10 grudnia 2011
Marcin Hładki
Serial: Chile
Wulkan
◀ Pucón ◀ ► Południe ►
W miasteczku wydawało się, że byliśmy u samego podnóża góry,
jednak w rzeczywistości trzeba do niej jechać z pół godziny. Po
drodze jest gęsty las, aż do granicy śniegu, który, jak się
wydaje, leży tu cały rok.
Podejście jest długie i żmudne,
nachylenie zbocza ciągle takie samo, choć z bliska wulkan nie jest
już tak idealnym stożkiem, jakim wydawał się stojąc na
horyzoncie. Idziemy przez lodowiec, dostaliśmy od przewodników
czekany do asekuracji, ale bardziej przeszkadzają niż pomagają,
nie można się nimi podpierać, zapadają się w śnieg.
Podjechaliśmy pierwsze kilkaset metrów wysokości wyciągiem
krzesełkowym, ale zdobycie pozostałego tysiąca metrów zajmuje nam
ponad trzy godziny. Ten marsz mógłby nawet być podobny do
medytacji ale zbyt często zapadam się w śnieg i tracę rytm.
Jest
dosyć ciepło, ostre słońce, ale bardzo niewiele widać, oprócz
chmur w dole. Jesteśmy jakieś dwa tysiące metrów ponad poziomem
podnóża góry, więc widok powinien być bardzo rozległy, ale cała
okolica zasnuta jest delikatną mgłą, wystają z niej tylko
najwyższe, sąsiednie wulkany. Z początku widać dwa, po wejściu
na wierzchołek pojawiają się dwa kolejne. Mgła, która wszystko
poniżej przysłania, to popioły rozsypywane przez ten jeden wulkan.
Blisko szczytu śnieg staje się brudny, jak wiosną w mieście.
Wytarłem nim ręce po zjedzeniu rozgniecionego w plecaku banana, a
kiedy popiół rozgrzał się od skóry, pachniał leciutko jak
uderzony krzemień.
Po wejściu na szczyt jestem początkowo tak
zmęczony, że nie całkiem dociera do mnie, co widzę. Odruchowo
pierwszą uwagę kieruję na odległe widoki, jednak krater jest dużo
ciekawszy.
Jest dosyć mały, ma może że dwieście metrów
średnicy, okrągły, choć nie idealnie.
W środku jest otwór,
jak obszerne wejście do jaskini, ma że dwadzieścia metrów
średnicy, prowadzi prawie pionowo w dół. Leci z niego dym jak z
komina, dosyć rzadki, ale porusza się szybko. Słychać stały
szum, jak wiatru, ale orientuję się, że prawie w ogóle nie wieje.
Przewodnik potwierdza, że to dźwięk, który wydaje gorąca lawa,
kiedy wydobywają się z niej gazy. Samej lawy teraz nie widać,
opadła, podobno na głębokość stu kilkudziesięciu metrów, ale
podobno w październiku była widoczna w samym kraterze.
Krawędź
na którą weszliśmy jest dosyć szeroka, ale w po zawietrznej,
gdzie sypie się popiół, bywa tak wąska że nie można nią
przejść, trzeba schodzić na zewnętrzną stronę. Lepiej tak
zrobić też dlatego, że to, co wulkan z siebie wypuszcza jest
duszące, gryzie w gardło i śmierdzi chemią.
Ściana krateru
jest usypana z popiołu i pumeksu, lekkiego i kruchego, nie
przypomina tego, z czego zrobione są góry, raczej bezy. kolory
znowu z tej samej elegancko zgaszonej palety, co na pustyni. Tutaj
głównie żółtozielony i ciemnoczerwony, na szarym tle.
Obszedłem
krater dookoła, zdaje się, że przewodnikom się to niezbyt podoba,
ale chyba tylko dlatego, że musimy już zjeżdżać na dół.
Wyjaśnia się, co mieliśmy w plecakach, które dostaliśmy od
agencji, ubieramy się wszyscy w dziwne spodnie kurtki i różne
ochraniacze, dostajemy szczegółowe instrukcje jak korzystać z
plastikowej podkładki do zjeżdżania na pupie i jak używać
czekana do hamowania i nie zabić się przy tym, i ruszamy.
Cała
impreza staje się nagle zupełnie niepoważna, ześlizgujemy się
kolejno w dół po śniegu, starając się utrzymać w śladzie
zrobionym przez wcześniejsze zjazdy. Najfajniej jest, kiedy uda się
wywołać mini lawinę i jechać na niej. Z poziomu śniegu prędkość
wydaje się ogromna, jednak tak wcale nie jest dopiero po kilkunastu
minutach jesteśmy wszyscy na dole. Ochraniacze nie przydały się na
wiele, jestem kompletnie mokry, ale niespodziewanie nabrałem ochoty
na wyjazd na narty.
◀ Pucón ◀ ► Południe ►
Aby komentować Zaloguj się lub Zarejestruj w Tarace.
