14 lutego 2017
Wojciech Jóźwiak
Serial: Auto-promo Taraki 4
Wiara tropem?
◀ Ezoteryka i psychoanaliza ◀ ► Ezoteryka i psychoanaliza ciąg dalszy ►
Przenoszę tutaj komentarze, które były pisane pod moim tekstem „Ezoteryka i psychoanaliza” (poprzednim odcinku tego blogu), ponieważ oderwały się od pytania, które zadałem w tamtym tekście. Zaczęliśmy dialogować o wierze.
Więcej w komentarzach.
◀ Ezoteryka i psychoanaliza ◀ ► Ezoteryka i psychoanaliza ciąg dalszy ►
Komentarze
Tak, ja miałam takie skojarzenie laika, że psychoanaliza i astrologia są specyficznymi językami opisu, specyficznymi obrazami, pewnym wysiłkiem umysłu ku autorefleksji i uchwyceniu mechanizmów rzeczywistości. Stwierdzenie czy jest to opis trafny nie wynika, jak piszesz, z możliwości niepodważalnego zmierzenia ale - jak sądzę - z wiary. Psychoanalitycy wierzą w psychoanalizę i tę wiarę rozpowszechniają i racjonalizują (skuteczność, rzekoma naukowość, odkrywczość, waga, neurobiologia etc, etc) Ale to fałszywa droga, bo psychoanaliza nie jest weryfikowalna (być może stąd też ten zwrot ku mowie, jako do czegoś, co można uchwycić, odtworzyć).
Nie ma też drugiej rzeczywistości (rzeczywistości kontrolnej), by porównać wpływ "ukrytej" zmiennej badanej.
Jednocześnie, mam wrażenie, i astrologia i psychoanaliza odwołują się do wspólnych, poruszających symboli czy narracji obciążonych znaczeniem (Edyp, smok, "jowiszowy", "marsowy"). Być może dlatego Freud - z pretensjami do naukowości i jako "biolog, medyk" - odrzucał ezoterykę , bo była zbyt blisko i groziła "zlaniem się" z psychoanalizą (czyli zniszczeniem jej)?
Więc reasumując: pod tym - i psychoanalizą i astrologią - jest akt wiary i żywy kulturowo obraz.
Czy można kogoś zmusić, przekonać do wiary (do skoku w wiarę i uznania symbolu za żywy)? Nie wiem, ale może ta wiara będzie jakimś tropem w rozmowie.
[Uwaga red. Taraki: To jest fragment oryginalnej notki, a cała, dotycząca ezoteryki i psychoanalizy, jest tu...]
Ja osobiście wiary nie cierpię. Nie znoszę wierzyć i kiedy w dyskusji pada argument "a ja wierzę", to mi się otwiera scyzoryk i już widzę, jak wiara równa się przemoc, w wielu znaczeniach. Ale jak wyżej, powinienem o tym napisać osobno i bardziej systematycznie. Zresztą pewnie o tym pisali wiele razy lepsi ode mnie w tych tematach. Nauka daje sobie rade bez wiary. To jest trop.
Nic się nie dzieje bez wiary, pre-supozycji, założenia.
Inaczej: astrologia w przeciwieństwie do astronomii nie spełnia wymagań obecnego paradygmatu naukowego i stąd jej nie ma na oficjalnych uniwersytetach (choć jest szeroko obecna w kulturze popularnej) . Jej założenia (wiara) w obecnym układzie ( w obecnych kulturowych paradygmatach w Europie) nie stykają się z podejściem naukowym. Psychoanaliza została przyjęta bo naukowcy wierzyli w jej założenia (np. istnienie wyparcia, możliwość opisu nieświadomego). Nie wytrzymała jednak z czasem krytyki naukowej, plasując się gdzieś w okolicach antropologii, refleksji o człowieku czy rozwoju osób zdrowych.
Ja osobiście uwielbiam ten taniec nauki i wiary. Jak w znaku jin-jang, jeden element przechodzi w drugi. Przemoc widzę po obu stronach. Religie - wiadomo. Nauka? Myślę, że każdy widzi przemoc ze strony obowiązujących paradygmatów. Szczególnie wtedy, gdy zaczynają one pękać z powodu oddalania się obowiązujących map od widzianej i doświadczanej rzeczywistości.
