24 listopada 2014
Wojciech Jóźwiak
Serial: Auto-promo Taraki 3
Jak się zmienić? Jak być innym?
◀ Coś się dzieje w Międzymorzu ◀ ► Czy trzydziestolatkowie chcą przemiany? ►
Największą namiętnością nas, naszych czasów – jest, żeby się zmienić – żeby stać się kimś innym.
Ta potrzeba jest największą naszą potrzebą, stanowczo najważniejszą, najbardziej pilną i absorbującą.
Na tej fali wszedł do Polski buddyzm w latach 1970-tych i 80-tych – gdyż buddyzm oferował właśnie wielką osobistą przemianę, uczył jak się zmienić, „istotowo”, z zagubionej i wadliwej jednostki – w Oświeconego. (A może nawet w buddę lub w bodhisattwę.) Potem przyszły kolejne oferty New Age, te przeważnie łagodniejsze od buddyjskiej, ponieważ nie wymagały uporczywej medytacyjnej pracy nas sobą, a tylko czegoś łatwiejszego: entuzjastycznego i raczej krótkiego czekania na wielką przemianę ogólną. Jako kombinacja różnych pomysłów wyniknął ruch Osobistego Rozwoju.
A może to nic dziwnego? – Ktoś powie, że zawsze ludzie chcieli się jakoś zmieniać, doskonalić i kształcić. Ale nie zawsze TA potrzeba była tą pierwszą. Z lektury romantyków (i post-r.) od Mickiewicza do Żeromskiego wynika, że Polacy w tamtym czasie pochłonięci byli inną potrzebą numer jeden: co zrobić, jak to sprawić, żeby Polska była znów wolna i sama się rządziła? Z lektur chrześcijańskich kaznodziejów wynika znów, że najbardziej pilną i palącą potrzebą ludzi jest uwolnienie się od grzechu i uniknięcie przeraźliwego gniewu bożego. Z kolei szeroki front poradników i doradców wysuwa na pierwsze miejsce inną potrzebę: jak osiągnąć sukces?
Skoro mamy taką potrzebę i namiętność, żeby się zmienić, to wynika z tego, że nie jesteśmy zadowoleni z tego, jacy i kim jesteśmy. W Polsce obraz tego zjawiska pewnie jest mylący, gdyż u nas parcie do przemiany duchowej lub istotowej jest maskowane, przykrywane przez coś prostszego i łatwiejszego do nazwania: przez zwyczajne dążenie do naśladowania innych, tych bardziej rozwiniętych: Amerykanów, Anglików lub Niemców. W tym jest coś z samo-nienawiści. U tamtych zachodnich nacji też ta samo-nienawiść występuje, tyle że oni nie mają kogo naśladować.
Z tego, że chcemy się zmienić tak, żeby być kimś innym, wynika też, że ruchy i nurty, które nie oferują duchowej lub istotowej przemiany, nie mają jej w programie ani w ofercie, stoją na trochę straconych pozycjach. Owszem, można eksploatować lęk przed śmiercią (remedia na niego zawsze dobrze się sprzedają), poczucie winy lub przywiązanie do tradycji, ale takiej ofercie zawsze tego najważniejszego będzie brakowało.
Ciekawe, jakby rozesłać ankietę z pytaniami: co w sobie chciał/a/byś zmienić? Jak chciał/a/byś się zmienić? W kogo, w jaki „typ”, chciał/a/byś się zmienić? – to jakie byłyby odpowiedzi?
Powyższy temat, problem, wydaje mi się rozległy i rozgałęziony. Z mnóstwem podpunktów. I jak bardzo nieprzegadany. Jak bardzo poza dyskursem.
◀ Coś się dzieje w Międzymorzu ◀ ► Czy trzydziestolatkowie chcą przemiany? ►
Komentarze
Taka metoda wiedzy przemiennej jak Kabbalah, w dawnych czasach, byla dostępna tylko ludziom którzy ukończyli 40 lat.
