OCD i Dzień Świstaka
To JA dostrzegalne przez wychwytywanie metafor u podstawy doświadczenia możemy
rozpoznać jako JA Rytualne. Nic niezwykłego, działanie obdarzone znaczeniem (społecznym?)
to właśnie działanie rytualne, a nasze ja wyłania się emergentnie z miliona
drobnych działań. Rytualnych aktywności.
A skąd tu znaczenie? Właśnie się wyłoniło, wychwyciło z metaforą, wyłoniło z
mikro-zagadki bieżącego doświadczenia. I
uchwycone, wyłapane, zadziwia... sens
daje nam poczucie Sensu. I o ile łatwe
jest wychwycenie metaforycznego sensu czegokolwiek – na tym polega nasza
aktywność umysłowa, na rozpoznawaniu, nadawaniu sensu – to już rozpoznanie u
nas samych owych rytuałów jako JA
stanowi ekwilibrystykę.
Względnie łatwo możemy dostrzec rytualność
w zachowaniach (w tym słownym) ludzi - nie
będących nami. Wystarczy
przyglądać się im w intensywnych momentach, gdy strach, gniew, wstyd
stymulują potrzebę umacniania swojego JA.
Rytuały ludzi, w tym nas samych – to już sprawa dyskusyjna. Z przyjemnością wejdziemy innym z butem w
życiorys, za to przekroczenie naszej własnej granicy rani niczym but w rzyci… szarżującego nosorożca utwardzonego bliznami.
Rytualność własnego JA, a nawet rytualizacja, ba rutynizacja! JA – uznanie jej to już pół drogi w porzuceniu
religijnej wiary na swój temat.. Trudniejsza część to nie przeniesienie owej
wiary na rytuał, czy JA wyłaniające się z tej szczególnej, ważnej, wyjątkowej
czy innej, obcej, dziwnej części rytuału służącego nam do odkrycia rytualności
własnego JA.
Dzięki Twoim tekstom zacząłem myśleć, nie wiem zresztą czy słusznie, o istnieniu w jakimś stopniu metaforycznym. (Nie wiem, czy taka jest Twoja intencja, to inna sprawa). Nie potrafię zdefiniować w tej chwili tej metaforyczności, bo moje myślenie o metaforze jest mocno obciążone jej literacką koncepcją, ale chodzi mi mniej więcej o niedosłowność, niejednoznaczność mówienia, myślenia, wyobrażania, chyba też działania. Moja myśl, pewnie nieoryginalna, jest taka, że istnienie ludzkie musi być w jakimś stopniu metaforyczne, że nie da się go ujednoznacznić do końca, jak chciałaby tego nauka czy codzienna praktyka (a bardzo często też podporządkowana walce o władzę religia, co jest moim zdaniem jej wielkim grzechem). Więcej, metafora zastępowałaby mit po demitologizacji. Chroniłaby jedyność i niepojętość - świata, człowieka itd. Metafora niekoniecznie jedynie poetycka / retoryczna, tu ją rozumiem także na poziomie obrazów. [Powiedziałbym tak - ciągle niedokładnie: metafora jest wiarą ludzi niewierzących.] Dlatego jestem nieco zaskoczony, że w Twoim tekście, jeśli go dobrze zrozumiałem, rytuał jest zrównany z każdym ludzkim działaniem (ja bym powiedział, że rytuał to działanie, które daje życie metaforze], a sens z kolei jest zrównany z metaforą (chodzi mi o to, że odnoszę wrażenie, jakbyś twierdził, że nie ma sensów niemetaforycznych, ja zaś twierdziłbym, że duża część kultury dąży do de-metaforyzacji znaczeń, do ich ujednoznacznienia). A ostatniego akapitu to nie rozumiem w ogóle.
powiedział był, że nie da się do-uściślić wypowiedzi, choćbyśmy nie wiem jak precyzyjnie precyzowali jednoznaczność pojęć i jak długo wyjaśnialibyśmy swoje "skróty myślowe". Ponieważ nie istnieje żaden "wewnętrzny język" lub "własny język myślenia", którego streszczeniami czy skrótami byłby wypowiadane lub pisane zdania. Gdy się przyjrzeć językowym wypowiedziom, zawsze w jakiś sposób są więc metaforami.
Jedno z pierwszych zdań w języku z Czarnej Afryki, które zapisał jakiś portugalski podróżnik w XV wieku, znaczyło w przekładzie: "Krowy chodzą w butach, kozy nie". Co miało sens taki, że buty robi się z krowiej skóry, a nie z koziej.
jest bardziej skomplikowany, ale i zarazem znacznie prostszy. Nawet jeśli nie da się ostatecznie zdefiniować pojęć, to niejednoznaczność, wieloznaczność, niedookreśloność znaczeń nie jest jeszcze metaforycznością. Kiedy mówimy do kogoś, czy: "mógłbyś mi podać chleb", to jeśli chodzi nam o chleb jako chleb, w jego znaczeniu DOSŁOWNYM, to żadnej metafory tu nie ma, a użytkownik tego samego języka zrozumie nas bez problemu. Jeśli chleb zaś jest symbolem (chleb-przedmiot lub chleb-słowo), to też nie ma tu jeszcze metafory (symbol, alegoria - to nie metafory; choć można je zaliczyć do szeroko rozumianej metaforyki = semantyczne środki stylistyczne). Metaforą w podstawowym znaczeniu jest "kieliszek chleba" (żartobliwą przy tym, i to jest ważne - żartobliwość jako estetyka tej metafory). Mówię w tym momencie o metaforze językowej. Staram się tu być w miarę precyzyjny, no bo jeśli wszystko jest metaforą, to nie jest nią nic. Ja nie za bardzo wiem też, co znaczy myśleć metaforą, albo nadużywa się tu tej kategorii, albo ja czegoś nie rozumiem. Nie twierdzę, że metafora przynależy jedynie do retoryki czy poetyki, ale jeśli się jej używa na innych terenach (teoria poznania, kognitywistyka) to albo powinno to mieć coś z metaforą w tradycyjnym znaczeniu, albo powinno się mówić, o co chodzi. Jeśli na przykład myślimy metaforą, to czym to myślenie różni się od myślenia symbolicznego? A może to to samo?