21 marca 2016
Wojciech Jóźwiak
Serial: Czytanie...
United Minorities
◀ MacDonalda: Wartości Europy na tle innych... ◀ ► Baskijskiego uczymy się? ►
W przedpoprzednim odcinku, „Czytanie.... Kaczmarka: Wartości Europy na tle innych tradycji”, do listy wartości charakterystycznych dla cywilizacyjnej Europy dopisałem punkt nr 13: „terytorialna solidarność, prowadząca do idei narodu politycznego.” I dalej objaśniam, co przez to rozumiem: tam jest napisane, nie powtarzam. Inną zasadę zorganizowania społeczeństw przyjmuje, afirmuje i dostarcza sposobów na jej leczenie – Arnold Mindell w ramach drugiego swojego wynalazku, Głębokiej Demokracji. (Pierwszym jego wynalazkiem jest Praca z Procesem; bardzo możliwe, że tych wynalazków Mindell obmyślił więcej, bo to umysł niezwykle operatywny.) Ten model pozwolę sobie nazwać tak, jak w tytule: „United Minorities”, Mniejszości Zjednoczone. W tym modelu społeczeństwo – i też nadbudowane nad nim państwo – składa się z wielu mniejszości, czyli grup, których członkowie rozpoznają się wzajemnie z większa intensywnością niż jako członkowie ogólnej społeczności na pewnym terytorium. Czyli, że ktoś jest bardziej Czarnym, gejem, kobietą (też w pewnym sensie mniejszość), Polakiem (w USA, W. Bryt.), lub, powiedzmy, Parsem, jak Freddie Mercury, który był mniejszością podwójną, bo też gejem – bardziej niż jest obywatelem USA, Teksasu, Wielkiej Brytanii lub Polski. – Bardziej poczuwa się do bycia kimś ze swojej mniejszościowej grupy niż do ogólnego terytorialnego obywatelstwa.
Zresztą, zauważamy, do obywatelstwa trzeba dojrzeć i wymaga to czasu, więc raczej nikt nie wymaga od świeżych imigrantów, że będą tymi samymi uczuciami darzyć Anglię lub Szwecją jak zasiedziały Szwed czy Anglik.
Prócz tych mniejszości imigranckich są mniejszości „wewnętrzne”, jak geje, którzy, jak słychać, coraz bardziej widzą siebie jako osobne „plemię”.
„Mniejszości”, trzeba rozumieć szerzej niż potocznie, bo chodzi tu nie tylko i nie tyle o mniejszość w sensie liczeby, ale o mniejszą siłę głosu, mniejszą siłę wyrażania swoich punktów widzenia i swoich interesów. Kobiet jest tyle samo, co mężczyzn, więc w sensie liczby mniejszością nie są, nawet większością, bo średnio dłużej żyją, ale w sensie siły społecznego głosu są zdecydowanie słabsze, ich głos rzadszy, cichszy i częściej lekceważony, a często w ogóle nie jest wydobywany.
Arnold Mindell mawiał, że sam należy do większości, bo jest biały, mężczyzną i mówi poprawnie i natywnie po angielsku. Ja w porównaniu z nim już mam ten mniejszościowy defekt, że po angielsku mówię ledwo i źle, i nie jestem obywatelem USA. Ciekawym w ogóle ćwiczeniem byłoby wyszukiwać u siebie defekty, które wtrącają nas w mniejszość. Napisałem, że głos kobiet bywa słaby, bo np. nie przebija się do polityki. Ale ja też w polityce należę do tej zbiorowości, której głos nie przebija się do polityki, co poznać po tym, że od początku III Rzeczypospolitej nie mam na kogo głosować (a przedtem nie miałem tym bardziej).
Problem jest więc taki, że nie można go łatwo wyprzeć, powiadając sobie, że „a tam, mnie to nie dotyczy”. Bo jest prawdopodobne, że jednak dotyczy.
Głęboka Demokracja jest techniką, która pozwala mniejszościowcom wypowiedzieć się, tak że zostają wysłuchani, a ich głos przebija się do syntezy.
Model „United Minorities”, czyli społeczeństwa koegzystujących „plemion” (neoplemion?) byłby pełny, gdyby te mniejszości nie musiałyby przeciwstawiać się większości, czyli gdyby takiej większości nie było. Ale kiedy czytamy autora, którego wymieniłem w poprzednim odcinku, Kevina MacDonalda, to ów (chociaż o Mindellu nigdzie nie wspomina), wprowadzenie takiego modelu uznaje za zagrożenie dla państwa i narodu, i za usiłowanie destrukcji istniejącego społecznego ładu. Można w tym widzieć opór konserwatysty przed nowinkami, ale cala sprawa nie jest banalna.
