zdjęcie Autora

03 lutego 2011

Wojciech Jóźwiak

Serial: Auto-promo Taraki
Żądza cudu

Kategoria: Pytania i granice

◀ Mniej kategorii w Tarace ◀ ► Internet zagrożony: przez rząd i memetykę ►

Marcin Kotasiński w swoim blogu, odcinek pt. „Monoteize”, zauważa, że w religiach powtarza się oczekiwanie cudu lub obietnica, że wydarzą się cuda. Cud, czyli odstępstwo od normy, zwykle - choć nie zawsze - korzystne dla oczekującego; naruszenie obowiązującej konieczności, że określona przyczyna wywołuje równie określony skutek... Słowo „konieczność” przywołuje Lwa Szestowa, wielkiego buntowniczego przeciw Ananke-Konieczności... Cuda w chrześcijaństwie i ich tamtejsze znaczenie są dobrze znane... Ale ja nie o tym.

Zwróciłem uwagę, jak cuda, a raczej sprawa cudów pojawiały się na mojej własnej ścieżce.

W roku 1987 lub 88 byłem w sandze Olego Nydahla i wziąłem udział w phowa. Po paru dniach mantrowania i śpiewania pieśni przyszło do etapu, kiedy Ole sprawdzał, czy medytujący mają ranki na czubku głowy, czyli otworki, przez które ma wyjść dusza podczas śmierci i które otwierają się podczas tej praktyki. Miałem, jak chyba wszyscy, niepokój i niedowierzanie: a co będzie, jak mnie się nie otworzy? Właściwie dlaczego coś takiego miałoby się zrobić? Jednak cud się stał i dziurkę w głowie, raczej rankę na skórze miedzy włosami, miałem. (Niedowiarkowie twierdzą, że te dziurki Ole sam zręcznie robił, a ludzie sami sobie lub nawzajem rozdrapywali.)

Kilka lat później byłem pierwszy raz na warsztatach szamańskich Mattie Davis-Wolfe i Davida Thomsona. Jednym z pierwszych zajęć były wizje bębnowe czyli podróże przy bębnie. Czytałem/słyszałem o nich wiele wcześniej, znałem ich cudowne właściwości zarówno w wykonaniu szamanów „natywnych” jak i tych „neo”, wyedukowanych. Znów, jakie było pozytywne zdziwienie, kiedy okazało się, że widzę! A nawet przybywają zwierzęta mocy. Cudowna zdolność, która wydawała mi się zarezerwowana dla wysokich szamanów, okazała się dostępna także mnie.

Kolejnym podejściem do cudu było chodzenie o ogniu, rok po tamtych warsztatach. Szedłem po ogniu. Ogień nie parzył, a jeśli bardzo od żaru grzało, to było przyjemne. Znów był cud!

Były moje prywatne, skromniejsze próby robienia cudów. Kiedyś spróbowałem hunicznej praktyki gromadzenia energii, co zbiegło się z tym, że zacząłem wtedy zarabiać większe pieniądze i wyszedłem z finansowego kryzysu. Więc pewien skromny cud się wydarzył. Później eksperymentowałem z inną magiczną praktyką: kreowania agentów czyli serwitorów. Miałem sukcesy. Ta praktyka robi coś dziwnego: sprawia, że na przypadki patrzy się jak na wyniki zaplanowanych przez siebie działań, jak na efekt własnej woli; właściwie to nie ma wtedy przypadków: to agenci realizują zlecone im usługi.

Jak obserwuję siebie, znajomych i świat dalszy, to widzę, że jest wielka potrzeba cudu. Może mniej cudu polegającego na zawieszaniu praw przyrody (np. lewitacja), bardziej cudu polegającego na tym, że sama „goła” twoja myśl wywiera materialne wydarzeniowe skutki.

Tych cudów jest-było więcej, ale nie wszystko na raz, pozwólmy, by c.d.n.

◀ Mniej kategorii w Tarace ◀ ► Internet zagrożony: przez rząd i memetykę ►

Aby komentować Zaloguj się lub Zarejestruj w Tarace.

X Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)