11 czerwca 2013
Katarzyna Urbanowicz
Serial: Babcia ezoteryczna Sezon drugi
Astrologia, tarot i różne takie...
◀ Tarotowy dziennik Thota — dzień 9 lipca 2010 rok ◀ ► Przyjęcie na zamku czyli OBUT 2013 ►
Wracając jeszcze do „kart dnia” w Tarocie. Kiedy skończyłam swój miesiąc ćwiczebny wpadła mi do głowy taka myśl:
To, że działają wróżby i horoskopy; że różne, nawet przeciwstawne i odległe od siebie mentalnie systemy oceny rzeczywistości znajdują swoje potwierdzenie i są aprobowane jako prawdziwe i skuteczne, świadczy tylko o jednym:
Otaczający nas świat nagina się do naszych sądów
Cokolwiek byśmy twierdzili z wewnętrznym przekonaniem o prawdziwości naszych twierdzeń czy to w sferze naukowych dociekań czy ezoterycznych domniemań lub sennych majaczeń - mamy rację. Wszelkie przepowiednie odpowiednio oczekiwane spełniają się. Także podobno nauka potwierdza, że oczekiwane wyniki doświadczeń muszą nastąpić, wcześniej czy później, a obiektywny obserwator może być tylko ich moderatorem.
Myśl powstała w nas obraca się w rzeczywistość.
Czyżbyśmy więc żyli w Matrixie, którego dostawca i operator dbają o to byśmy byli zadowoleni z wyników swoich przemyśleń, jakimikolwiek by nie były? Po co jemu nasza satysfakcja?
Mogą być dwie tego przyczyny:
Po pierwsze: rejestrując zjawiska nie znamy ich przyczyn. Z nieprawdziwości świadomie lub nie zakładanych przyczyn nie musi wynikać nieprawdziwość skutków. Jeśli wierzymy, że gwiazdy wpływają na los nowonarodzonego dziecka, że płód tegoż dziecka w łonie matki może dokonywać swego rodzaju "wyboru" momentu przyjścia na świat w określonej konfiguracji ciał niebieskich i jeśli nawet nasza wiara jest niesłuszna - nie przekreśla to faktu, że analiza horoskopów potwierdzić może losy tegoż nowo narodzonego dziecka w procencie przekraczającym wyniki osiągnięte przypadkowo. Co więc tu działa? Jeśli nie sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem przekonanie o zależności przyczynowo - skutkowej, to człowiek pragnący kompromisu może sporządzić myślowy konstrukt w rodzaju teorii synchroniczności, głoszącej, że równoczesność zjawisk może zastąpić tę zależność. Może wymyślić i inne teorie równie proste, jak i niemożliwe do potwierdzenia, bądź na tyle skomplikowane, że może sobie darować próby ich teoretycznego wyjaśnienia. Nie zmieni to jednak faktu, że nawet bezduszna i z pozoru obiektywna maszyna licząca, jaką jest komputer, może potwierdzić jego wyssane z palca przekonania.
Po drugie: ktoś lub coś dba o to, byśmy będąc w owym Matrixie nie zniechęcali się, gdy podejmiemy już pracę naszym umysłem. Może czynić to w sposób niejako automatyczny, wbudowując w umysł człowieka rozmaite zabezpieczenia w postaci podzespołów np. religijnych, ezoterycznych, spiskowych i mnóstwa innych prowadząc tym do sytuacji nie pozwalających mu na realne odczucia bezsensu wszelkich rzeczy, którym zajmował się intensywnie i z przekonaniem. Jednym słowem: jeśli już sięgasz po owoc z drzewa wiadomości dobrego i złego, aktywizuje się w twojej osobowości chip nie pozwalający cofnąć ręki. Ten chip ma przynieść ci satysfakcję z Twoich wysiłków.