Z jednej strony my, Europejczycy, ludzie Zachodu (że dodam tak nadęcie) jesteśmy członkami swoich narodów, bo nie ma czegoś takiego, jak Europejczyk ogólny: niezróżnicowany lub generyczny. A co to jest naród? – Jak wyjaśniła Barbara Ehrenreich (patrz „Czytanie Girarda, Ehrenreich i innych: skąd się wzięła ofiara?”) naród jest to wspólnota wojenna. Uzupełnię: terytorialna wspólnota wojenna. I takie narody, jako pewne „żyjące pojęcia”, uformowały się dopiero w epoce nowoczesnej, między XVIII a XIX wiekiem, kiedy wojny zaczęły być prowadzone przez żołnierzy-obywateli, czyli brańców z powszechnego poboru. (Wcześniej walczyli faktyczni niewolnicy uformowani w czworoboki, z których nie uciec; jeszcze wcześniej rycerze, więc osobna i elitarna klasa zawodowców.) Naród żywi się energią wojny i w zagrożeniu zwiera mentalnie szeregi, co widać u nas teraz, kiedy przy rosnącym w ostatnich latach międzynarodowym zagrożeniu do władzy demokratycznie doszła partia narodowo-socjalistyczna, przy tym katolicka, co kolejnym czynnikiem polskiej narodowej masowości. Jednak wojna zmieniła się i raczej nie będzie w przyszłości prowadzona przez mobilizowane masowe armie poborowe, które są i nieekonomiczne i nieskuteczne. Doświadczenia pokazują, że wojny idą w kierunku wojny rozproszonej, gdzie fronty i granice są wszędzie i nigdzie, wrogiem może być ktokolwiek, a „miecz” mało różni się od „lemiesza”, bo np. bronią są newsy, które mieszają w głowach. Na wojnie rozproszonej naród w starym stylu, jako naród-wspólnota-wojenna może czuć się skołowany.
Tak się składa, że paczworkowe społeczeństwo United Minorities jest naturalnym środowiskiem dla wojen rozproszonych. Dotychczasowe doświadczenia, dotąd wciąż na małą skalę, każą domyślać się, że tak jak mniejszości wyodrębniają się, rozpoznają się jako takie i konstytuują wokół wspólnych w ich obrębie uczuć żalu, urazy, niedowartościowania, niedocenienia, obcości lub poczucia odrzucenia – tak samo od tych uczuć niektóre z nich mogą przejść do wojny, tej właśnie wojny rozproszonej.
I znów, nie są to sprawy dalekie, dotyczące jakichś sunnitów z szyitami lub tamtych nieszczęsnych Tutsi i Hutu. Jeśli MY połączymy się z sąsiadami, czy to w Unii Europejskiej, czy w innym Międzymorzu lub (nawet) Wielkiej Sławii, to patchwork United Minorities i tak nas czeka, nawet bez imigrantów z Erytrei.
Wszystko to byłoby warto na nowo i od początku przemyśleć.
Czy Ktoś wie coś więcej o pracy Arnolda Mindella lub jego kontynuatorów, metodą i w ramach Głębokiej Demokracji, z mniejszościami islamskimi? Bo wiem, że takie działania były prowadzone. Może tędy idzie jakaś droga?
◀ MacDonalda: Wartości Europy na tle innych... ◀ ► Baskijskiego uczymy się? ►
Komentarze
Amerykanie tworza społeczenstwo ludzi coraz bardziej izolowanych od siebie - jak to wynika z najnowszych badan socjologicznych . To raczej "Disunited Minorities” (heheh),
"Bardziej poczuwa się do bycia kimś ze swojej mniejszościowej grupy niż do ogólnego terytorialnego obywatelstwa."
Rzeczywiscie, naturalnie kształtujących się więzi w USA jest deficyt.
Stad te tragedie (strzelanina i inne formy gwaltu ) w amerykanskich szkolach, uniwersytetach armii itd
Moim zdaniem USA to "Hatred society", w Polsce zas istnieje dosc znaczna liczba osob wielbicieli USA i wzorow amerykanskich
To, że idea i metoda Głębokiej Demokracji Mindella wyszła od Amerykanina i z tamtego środowiska pokazuje, że Amerykanie mają wolę naprawiania negatywnych zjawisk powstających między mniejszościami i mniejszościami a większością. I ciągle szukają sposobów na to.