Kilka pytan przed sniadaniem:)
Wstajesz i wiesz:(
ACT AS IF!
Chociaż nie jesteś, rób jakbyś był, wtedy inni zaczną cię traktować jakbyś był i wtedy...Tradam! Staniesz się tym, kim chcesz zostać.
Ja kocham dzielnych Amerykańskich chłopców i dziewczęta :)
I bardzo im współczuję.
...jak być sobą !?
P.S.
żałuję, że nie włączyłem się wcześniej do dyskusji (ale ze względu na rozkład zajęć nie mogłem)...
Wojtek jest świetnym obserwatorem i analitykiem. Z otaczającego nas chaosu wydobywa i po mistrzowskim "uporządkowaniu" przedstawia kolejne tematy, dając nam do myślenia ... Kiedy czytam jego artykuły (jak ten) odnoszę wrażenie, że wszystko staje się jasne, że właściwie to zauważyłem to samo, tylko ktoś mi podpowiedział ... Ale czy tak samo byłoby bez tego "podpowiedzenia" ... ?
No ale do rzeczy ...
Nie mam zamiaru powtarzać za Wojtkiem, bo niczego nowego nie wymyślę ...
Zapewne większość z nas (jeżeli nie wszyscy) w różnych okresach życia chcieliśmy być kimś innym, ...no może nie dosłownie kimś innym ale bardziej jak inni ... od zarania dziejów towarzyszy nam mityczna i podstępna "obietnica": "będziecie jak bóg-bogowie" (to przecież takie ludzkie)... Ale dla mnie największym wyzwaniem jest poznanie samego siebie i (w zgodzie z własnym sumieniem) pozostanie sobą ... Czasem w obliczu przeciwności mobilizuje się w ten sposób, że mówię do siebie ...kim Jestem ...i to że jestem właśnie Sobą (jednocześnie czując dumę z tego faktu) ... i pomaga
Pozdrawiam
Podam przykłady. Podobną "namiętnością epoki" (jak obecnie marzenie o samo-przemianie) w epoce zwanej Nowoczesnością, czyli koniec XIX i wiek XX do ok. 1970 roku, było marzenie o budowie przemysłu, kopalń, kolei i autostrad. (Ale nie każdy musiał marzyć o pracy w fabryce.)
W epoce zwanej Oświeceniem namiętnością epoki było posiadanie wiedzy, kształcenie się i nauczanie innych, np. "ludu". (Ale nie każdy się kształcił ani nauczał.)
Więc nasze marzenie o przemianie i staniu się kimś innym należy zestawiać z tamtymi marzeniami-namiętnościami epok.
to samooszukiwanie się...
czym innym zaś jest świadomość tego kim się jest, akceptacja siebie, swoich ułomności, naprawdę bycie sobą ... (co jest wstępem do rozwoju, i prawdziwej "zmiany"...)
Pozdrawiam
a poza tym wpaja się nam do głowy niebezpieczny mit kapitalistyczny, że każdy jest kowalem swojego losu. (I ty możesz zostać milionerem.) Są nawet programy, w których pokazuje się taką zmianę, na przykład kobiety z brzydkiego kaczątka, zaniedbanego i podstarzałego, w młodego, pięknego i nade wszystko atrakcyjnego seksualnie łabędzia. - nie rozumiem dlaczego to ma być mit kapitalistyczny i do tego niebezpieczny, a czemu nie np. katolicki - "bóg dał ci wolną wole", albo deklaracją, że: wszyscy ludzie rodzą się biała kartą, dlaczego mam myśleć o rozwoju w sensie bycia milionerem, a nie bycia szczęśliwym w momencie wyrzucenia garnituru do śmietnika (mam takie hobby - zbieram znajomych, którzy świadomie pozbyli się swoich garniturów i mam trudności kolekcjonerskie) i telewizora z trzeciego pietra bloku mieszkalnego, wyłączenia prądu i zamieszkania w lesie, są też takie programy i filmy (chyba, bo zrezygnowałem z TV) w, których mówi się o pięknie duszy i jej rozwoju,jest takie zjawisko, bardzo powszechne, że jak kupimy sobie samochód jakiejś marki to okazuje się, że prawie wszyscy wokół nas mają takie samochody, może z tymi wzorcami społecznymi też tak jest, że jak sobie coś zafundujemy jakiś wzorzec to zaraz poszukujemy potwierdzenia tego wzorca wśród ludzi wokół nas
A okrągłe, bo 72 = 6*12 = 8*9 = 144/2 = 108 * 3/2 .