Gdzieś w trakcie twoich poczynań następuje nieświadome naginanie umysłu, abyś nie zboczył z torów, po których się poruszasz niczym pociąg. To nic, że za oknami łudzi cię bezmierny krajobraz wolności i że nie widzisz pod sobą szyn, przysłoniętych przez poruszający się wagon, mechanizm podwozia wagonu dopilnuje tego za ciebie, nie zboczysz więc nigdy z zadanej ci drogi. Przekręcając klucz lokomotywy uruchamiasz Matrix.
Astrologia to przekonanie, że początek jakiegokolwiek wydarzenia determinuje, a w każdym razie uprawdopodabnia, dalszy kierunek rozwoju sytuacji i mówi o wewnętrznej strukturze tego wydarzenia z dużym prawdopodobieństwem. Czy więc zależność przebiegu podróży od przekręcenia tego kluczyka nie potwierdza się? Jeśli nawet tak, to synchroniczność niczego nie wyjaśnia. Czy to, że pociąg ruszył, gdy na dworcowym zegarze ukazała się określona godzina, ta sama (lub nie) co w rozkładzie jazdy, wyjaśnia plan naszej podróży? Zwłaszcza gdy stacja końcowa tej podróży jest zawsze jedna.
Ktoś podjął decyzję o budowie linii, ktoś ułożył tory, zbudował lokomotywy i wagony, obudował to wszystko infrastrukturą i zdeterminował naszą podróż. Teraz dba o wygodę podróżowania naszego umysłu,
Po co?
Ucząc się tzw. astrologii humanistycznej czy nowoczesnej wbrew pozorom nie musiałam się przejmować takimi problemami. Jest ona wystarczająco mało deterministyczna i rozmyta w swych sądach, że wszystko można było uznać za narzędzie własnego umysłu służącego porządkowaniu dywagacji. Przyporządkowując planetom i gwiazdom, starym i nowo odkrytym, sfery ich oddziaływań zakładałam, że są to konstrukcje - szkielety, uproszczenia pozwalające unikać na początkowym etapie rozważań nadmiernej komplikacji i zboczenia na nie prowadzące donikąd ścieżki.
Teraz jednak, gdy zaznajamiam się z astrologią tradycyjną albo horarną, z jej systemem domów, ich władców, spalonych planet, planet w detrymencie (na wygnaniu) lub w upadku albo peregrinus, podróżujących niczym tarotowy głupiec po świecie, szarpany za spodnie przez psy, planet w swym władztwie albo egzaltacji - nie sposób uniknąć tych rozważań. Bowiem to wszystko jakoś działa. Pieski się odnajdują, dotacje Unii Europejskiej, już przyznane na ekologiczne przedsięwzięcie mogą zostać cofnięte (choć do głowy by mi to nie przyszło), kogoś zabierają do szpitala i słusznie diagnoza brzmi, że „na nogę”, bo miał skrzep i tak dalej. Często przez naciąganie, którym posługują się astrologowie równie łatwo jak prawnicy i urzędnicy celni, ale jednak o wiele bardziej niż można to naciągnąć, bo często bardzo prymitywnie, jakby udzielający odpowiedzi był niedorozwiniętym matołkiem
Przykładem sprawdzających się prognoz mogą być spadki cen na giełdzie. W całym dwudziestym wieku i w tym kawałku dwudziestego pierwszego, który przeżyliśmy bessy notowano podobno przy opozycji Saturna do Marsa w 80% spadków, koniunkcji Merkurego z Jowiszem w 70% spadków, sekstylu Merkurego z Wenus w 75 % spadków. Tak przynajmniej twierdzą ci, którzy żyją całkiem nieźle z biznesowego doradztwa astrologicznego. A przecież, jeśli nie gracze giełdowi, to analitycy żyją z liczenia i poszukiwania takich prawidłowości. Czemu nie mieliby żyć astrologowie? A zwłaszcza astrologowie ekonomiści?