Pytanie, które sobie ostatnio stawiam, brzmi, w co można wierzyć, bez popadania w fantastykę. Bez mentalnej kreacji tzw. bytów nadprzyrodzonych. Pierwsze przeczucie tworzy dualizm: w nic nie można tak wierzyć - wiara to szaleństwo. Ostatnio myślę jednak, że można wierzyć w wolność, w jej specyficznym rozumieniu, o której pewien oświeceniowy filozof twierdził, że nie można jej dowieść, można w nią jedynie wierzyć. Nie sprecyzuję rozumienia tej wolności, nie chodzi jednak o żadną ze swobód ani też o samowolę. (Takie terminologiczne przybliżenie). Ale religie, jak sądzę, tam gdzie nie są mechanizmem obronnym lub grą o władzę, afirmują właśnie wolność (niezdeterminowanie/tajemnicę = niepoznawalne).
Nieprawdą jest Wojtku, że oświecenie uwolniło nas od wiary. Zastąpiło wiarę w bogów inną wiarą, w rozum.
Bardzo ważne jest rozróżnienie wiary i religii. Sądzę, że duża część tej ostatniej nie ma wiary lub jest słabej wiary. To pozwala traktować religię jako formę ateizmu, jako ucieczką od wiary.
Intuicja: wiara łączy się z ufnością, zawierzeniem, w jakimś głębszym sensie. Tu rodzi się jednak pytanie, komu, czemu?
Od początku roku prowadzę wykłady (webinaria) z tarota i tam każda karta opisuje jakąś możliwą sytuację, tendencję czy proces. Chyba nigdy podczas tych wykładów nie użyłem słów "wiara, wierzyć"!
Bardzo możliwe, że da się opisać nasze życie w ogóle nie używając tych słów.
Mnie osobiście nie są one do niczego potrzebne.
(Tzn. jeśli jednak używam, to jako figurę "hiper", dla zaznaczenia przesady i osobliwości wygłaszanego zdania.)
Wiara to termin niejasny. W najprostszym rozumieniu jest to przeświadczenie co do prawdziwości pewnych sądów w sytuacji, gdy niemożliwe jest dowiedzenie tej prawdziwości. Co na przykład znaczy, gdy mówisz Wojtku, że nie potrzebujesz pewnych słów, takich jak wiara, wierzyć. Może to znaczyć, tak chyba właśnie jest, że nie wierzysz w ich sensowne użycia. Że wierzysz w wyjaśnianie rzeczywistości bez wiary.
Wydaje mi się, że pierwotnie wiara jest reakcją na lęk przed niewiedzą. (Tą instytucjonalizuje religia.) Ale to jest swoisty typ enneagramowy, rodzaj wypracowanej reakcji, mechanizm obronny. Nie wiem, (boję się nieznanego, innego) więc wierzę (w coś co mnie przed nieznanym chroni).
W głębszym sensie wiara jest zgodą na niewiedzę, może nawet radosną (choć nie zawsze) afirmacją jednej jej z postaci, tajemnicy jako tego co permanentnie nieznane i inne. Wiara to duchowa otwartość, ale też zgoda na niepewność.
De Mello mówi, że religia (pierwszy wariant wiary wyżej) daje pewność, a wiara (drugi wariant wyżej) niepewność.
To są oczywiście pewne przeczucia.
Natomiast Twoja niechęć do wiary Wojtku (=silne przekonanie że wiara jest niepotrzebna), jako kogoś, kto interesuje się przy tym neo-szamanizmem i dywinacjami jest zastanawiająca. Choć i bez tego byłoby to ciekawe, bo przecież nawet ateizm jest wiarą.
Wolę mówić słabiej: mam poczucie czegoś. Dla przykładu: świętości (bez Boga czy innego Bytu/Bytów), tajemnicy itj. (= i tak jakoś :-), duszy świata.
Ja właściwie nie umiem wierzyć. Widać tak chcieli Bogowie. Jak to mówi Lec: A może Bóg mnie sobie upatrzył na ateistę?
PS. Często podejrzewam (to nie wiara), że "gen" chce wierzyć.)