Pozdrawiam mistycznie :)

Nie ważne czy weźmiemy starogreckie γνῶθι σεαυτό - poznaj siebie, taoistyczną zasadę P´u (lub Wu Wei - na jedno wyjdzie), "niczego nie poszukujcie" (z nauczania Zen), nauczanie stoików, czy choćby współczesne "f*ck it" czy "dude abides" - sens jest jeden i ten sam
"święte słowa" ...skutki zmian są czasem naprawdę nieoczekiwane ...coś za coś ...(jak zresztą zawsze w życiu)
Wszystkiego Dobrego w Dniu Urodzin ...
P.S.
Piorun dzięki ...wyraziłeś to co chciałem powiedzieć lepiej ode mnie ...
P.S.2
Na Tarace nie sposób się nudzić ... dzięki jej Autorom i komentującym.
Dobrze, że nie myślimy tak samo. Może czujemy podobnie ale na szczęście różnimy się i stąd zawsze można znaleźć jakieś ciekawe (inne od własnych) komentarze...to daje do myślenia
Pozdrowienia dla Wszystkich
Dziękuje.
Skutki zmian są nieoczekiwane, ja wręcz po tym poznaję, czy proces został przeprowadzony prawidłowo - coś się musi zmienić, przy czym będzie to zmiana, która wcześniej do głowy nie przyszła. Tylko nie musi to być wpadanie z jednego kanału w inny. To z kolei jest wskaźnik, że w procesie coś zaszwankowało :)
Doświadczenie ostatniego 1,5 roku pokazują, że tak. Skorygowałem swój kurs, potrafię wreszcie powiedzieć "jestem dobry w ...", potrafię powiedzieć co czuję, potrafię określić potrzeby i cele.
Szaleństwem zmian jest jednak burza z ludźmi, którzy do zmian nawoływali a sami prócz słowa są jeszcze w miejscu, gdy zmian nie wprowadzają.
Można się zmienić, dostrzec nowe, wybaczyć stare. Można znów stać się pozytywnym wariatem, chcieć szukać i się uczyć.
Zmiany - chyba bardziej nauka siebie i świata aby iść ku szeroko pojętemu "lepszemu". Iść konsekwentnie i wytrwale.
Jak być innym? - pamiętajmy, nie "kimś innym" w znaczeniu ślepego naśladowania idola, "kimś innym" w zakresie ducha, emocji, odnalezionego spokoju. Kimś, kto świadomie obserwuje choćby swego Plutona i przygląda się ile z nim zrobił.
Przykładem inności i zamian jest fakt, że od kilku tygodni czytam TARAKĘ z pasją jaką czytałem Imć Jóźwiaka w Gwiazdach koło 1999 roku...
Zmiany siebie są wymagające, w procesie zmian i w ich skutkach dla Mnie i otoczenia. Lubię te zmiany. Lubię proces zmian, proces doskonalenia.
"...Jak być innym? - ... nie "kimś innym" ..."
o..właśnie...to jest to ...
...teraz już lepiej rozumiem ...sam tego doświadczyłem, zmieniając się w ten sposób (opisywany przez Artura) bardziej stałem się (jestem) sobą (można rzec odkryłem siebie...wciąż odkrywam...)
P.S.
Arturze dziękuję za podpowiedź
To zdanie trafia, istota jest ta sama jednak cechy inne.
