nad Morzem Czarnym. Sami Skandynawowie to bardziej zindoeuropeizowani Ugrofinowie, niż lud indoeuropejski. Ich mitologia momentami bardzo odstaje od klasycznej indoeuropejskiej. Kultura przeworska z kolei to mieszanka plemion germańskich i kultury łużyckiej, poddana silnym wpływom kultury lateńskiej, celtyckiej. Niechęci między poszczególnymi plemionami chyba bardziej wynikały z rywalizacji o władzę nad określonymi terenami, ambicji arystokratycznych rodów, niż kultury.
Co do punktu drugiego, skoro słowiański (a więc „egalitarny”) Weles powstał z kultu św. Błażeja, to dlaczego bałtyjski („elitarny”) Velnias / Velinas, jego odpowiednik w linii prostej, miałby już być bogiem rodzimym? A co z Welchanosem ze starożytnej Krety? Jarowita można porównać w bezpośredni sposób, zarówno co do teonimu, jak i postaci, z wedyjskim Indrą. Marzanna, mająca według imienia i roli w kulturze ludowej wiele wspólnego z rdzeniem określającym śmierć, może być porównana z celtycką Morrigan, „Królową Moru (czyli śmierci)”. Dziewannę, co do rdzenia imienia i postaci można porównać z rzymską Dianą. Nyję i Badnjaka z wedyjskim Ahi Budhnją. Słowiański Swarog i wedyjski Surja powstali od tego samego rdzenia, od którego tworzono terminy na oznaczenie Słońca. Również Jun, jeśli wziąć pod uwagę znaczenie imienia, a nie proste podobieństwo etymologiczne, może być porównany np. z wedyjskim Kumarą (Skandhą), czyli dosłownie „Młodzieńcem”, ogniem zrodzonym pośród wód, co nadzwyczaj dobrze komponuje się z obchodami nocy świętojańskiej. Jeśli już coś jest zauważalne, to związki wielu bóstw słowiańskich z postaciami mocno zatartymi w innych mitologiach indoeuropejskich, bardzo archaicznymi, których kult u innych ludów zszedł na ubocze lub zaginął. Zgadzało by się to z archaicznym charakterem kultury siedzących na wołyńskich (lub jakichś innych) błotach Słowian.
Odwrotna sytuacja zachodzi natomiast z postaciami chrześcijańskich świętych, szczególnie tych najstarszej daty, z których sporo jest dawnymi bogami, poddanymi teologicznej „pozłocie”. I mam tu na myśli nie tylko św. Jerzego, zabijającego smoka, ale np. św. Merkuriusza (!) przebijającego na wielu przedstawieniach włócznią Juliana Apostatę, występującego w roli smoka (nb. ruska Kronika Joannesa Malali, wspominająca w słynnym ustępie Swaroga jako króla Egipcjan, wcześniej wymienia Jeremiję, zapewne echo Jaryły / Jaruna, porównując go z Merkurym; celtycki Lugh utożsamiany z Merkurym dysponował magiczną włócznią, podobnie Odyn). Nikt chyba nie podejrzewa, że rzymski Merkury pochodzi od św. Merkuriusza, natomiast występuje tu prosta kontynuacja kultu, również co do imienia! Późniejsi ludowi święci dokonują w ludowych opowieściach czynów, jakich nie można było wywieść z ich kościelnych hagiografii, za to dobrze komponujących się z indoeuropejskimi wzorcami mitycznymi. Oczywiście, żadna religia nie jest w 100 % hermetyczna i zapożyczenia działają w obie strony, ale to raczej chrześcijaństwo w kulcie świętych przejęło więcej od pogaństwa, a nie na odwrót. Niestety, w przeciwieństwie do chociażby Rzymian, nie dysponujemy zapisanymi mitami słowiańskich bogów, trudno więc wykazać w bezpośredni sposób jak dokonano zapożyczeń.