Z liczenia poborowych i spisywania oraz analizie ich danych żyją też wojskowi, a tu – jeśli wierzyć dobrze poinformowanym - wykryto znaczące korelacje miedzy znakami zodiaku a wykonywanymi zawodami.
Może jednak mamy do czynienia tylko z paradoksem, podobnym temu, którego uczono mnie na statystyce. Z korelacji populacji dzieci i ilości bocianów w pewnej odległej od centrów zaludnienia szkockiej wiosce, wbrew pozorom nie wynikało, że to bociany przynoszą dzieci, a tylko to, że bociany chętniej przylatują w miejsca odległe od cywilizacji i że jednocześnie w miejscach tych ludzie prowadzą życie według bardziej tradycyjnego modelu, nie regulującego poczęć ani narodzin.
Siedząc w pociągu zbliżającym się do stacji końcowej wcale nie pragnę powrotu do początków podróży. Tak wiele rzeczy przeżyłam, doznałam, już wiem i nie dowiem się więcej, bo umysł traci swą elastyczność, do tego stopnia, że życie zaczyna być nudne. Niewiele się już chce i niewiele zdoła się osiągnąć. Przede mną majaczy stacja końcowa, a słońce nad wstążką torów odbija się w nich niczym w lusterku czyniąc świat złotym, podobnym do płynnego metalu Midasa. Dlatego może dostrzegłam szyny pociągu i szepczę cichutko:
Zachodźże słoneczko, skoro masz zachodzić..."
Moja przyjaciółka, M. po przeczytaniu tych dywagacji dzieli się ze mną swoimi przemyśleniami:
„Przez wieki wierzono, że poród może wywołać "gorączkę połogową". Zwykłe doświadczenie podpowiadało, kobieta po porodzie może dostać gorączki i umrzeć. Tymczasem przyczyną zakażenia były brudne ręce lekarza, który od nieboszczyka przechodził do rodzącej. - Kiedyś W. wmówił mi, że płaszczaki naprawdę istnieją. Egzystencja owych dwuwymiarowych stworzeń uczyniła na mnie ogromne wrażenie. Godzinami bawiłam się rozpatrywaniem rozmaitych sytuacji z punktu widzenia płaszczaka. Zastanawiałam się też, czy one mogłyby zorientować się, że istnieje trzeci wymiar. Wymyśliłam prosty eksperyment. Gdyby, na przykład, zagięty pręt zanurzyć do połowy w wodzie, płaszczak widziałby tylko dwa, niezależne od siebie, sterczące w górę odcinki. Ale gdyby zaczął poruszać jednym z tych " odcinków", ujrzałby, że drugi także się porusza. To by mu dało do myślenia.
Każda teoria znajduje swoje potwierdzenie, fakt, pytanie tylko, na jak długo? W dawniejszych epokach popularna była teoria samoistnego pojawiania się owadów, a nawet myszy. O ile się nie mylę, w osiemnastym wieku przeprowadzano doświadczenia pod tym kątem. W pustej piwnicy zostawiano kawał mięsa. Następnego dnia roiło się na tym mięsie wszelakie życie. Dowód na samorództwo. Zaś w starannie zamkniętym spichlerzu naukowcy wykryli gniazdo myszy. Eksperymentatorzy nie wiedzieli, jak potężny i wszędobylski jest żywioł przyrody.”
Może jest więc tak, że droga wiodąca przez błędne i bzdurne teorie nie jest drogą do nikąd, ba jest koniecznym etapem, który doprowadzić ma nas, głupiutkie dzieci Ziemi do tego, kto zarządza owym Matrixem? I zabawia nas po drodze, żebyśmy się nie znudzili i nie przestali kombinować?◀ Tarotowy dziennik Thota — dzień 9 lipca 2010 rok ◀ ► Przyjęcie na zamku czyli OBUT 2013 ►
Aby komentować Zaloguj się lub Zarejestruj w Tarace.