Uczeń w klasie 1 jest uczniem i na 4. fakultecie po 40 latach jest uczniem. Jednak innym, zwykle bardziej świadomym.
Znam to, lubię to.
"Największą namiętnością nas, naszych czasów – jest, żeby się zmienić – żeby stać się kimś innym.
Ta potrzeba jest największą naszą potrzebą, stanowczo najważniejszą, najbardziej pilną i absorbującą."
Myślę że autor notki, wziął na warsztat zagadnienie, którego tak w zasadzie nie pojmuje. Potrzeba zmiany siebie albo rozwoju duchowego, tak naprawdę nie polega na potrzebie zmiany jako takiej. Co prawda religie postulują przyjęcie takiej postawy u wierzących, ale nie mówimy tutaj o narzucaniu postawy przez instytucje zewnętrzne, ale o ewolucji świadomości człowieka. Tak więc potrzeba zmiany wywołana modą, chęcią wyróżnienia się wśród znajomych, presją społeczną, raczej nigdy nie wyda właściwych owoców. Z braku wystarczająco mocnej motywacji.
Dopiero kiedy następuje wewnętrzne uświadomienie, jak bardzo nasze własne nawyki, zwyczaje i ugruntowane opinie utrudniają życie i uniemożliwiają osiągnięcie choćby cząstkowej harmonii wewnętrznej i jakiejś satysfakcji, można zabrać się za ZMIANĘ tej jednej konkretnej cechy. Do tego celu potrzebna jest umiejętność wewnętrznej obserwacji. Oczywiście przydaje się tutaj praktyka Buddyzmu Zen lub innych podobnych szkół, ale to dopiero początek. Praca z samym sobą nad konkretnym przypadkiem wymaga odkrywania nieznanych pól. Nieznane tak naprawdę zawsze przeraża, dlatego te wszystkie szkoły łatwego doskonalenia, muskające powierzchnie osobowości mają tak przerażająco niską skuteczność. Ale kogo to obchodzi - ważne żeby rozsiewać miraże i przyciągać naiwnych, którzy płacą.
Natomiast osobista motywacja do zmiany konkretnej rzeczy w sobie, podparta świadomością tego jak ze mną jest, pozwala osiągnąć cel. Ten który tego doświadczył, nigdy nie powie że osiągnął to, bo miał ogólna potrzebę zmiany, że coś go zainspirowało albo że tak wymagała jego religia. Nie, on czuł cierń w sobie, ten cierń przeszkadzał mu w swobodnym życiu i on ten konkretny cierń z siebie wyciągnął.
Wszystko jest kwestią motywacji i skupienia na szczególe, bo w szczególe - wiadomo diabeł siedzi.
co na temat Buddy pisze Kasia (możliwe, że Siddhartha Gautama wcale nie musiał się zmieniać, bo był "Buddą" od urodzenia ) ... ale tutaj musiałby wypowiedzieć się Wojtek ...
Pozdrawiam
ten cierń - "oścień śmierci"
fizycznie poczułam jak "wychodzi" z mojego serca w czasie medytacji totalnego przebaczania (ale nie jakiejś wyuczonej z podręcznika czy kursu, tylko takiej intuicyjnej "wersji domowej")
a później powraca...
i muszę od nowa; nie 7 lecz 77 razy (czyli w nieskończoność, a oże kurs dałby większą skuteczność?)
wszystko się zmienia, czy tego chcemy czy nie (abstrahując od tego czy są to zmiany na korzyść czy niekorzyść, planowane, czy nie) tylko nasz mózg utrzymuje nas w złudzeniu niezmienności;
może ten mózg (nie mylić z umysłem) utrzymuje nas przy ziemi; a może to wrażenie niezmienności broni nas przed rozpadem osobowości - med. schizofrenią(?), skoro schizofrenia jest prawie chorobą społeczną, tj. bardzo związaną z sytuacją społeczną danego człowieka (np. teoria schizofrenogennej matki) i w danych warunkach wystąpi, a w innych nie
ten sam mechanizm złudzenia może powoduje, że czujemy, że skoro jesteśmy to zawsze będziemy (nieśmiertelność), że nadal czujemy się młodzi, mimo wieku, choć znajomi mówią inaczej... (patrz jak on się postarzał, a ja nadal taki młody!)