Zawsze zawieszam się przy pytaniu "Czy wierzysz w Boga?" :), bo jest wyjatkowo mętne, manipulacyjne.
Ale co do wiary- zawsze przed myśleniem jest wiara, pre supozycja, nadzieja. Czy w nauce czy w astrologii. No i w wierze zawiera się też intuicja, wewnetrzny przebłysk zrozumienia, oświecenia, przed-pojęcie Jedni. I tak jak pisze Radek Ziemic: wiara jest otwarciem na niepewność, która przecież zawsze będzie ludzkim udziałem.
Ja uważam astrologię ( tj.wpływ ciał niebieskich) za niedowiedzioną jednak cenię za posługiwanie się obrazami, archetypami i symbolizację. Koło (horoskopu) czy to nie jungowskie okrążanie na drodzie samopoznania, do Jaźni?
W religiach od zarani też funkcjonują archetypy. Od zarani ludzkość czciła boginię Matkę i pod różnymi imionami bogów stanowiacych archetyp ojca. Matka Boska z katolicyzmu weszła w miejsce swoich poprzedniczek.
Jescze raz wyrażam zgodność z poglądem Pana Radka, że nie każda wiara musi rodzić przemoc. A jeśli chodzi o religię,to możliwa jest przemoc z obu stron; zarówno tych religijnych wyznawców, jak i przemoc skierowana przeciwko nim- ze strony ateistów.
PS. Jeśli się nie mylę, to na razie najbardziej prześladowaną religią na świecie jest chrześcijaństwo. :-)
Inna rzecz, że wiara rozumiana tak, jak się ją zazwyczaj rozumie - tzn. w kontekście religijnym - to faktycznie jest efekt przemocy symbolicznej oraz rzecz ze wszech miar durnowata i okropna.
Oczywiście w warstwie narracji a nie faktów :). To być może dlatego że "prześladowanie" leży u zarania tej religii, w każdym jej micie i stąd trafia do ludzkiej podświadomości? Czy buddyści czują się wiecznie prześladowani? Przez tę narracyjną pozycję ofiary wierzacy w Jahwe nie muszą naśladować swojego boga- bo on już ich zbawił, żeby nie musieli z wysiłkiem (jak rabbi) zbawiać się sami i szukać swoich własnych dróg. "Naśladowanie Chrystusa" to więc taki pic na wodę. Ja nie słyszałam o żadnym chrz. który się ukrzyżował, chodził biedny od miasta do miasta, obnażał pustkę wielkich tego świata, gadał z prostytutkami i celnikami. Za to chrześcijanie są obraźliwi nad wyraz i obsiadają z automatu fotelik ofiary, nomen omen owcy, przez swoją owczość godnej kontaktu z nadprzyrodzonym zbawicielem, pasterzem stada. Być może to pociąga ludzi masochistycznych, nie wiem, lub karmionych od maleńkości wyimaginowanymi obrazami zagrożeń. Oczywiście taka "wiara" faktycznie jest zagrożeniem dla duszy, integracji, współpracy i rozwoju.
A co do chrześcijan. Masz częściową rację. Są dwa wielkie mity naszej kultury. Po pierwsze, prześladowania chrześcijan, który to mit jest mitem samodowartościowującym. Drugim jest mit prześladowania przez chrześcijan i zła wyrządzanego przez chrześcijaństwo. To jest mit oświeceniowy. (Nie twierdzę, że nie ma w nim w ogóle prawdy. Ale chrześcijaństwo jest, było, wbrew własnemu przekonaniu, przede wszystkim pewną formacją cywilizacyjną, mniej duchową, chyba że chodzi o duchowość popularną.)
I jeszcze, chrześcijaństwo, jak wskazuje Twój wpis, funkcjonuje w zbiorowej niechrześcijańskiej świadomości w takiej wersji dość potocznej, powierzchownej.
Nie zrozum mnie źle, ja nie jestem chrześcijaninem, ale cieszę się, że ostatnio myślę o chrześcijaństwie dużo spokojniej. A ten mechanizm dowartościowywania się przez wyobrażoną nieswoją ofiarę jest bardziej skomplikowany i może przybierać postać dowartościowywania się łatwą krytyką jakiejś koncepcji. Czy ktoś, kto krytykuje hipokryzję chrześcijaństwa, niewątpliwą, uwalnia się tym od hipokryzji? To nie jest żaden przytyk, myślę przede wszystkim o sobie.