Odpowiadam
Grzegorzu,
nie śmiem upierać się przy wszystkich szczegółach wizji, którą w poprzednim odcinku nakreśliłem. W moim zamiarze była to wizja właśnie, a nie wykład faktycznej historii Słowian. Możliwe, że przesadziłem, ale ta przesada i przerysowanie miało określony cel. Chciałem podkreślić to, że Słowianie, odkąd pojawiają się na europejskiej arenie ok. 500 r ne., znajdują się w cieniu chrześcijaństwa, tzn. w bliższym lub dalszym kontakcie z ludami, które chrześcijaństwo przyjęły i jego opowieści znały w jakimś stopniu. Przypuszczam, że chrześcijańskie sąsiedztwo miało większy wpływ na religijne lub magiczne wyobrażenia Słowian niż ślady archaicznych wierzeń, które dzisiaj zestawiamy z Iranem, Indiami lub starożytną Mezopotamią. Kłopot jeszcze jest taki, że my dzisiaj znamy „wysokie” chrześcijaństwo, podczas gdy dawni Słowianie, i nie tylko oni, stykali się – pewnie długo wyłącznie – z chrześcijaństwem „niskim”, tzn. ludowym. Czyli mniej więcej tym, co Eliade nazwał „chrześcijaństwem naturalnym”. Pasowałby tu termin chrześcijaństwo wulgarne – nie wiem, czy używany w religioznawstwie :)
Oczywiście mogę się mylić co do tego, w której epoce te kontakty i importy zaszły. Czy faktycznie, jak przypuściłem w poprzednim odcinku, miały miejsce już od pierwszych najazdów Słowian na wschodniorzymskie Bałkany (ok. 500 r ne), czy może raczej dopiero 200-300 lat temu. (Taki może być wiek „sekty pelikana”, o której kiedyś pisałem.) Mogło też być tak, i to najprawdopodobniejsze, że czysto pogańskie obyczaje, obrzędy, pieśni koegzystowały przez stulecia (lub przez całe minione 1500 lat) z chrześcijańskimi, stopniowo i powierzchownie chrystianizując się – co zapewne stało się z pieśnią Horyły Wohni, która jest chyba najszczerzej pogańskim zabytkiem jaki znam, chociaż opowiada o Świętym Piotrze i refrenem wzdycha do Boga. W każdym razie stawiam tezę, że czciciele tych najbardziej rdzennych Perunów, Swarogów i Świętowitów już coś o chrześcijaństwie słyszeli i swoich bogów stylizowali mając wzgląd na tamtą religię swoich potężniejszych i zazdroszczonych sąsiadów, Niemców lub Greków.
Wspomniałem o manichejczykach czyli bogomiłach. Tu otwiera się kolejny wątek, niedostrzegany przez badaczy słowiańskich starożytności. Przyjmuje się, że Słowianie dostali chrześcijaństwo odgórnie i przymusowo. Książę kazali, nazbyt oporni dostawali się katu. Faktycznie, misjonarze z Bizancjum, Niemiec lub Akwilei nie ryzykowali zapuszczania się w tereny jeszcze nie „upaństwowione”; nie słychać o misjach kierowanych tak jak w XIX w. w puszczę do dzikusów. Ale nie można wykluczyć, że prócz kalkulującego i dbającego o życie i wygody kleru oficjalnego kościoła, istniały sekty lub grupy entuzjastyczne i mistyczne, które śmiało bratały się z poganami i niosły im swoją, zapewne buntowniczą wobec możnych świata, dobrą nowinę. Kościół bogomiłów byłby wtedy tylko największą i najbardziej znaną taką grupą. Możliwe, że poszczególne grupy Słowian nawiązywały pierwszy kontakt z chrześcijaństwem właśnie w jego sekciarskiej i entuzjastycznej postaci. Czasu na to było dużo, od zejścia Słowian na Bałkany do misji Cyryla, 360 lat. A po Cyrylu „przecieki” entuzjastycznych sekt mogły się zwiększyć.