ja kiedyś namiętnie pisałam pamiętnik (tylko dla siebie, nie tak jak teraz pisze się blogi dla całego świata). po 20 latach postanowiłam go zniszczyć, aby przypadkiem przez kogoś przeczytany w jakiś sposób go nie zranił. przed porwaniem wyrywkowo go poczytałam; gdybym nie wyjęła go z własnej szafki to myślałabym, że napisał go ktoś inny; jakby napisała go zupełnie inna osoba
pozdrawiam :)
wiesz to na pewno ? ...
to na co zwraca uwagę Kasia nie daje Ci do myślenia ? (przeczytaj to bez uprzedzeń)
rodzą się z pewnymi zdolnościami (mają pewne predyspozycje od urodzenia) ... manifestują się one w określonych okolicznościach, które zaistnieją albo nie ...czasami wystarcza zmiana trybu życia ...
p.s.
inni nie wiem co by robili nie "zmienią się" w określony sposób ...ja na przykład nie mam słuchu muzycznego, który umożliwiałby mi zapisywanie nutami słyszanej melodii...dla innych (z którymi uczyłem się muzyki) nie stanowiło to żadnego problemu ...
Dlatego nie mogę bagatelizować stanu "buddy" od urodzenia ...w końcu Siddhartha potrzebował "tysiąca" wcieleń, żeby w ostatnim z nich od urodzenia osiągnąć odpowiedni potencjał, który mu to umożliwił...
Ja wierzę w zmianę bez Buddy i bez Jezusa. Nie do tego są mi oni potrzebni.
jednak uważam, że jedni (jak ja) muszą się natrudzić, a drudzy już się z tym rodzą (jest im łatwiej ...ale zależy to od okoliczności)...
Pozdrawiam
... teksty Kasi wypełnione są przede wszystkim mądrością życiową ...
p.s.
różnice w wielu kwestiach jakie istnieją między nami (...) w tym przypadku nie mają żadnego znaczenia
Pozdrawiam
że jednym z warunków zaistnienia (tj. powodzenia) zmian jest właśnie utrzymanie pewnej kontroli nad sobą ...i nie jest to wcale katolicki wymysł. Spotkałem się z tym min. w czasie swobodnej lektury i przeglądania ilustracji do Bhagavadgity gdzie "duszę" (psyche) przedstawiono jako pasażera rydwanu symbolizującego materialne ciało, którego woźnicą jest inteligencja, a cuglami umysł, dający sobie lub nie!... radę z niekiełzanymi zmysłami reprezentowanymi przez dzikie konie ...
To są prawdy ponadczasowe wspólne dla większości systemów religijnych ...być może właśnie ze względu na swoją skuteczność.
Zgodzę się z Tobą w tym sensie, że nowoczesne metody wydają się być o wiele bardziej atrakcyjne oraz przyswajalne dla współczesnego człowieka (który rozumie je lepiej niż te odwołujące się do dziedzictwa starożytnych religii) ... Nie oznacza, to, że te dawne zawsze były (lub są) nieskuteczne.
Pozdrawiam
Samokontola i obserwacja są koniecznie, to oczywiste. Ale pod dwoma warunkami: Po pierwsze, że na tym się nie kończy, po drugie, że nie przybiera to rozmiarów obsesji. A jeśli samokontrola przewijała się przez różne systemy religijne, to z powodu swej sluteczności, ale w trzymaniu innych w kontroli. Religie uczą różnych rzeczy, ale samodzielności i myślenia - prawie nigdy. Niektóre wręcz tego zabraniają. A bez tego żadna metoda pracy nad sobą nie doprowadzi do zadowalających rezultatów.