Nie wierzę w istnienie Boga/bogów, nie wierzę w jego/ich nieistnienie. Staram się raczej w ogóle w nic nie wierzyć (chyba że w takim sensie, o jakim pisałem w pierwszej części tamtego komentarza - chociaż, szczerze mówiąc, teraz mi się wydaję, że źle to wtedy ująłem: to chyba jednak nie jest wiara tylko po prostu hipoteza robocza albo "rozsądne założenie"). Myślę, że mogę się określić jako skrajny antydogmatysta. W ogóle nie lubię hierarchii i dlatego odrzuca mnie hierarchiczna wizja logiki (tzn. że jest jakaś nadrzędna Prawda, która ogarnia, przewyższa lub też unieważnia wszystkie prawdy partykularne, półprawdy, prawdy pozorne, kłamstwa i co tam jeszcze). Za to strasznie jest mi bliski radykalny konstruktywizm: zamiast łykać dogmaty, wolę tworzyć wiabilne modele eksplikacyjne, które - w razie potrzeby (tzn. kiedy pojawią się nowe dane) - zawsze można bez żalu zmodyfikować lub w ogóle odrzucić. Takim wiabilnym modelem eskplikacyjnym (albo - po vaihingerowsku - konwenientną fikcją idealną) jest dla mnie heterarchiczny, niedualistyczny (czyli nieoparty na opozycjach typu prawda/fałsz albo byt/niebyt), zdecentralizowany politeizm/animizm. I - póki co - się go trzymam:)
Edit: I jeszcze jedno: przemoc będę krytykował ZAWSZE.
A co do krytyki przemocy- jestem za !!!
Pan na jednej szali postawił chorobę ,a z drugiej strony wiarę. Na zachorowanie raczej nie mamy wpływu, (przynajmniej świadomie) a wiara lub niewiara- to nasz wybór.
A co do tego, że się dyskryminuje schizofreników, to oczywiście ma Pani rację. Ogromnie nad tym ubolewam i uważam, że powinniśmy wszyscy z tym walczyć - tak jak z każdą formą dyskryminacji.
No i w ogóle wdruki religijne to rzecz dużo głębsza niż tylko to, że się wierzy. Często to są rzeczy prawie niedostrzegalne. Np. cała ta nasza rozmowa o wierze/niewierze w Boga/bogów, postrzeganie wiary jako zasadniczego elementu religii. Jak teraz o tym myślę, to wydaje mi się coraz intensywniej, że koncept "wiary w Boga", koncept Boga jako kogoś, w kogo można (w sensie: jest możliwe) wierzyć lub nie wierzyć - to wynalazki czysto chrześcijańskie. Niewykluczone, że Pani zna Biblię lepiej niż ja: czy w Starym Testamencie jest w ogóle jakaś wzmianka o wierze w Boga? Ja niczego takiego nie mogę sobie w tej chwili przypomnieć - ani w ST, ani też np. u dawnych Greków.
W judaizmie nie ma dogmatów ustalonych w sposób wiążący, ale wierzący Żydzi uznają 13 zasad wiary sformułowanych przez Majmonidesa w XII w. Według tych zasad Bóg jest stwórcą, jest jeden, bezcielesny, wieczny, jako jedyny może być obiektem kultu, mówił przez proroków, Mojżesz był największym z nich, on otrzymał Torę, która jest niezmienna, Bóg jest wszechwiedzący, odpłaca człowiekowi za jego czyny, nadejdzie Mesjasz, nastąpi zmartwychwstanie. Wspólne dla wszystkich wersji judaizmu jest wyznanie wiary: Słuchaj Izraelu, PAN, Bóg nasz, PAN jeden (Pwt 6,4).
Edit: Postaram się dzisiaj zapytać o to tarota.