Na terenach zajętych przez Słowian znajdował się pewien dziwoląg: „wyspa”, która kiedyś była cywilizowana, miała miasta, urzędy, umiała w jakiejś części czytać i pisać i mówiła w światowym języku sąsiedniego imperium – po łacinie. Miała swoich chrześcijan. To oczywiście Dacja na terenie obecnej Rumunii. W 271 roku za cesarza Aureliusza Rzymianie ewakuowali się stamtąd, ale chyba nie wszyscy. Podobno bardziej jest prawdopodobne, że romańskojęzyczni daccy potomkowie Rzymian zanikli w późniejszej Rumunii i przybyli tam (inni) powtórnie w średniowieczu z Bałkanów. Nie jest to jasne do dziś, a dla Rumunów ta luka, tysiąc ciemnych lat między rzymską Dacją a równojęzyczną jej Rumunią, jest zagadką i przyczyną narodowego cierpienia, znacznie gorszą niż nasza niepewność, jaką Słowianie mieli religię lub jakim językiem mówiono nad Wisłą zanim na pewno polskim. Załóżmy, że jednak resztki Rzymian żyły w Siedmiogrodzie, tej wewnątrzgórskiej wyspie, śniąc swoje tysiąc lat samotności. Słowianie żyli wśród nich i zarówno dzisiejsza romańska Rumunia, jak i słowiańskie Bułgaria, Chorwacja, Serbia, Macedonia były melanżem słowiańsko-romańskim, krainami łaciatymi jak psy dalmatyńczyki. Z racji zrozumiałego języka bałkańscy Romanie bardziej się nadawali na cel misji chrześcijańskich od barbaroi-Słowian. I znów to samo pytanie: czy były i jakie były przecieki religijne od jednych do drugich?
Można oponować, że takie przecieki były sprawą lokalną, regionalną; że to, co opowiadano sobie pod Warną lub Widyniem, nie docierało nad Wisłę i Bałtyk. Więc wydaje mi się bardziej prawdopodobne, że Słowianie w swojej tamtej „wielkiej epoce” stanowili komunikacyjną jedność. Co oznaczałoby, że jakieś grupy spośród nich wędrowały po całym tym obszarze i skutkiem tego wieści o tym, co dzieje się „u wrót” Konstantynopola docierały także do nas. Poszlaką, która na to wskazuje, jest wzmianka u któregoś Greka o Słowianach, którzy gdzieś pod Konstantynopolem włóczyli się z instrumentami muzycznymi, opowiadając gdy ich schwytano, że przybyli znad „zachodniego oceanu” czyli Bałtyku. Może szpiegowali i kłamali, może ich nie zrozumiano; nie byli uzbrojeni. Bardzo pasuje mi do obrazu, że tym (najbardziej) wędrownym elementem byli pieśniarze, poprzednicy lirników ukrainnych. Którzy zarazem mogli być szamanami-wodzirejami, cenionymi organizatorami świąt, uroczystości i magicznych ceremonii. Można im dorzucić rolę wędrownych lekarzy, jak już w prawie naszych czasach łemkowscy maziarze ze wsi Łosie nad Gorlicami, dzisiaj nie dość że rozpędzeni w akcji Wisła, to jeszcze ich siedziba zrujnowana przez tę zaporę, która u Hoffmana naiwnie imitowała Dniepr pod Żebrowskim-Skrzetuskim. Drugim wędrownym elementem byli Sarmaci, to znaczy ta część Słowian, która po swoich alańskich (jasskich), anckich, serbskich i chorwackich przodkach zapamiętała ruchliwość konnych koczowników. Z wizji Tadeusza Sulimirskiego wynika, że to oni właśnie wnieśli twórczego ducha w Słowian i zainspirowawszy do wędrówek po świecie, wyrwali ich z ich wołyńskiego zasiedzenia, w zamian przyjmując ich język (być może jako pierwsi z nawróconych na Słowiańszczyznę), lecz dla równowagi brania i dawania zyskując autorytet, który po wiekach uczyni z nich szlachtę. Wędrowanie tych Slawo-Sarmatów potwierdzone jest pośrednio, tym że migrowali już w poprzek terenów zesłowiańszczonych, z Małopolski (Chorwaci) i Wielkopolski (Serbowie) na Bałkany, gdzie są do dziś.