A to co przerabia Ameryka teraz, za 20 lat przyjdzie do nas -- tego uczy historia :)
"metoda Głębokiej Demokracji Mindella wyszła od Amerykanina " - ksiazki nie czytalem , ale przypuszczam, ze Mindell probuje jakos przezwyciezac wzajemne izolowanie,
zupelnie naturalne, ze ta Gleboka Demokracja zarodzila sie wlasnie tam, mnie to nie dziwi i zachwytu nie oidczuwam z tego powodu.
Istnieja tez poglady, ze za pozno na leki i kuracje dla tego spoleczenstwa.
Moim zdaniem te gwalty to symptomy, tez dobrobyt olsniewa i sa ludzie ktorzy juz nic wiecej nie widza i nie rozumieja
http://www.taraka.pl/mapy_haplogrup :
(2012-12-08 01:19:42 )
autor: Alexander Malinowski :
"Amerykanie są narodem kulturowym, a Polacy w większości narodem biologicznym. Większość Polaków pochodzi od wspólnych przodków."
Zgadzam sie prawie 100%, chcialbym jednak zauwazyc, ze Polacy sa narodem biologicznym i kulturowym tez (bo wszystkich laczy wspolna kultura), Amerykanie zas sa narodem kulturowym tylko w pewnym stopniu i w ogole sa w bardzo niklym stopniu narodem biologicznym.
Moim zdaniem malpowanie wzorow amerykanskich (zwlaszcza zatomizowanego stylu zycia ) jest jakas straszna choroba .
autor 2012-12-08 01:19:42 Alexander Malinowski :http://www.taraka.pl/mapy_haplogrup :
"Generalnie w linii męskiej nie jesteśmy MIESZAŃCAMI w takim stopniu, jak można by oczekiwać po naszej skomplikowanej historii. Powiedziałbym, że jesteśmy nadzwyczajnie jednolici."
Np. A. Malinowski ma swiadomosc tego ze istnieja narody, ktore nie sa zjawiskiem wyłącznie kulturowym, bo laczy ich tez biologia.
Moim zdaniem swiadomosc jest fenomenem bardziej biologicznym niz kulturowym
Istnieje nawet nauka socjobiologia, ktora koncentruje sie na załozeniu, ze geny graja podstawowa role w ksztaltowaniu ludzkiego zachowania.
"nie bardzo rozumiem stwierdzenia, że świadomość jest tworem bardziej biologicznym niż kulturowym w tym kontekście."
Kontekst nie odgrywa tu zadnego znaczenia, zrodlem jest biologia, bo swiadomosc posiadaja juz zwierzeta .
Tomasz Żywy :
"Sam naród natomiast jest zbyt odległym tworem dla pojedynczego genu ......"
".... która, nomen omen, jest tworem jak wskazuje samo określenie "idea", kulturowym, memowym. "
R1a jednoczy ludzi juz mniej wiecej 19 000 - 20 000 lat, co przewyzsza wiek dowolnej
znanej nam kultury .
PS. Do opisywania ludzi, ktorzy zyli 20 000 tys. lat temu nie uzywa sie pojecia "narod", pojecia "populacja", "wspolnota" sa o wiele adekwatniejsze .
Jasne, odnoszę się jednak do socjobiologii, na którą to się powoływałeś.
"Kontekst nie odgrywa tu zadnego znaczenia, zrodlem jest biologia, bo swiadomosc posiadaja juz zwierzeta ."
Odgrywa znaczenie. Jaki jest związek wspólnotowej świadomości z haplogrupą R1a1? Pomijając możliwe rasistowskie konsekwencje płynące z samej świadomości posiadania danej haplogrupy, która to nie jest dana "z urodzenia" (świadomość przynależności).
Populacja - owszem, wspólnota - niekoniecznie. Nie ma bezpośredniego (ważne!) związku między charakterystyką biologiczną a przynależnością do większej zbiorowości.
Zwiazek byl najpierw rodzinny a nastepnie plemenny
Otóż to. BYŁ rodzinny, a następnie plemienny. Dla narodu i dzisiejszych wspólnotowości nie ma on znaczenia.
Nadal nie widzę związku między biologią i narodową świadomością.
Następne wpisy ze słowem haplogrupa lub ze skrótem R1a1 będę KASOWAĆ.
Aby komentować Zaloguj się lub Zarejestruj w Tarace.