"Z tajemnicą człowiek nigdy nie może się „uporać”. Tajemnicy – w odróżnieniu od problemu – nie można zdobyć; trzeba cierpliwie przebywać na jej progu i trwać w niej. […] Wiara potrzebna jest właśnie w chwilach światłocienia, wieloznaczności życia i świata, a także na czas nocy i zimy Bożego milczenia. Jej zadanie nie polega na tym, by ugasiła nasze pragnienie pewności i bezpieczeństwa, lecz by nauczyła nas żyć z tajemnicą”.
To jest punkt widzenia chrześcijanina, filozofa księdza, ale rzekłbym, że coś w tym jest.
Jak mogło nie być konceptu wiary w Boga, jeśli napisano Stary Testament i wszystkie mity w nim zawarte? Mit o stworzeniu świata, o grzechu pierworodnym, o przekazaniu przez Boga Mojżeszowi Dekalogu zawierającego Dziesięć Przykazań itd. itp..
Od początku wierzono, że Bóg ocenia postępki człowieka, że nie powinno się malować jego wizerunku, ani wypowiadać nawet jego imienia. W I Świątyni Jerozolimskiej utworzono miejsce Święte- Świętych, w którym złożono Arkę z tymi przykazaniami. Do tego miejsca mógł wejść tylko Najwyższy Kapłan, zwykli śmiertelnicy by je zbeszcześcili.
A co do drugiego zagadnienia dot. sprowadzenia wiary do wykonywania rytuałów, to mamy obecnie mnóstwo dowodów na to do czego to prowadzi. Polska jest krajem katolickim. Najważniejszym przykazaniem w katolicyzmie jest przykazanie miłości> Kochaj bliźniego swego jak siebie samego". Jak ta miłość u nas kwitnie widzimy po zachowaniach tych najbardziej religijnych środowisk w naszym życiu społecznym.
A co do rytuałów: religia starogrecka sprowadzała się w zasadzie do rytuałów (bo mity były domeną poezji) - i była raczej spoko (pomijając może różne Ifigenie w Taurydzie...).
(Nawiasem mówiąc, wydaje mi się, że "ateuszami" - atheoi - nazywano w Grecji tych, którzy uchylali się od ceremonii, a nie - "niewierzących". Jest tu jakiś fachowiec, który to może potwierdzić?)
A co do prowadzenia się bogów: Już nie bądźmy takimi moralistami! No i, wiadomo, nie sądźmy, byśmy nie byli sądzeni...
Odnośnie prowadzenia się bogów to był żart.
I to wydaje mi się cenne, dla mnie też. Tylko zeby to wynikało z mojej wewnętrznej prawdy a nie wysiłku woli. Bo to wszystko (chrześcijanin, nie-chrześcijanin) są etykietki "światło ćmiące".
Z drugiej strony wobec przemocy (instytucji, narracji, "oczywistości") rodzi się opór, nawet bierny :).
"Czy ktoś, kto krytykuje hipokryzję chrześcijaństwa, niewątpliwą, uwalnia się tym od hipokryzji?
Nie :). Co do chrześcijaństwa: jasne, jest wiele warstw, bo religie, oprócz zarabiania pieniędzy i podziwu maluczkich zawierają ziarno- jak mi sie wydaje- pracy z duszą, duszy poruszeń. Tak jest z np z gnozą, z mistykami np Eckhartem. Tragedia się robi jak człowiek poddaje się narracji jako zewnetrznej bajce, zaniedbując kreatywność własną i własną -przez pracę wewnętrzną, nieświadomą, niezależną od woli - drogę do Pełni. (nie mam tu na myśli rozwoju ego ani persony ani też podpięcia się pod memy religijne żeby sobie zrobić dobrze i stanąć po stronie Dobra). Popularny katolicyzm raczej indywidualny rozwój niszczy, moim zdaniem. Być może dlatego że "wierni" mają biernie wierzyć w zewnętrzne wydarzenia, poddać się instytucji a nie ją tworzyć, rozwijając duchowo siebie. No i narracja chrz. jest okaleczona - chyba że dodamy do niej pierwiastek żeński (dusza Boga Ojca) lub Cienia (diabeł). Ale to takie moje rozważania. Reasumując: jak komuś wystarcza "wiara" i wypiera przy tym przemoc to już jego rzecz. Ja słucham się swojej drogi, swojego głosu, który mówi- to nie jest twoja bajka, to nie jest w tobie. I tego słuchania życzę. :)
Być może w niektórych wersjach można by uznać chrześcijaństwo za próbę przepracowania traumy, ale w popularnej wersji to jednak nie wychodzi. Tu by trzeba pobadać trochę historycznie. Tzn. dzieje Izraela na przełomie er. Oraz przyjrzeć się temu, czym była śmierć. Św. Paweł na przykład najpierw prześladuje chrześcijan, nie tylko jest przy, ale nawet wyraża zgodę na zabicie św. Szczepana (jak i on - hellenisty!), a potem jakby nigdy nic spada sobie z konia i zaczyna zarządzać całym tym religijnym "interesem".