Jak widać, jestem najeżony na wizję dawnych Słowian braną ze „Starej Baśni”. Wydaje mi się, że w dziejach Słowian był długi czas, kiedy nie byli po neolitycznemu „gniazdowemu” przyrośnięci do gleby, kiedy nie dzielili się na wrogie sobie plemiona, kiedy wspólnota języka pociągała (co wydaje mi się oczywiste) wspólność kultury, a ta – wielkoskalową komunikację wewnątrz tej wspólnoty.
Nie jest wcale regułą, że przybywający etnos skłania tubylców do nauczenia się jego języka. Częściej jest odwrotnie, to przybysze asymilują się językowo do tubylców - i są na to szeregi przykładów. Normanowie nad Dnieprem przeszli na słowiański, nie Słowianie na staroszwedzki. Po najeździe francuskojęzycznych już Normanów na Anglię wygrał, choć z ledwością, miejscowy germański angielski nad romańskim francusko-normandzkim. Mandżurowie najechawszy Chiny przeszli na chiński całkiem zapominając swojego. Burgundowie, Goci, Longobardowie, Frankowie szybciutko się zromanizowali na ziemiach dawniej rzymskich. W Persji podbitej przez Arabów język arabski był i jest znany (dodajmy ogromną agresywność tego języka, popartą codzienną recytacją Koranu po arabsku!), ale perski szybko wynurzył się spod tego potopu.
Slawizacja naszej części Europy wygląda na wyjątek. Zwarte obszary tubylców przechodziły na język słowiański. Bułgaria mówiła i mówi po słowiańsku, nie językiem kolejnych najeźdźców, tureckich Bułgarów. Co było napędem tego procesu, do tej pory nie znalazłem wyjaśnienia. Zjawisko tym dziwniejsze, że tam, gdzie był przyjmowany dominujący język, zwykle ten język miał wsparcie państwa. Tak było z łaciną w zachodniej części Romanum i z greckim we wschodniej. Prócz państwa proces ten wspierała religia – to wyjaśnia sukcesy arabskiego i rosyjskiego. Dzisiaj działają szkoły i massmedia, dlatego szybko postępuje językowa urawniłowka. Ale dawni Słowianie nie mieli wsparcia tych instytucji. W jaki więc sposób konwertowali na swój język „Przeworszczan” (u nas), Markomanów (w Czechach), Kwadów (w Słowacji), Romanów (w Panonii i na Bałkanach), Krywiczów (w Białorusi) oraz prawdopodobnie lub na pewno, Sarmatów, Gotów, Awarów, Bułgarów... aż pierwsi Madziarowie ich językowi się oparli?
Zdolność do asymilacji obcych jest identyczna z brakiem różnic dialektalnych, bo język, który przyjmuje mówiących inaczej, zarazem zaciera własne różnice lokalne. I odwrotnie: ludność żyjąca w rozpadzie na izolowane grupy, gdzie jak na Kaukazie co wieś to język, nie ma „mocy” asymilowania obcych; jeśli się tacy wśród nich osiedlą, dołączą do istniejącej mozaiki jako kolejna własnojęzyczna wioska.
I znów tamto pytanie: czym, jakim środkiem, wehikułem, Słowianie czynili z innych – swoich, siebie? Co było przynętą? Dlaczego język słowiański był atrakcyjny? Co obiecywał? Póki się nie dowiemy, nie będziemy wiedzieć o Słowianach nic.
Miało być dalej o Janie – będzie w następnym odcinku.
◀ Świętojanna gawęda I ◀ ► Jan paleolityczny i ścięty ►
Aby komentować Zaloguj się lub Zarejestruj w Tarace.