Ale tak to jest, że trauma wyparta wraca i nierzadko w postaci traumy innych.
Ładnie ujęte :). To cierpienie łaczy mi sie też z rozczarowaniem u zarania, u Izraela też. Miało byc to Królestwo Boże i nie ma. Miał przyjść Zbawiciel i poprowadzić Żydów ku powstaniu- i nie przyszedł. Marzenia słabszego- że ktos uratuje. Nie chcę sie silić na psycho-analizy, ale widzę w tym sporo złości na kogos kto obiecał i olał, tym bardziej że to miał być uleczający rabbi, Pan, Ojciec, czy Syn Boży. No, ale na kogos takiego złościć sie otwarcie nie wolno - tym bardziej że przykazania zabraniają odczuwać, sama emocja jest grzechem. Więc ta złość za oszustwo jest utajona, wraca w projektowanym obrazie prześladującego świata czy w przemocy nazwanej troską o "zbawienie duszy" (np. współczesne: niech się urodzi niezdolne do zycia i w cierpieniu byleby można było ochrzcić).
Daje to cos w stylu: musicie udawać wszyscy że moja wiara ma sens a jak nie to w łeb, bo jest mi samemu/samej trudno tę wiarę podtrzymać... Widzący duchowośc przez inne narracje staje się wrogiem bo pokazuje, że można przestać się zmuszać- a do tej wewnetrznej wolności, do odstępstwa od oczekiwania na poziomie świadomości chrześcijanin nie jest zdolny. Jest "wierny" ( i robi z tego zaletę), przykuty swoją utajoną złością do figury, która go rozczarowała. Mam wrażenie, że "miłość", "dobro" "jedyna prawda" etc, etc to tylko dalsze racjonalizacje owego indywidualnego przykucia.
Bo chrześcijaństwo, to Pawłowe, nie żydo-chrześcijaństwo Jezusowe czy Jakubowe, dziedziczy po judaizmie pewien rodzaj połączenia urazy i poczucia wyjątkowości. Etnocentryzm zostaje tu zastąpiony religio-centryzmem. Nic dziwnego, bo Paweł był faryzeuszem-Rzymianinen, który nie za bardzo chciał być, mam wrażenie, Żydem/żydem, musiał jakoś z tego upodlonego przez Rzymian żydostwa wyjść. A już właściwie wyszedł obywatelsko, bo Rzymianami zostali już jego rodzice.
Ale od dawna jest we mnie podejrzenie, że to przeżycie cierpienia metafizycznego, jeśli takie jest (?), to współczucie Bogu, zwalnia jakoś od współczucia światu i że to jednak nie jest z nauki Chrystusa, który właśnie ten "centryzm", jak mi się wydaje, przezwycięża. Nie mówię nawet o Chrystusie historycznym, ale o pewnej koncepcji. Rzekłbym inaczej, można odnieść wrażenie, że projekcja cierpienia na byt zaświatowy osłabia współczucie realne, i umożliwia pewną podwójność lub raczej zasłanianie metafizyką (jako pewną koncepcją) przemocy.
Dlatego chrześcijaństwo w 95 % jest dla mnie takie psychoanalityczne: mechanizm obronny, nieświadomy, oparty na wyparciach. Ma, oczywiście, swoje blaski, jego irracjonalność jest nie tylko ciemna. (jasny cień :-)
Aby komentować Zaloguj się lub Zarejestruj w Tarace.