Obsesja, moim zdaniem nie może mieć niczego wspólnego ze stanem obserwacji. Obsesja pojawia się wtedy, kiedy myśli i emocje porywaja świadomość ze sobą i wtedy oczywiście obserwacji już nie ma.
Myślę że wśród różnych religii, jest wiele, których faktycznym celem jest ustanowienie kontroli nad ludem. Ale bywały i takie, które (jak np Buddyzm Zen) pokazywały jak wybić się na wolność.
A poważniej, podejrzewam, że opowieść powstała dużo później i miała służyć wzmocnieniu motywacji mnichów.
Będąc buddą, zaprosiłbym tego zdolnego człowieka na spacer po jeziorze.
Dlaczego? Proste! Aby osiągnąć taki stopień opanowania własnego ciała ten adept doskonalenia duchowego musiał pokonać naprawdę wiele ze swoich wewnętrznych blokad. Udało mu się tego dokonać, bo miał wyjątkowo silna motywację - chciał chodzić po wodzie. Raczej nie ma znaczenia (kiedy się już nauczył) jakie były jego wcześniejsze pobudki do podjęcia takiego wyzwania, czy było to pragnienie udowodnienia innym (i sobie) że jest coś wart, czy też chodziło o błysk zazdrości w oku współwieśniaków. Kiedy już osiągnął cel i pokonał po drodze tyle blokad, jego motywacje są już zupełnie inne. Pewnie gdyby cały czas siedział przez ten czas w zazen, niczego by nie osiągnął.
Zmiana nie jest możliwa, moim zdaniem. A dokładniej, zmiana o własnych siłach. Tak z własnego doświadczenia, jak i z przykładu chociażby Buddy wnioskuję, że pozytywna zmiana jest pewnego rodzaju łaską. Można się o nią starać i jej nie uzyskać, lub uzyskać ją nagle. Chciałbym powiedzieć, że zmiana na głębokim poziomie, taka która powoduje, że zaczynamy mieć do czynienia z innym człowiekiem pojawia się, jako wynik, na który nie mamy wpływu.
Zetknąłem się kiedyś z wędrownym kaznodzieją, lub używając współczesnego języka, katolickim mówcą motywacyjnym. Kiedy zachęcał aby ćwiczyć się w cnotach określanych, jako owoce Ducha Świętego, zwróciłem mu uwagę, że uczy swe owieczki hipokryzji, bo te owoce, są owocami właśnie, czymś co się pojawia naturalnie, w niewymuszony sposób. Chyba go stropiłem. Bo jakże bliska jest postawa ta, wspomnianemu przeze mnie wcześniej, nieszczęsnemu "act as if" licząc na to, że dobrze się sprzedasz.
Poletko "kim jestem" jest z reguły porośnięte jakimś zielskiem. Najpierw trzeba nauczyć się je rozpoznawać, potem można ostrożnie plewić, potem można coś zasiać i coś zebrać, lub pozwolić zbierać innym. Wojtek miał rację pisząc, że temat jest rozgałęziony. Jeszcze przed moim wejściem na Tarakę interesowałem się losami Krzysia Wirpszy, Nimue, Nessa Havasona, Etiry GTS. Opisywali oni proces zmian siebie i swojego życia i było to dla mnie frapujące. Mogłem zobaczyć, które ich decyzje, a często były to decyzje wręcz szalone i przypominające słynną z nieskuteczności "terapię geograficzną" - okazały się jednak decyzjami sprzyjającymi zmianie ich samych, jako ludzi. Dlatego też, tak bardzo lubię biografie i listy, bo można dostrzec szwy, misterię i wielopiętrowość, wielopłaszczyznowość czynników wpływających na los bohatera. Mam tego pecha, że jestem z natury obserwatorem, przyczynkarzem, komentatorem zdarzeń i wazeliniarzem. Jednak wierzę w swoją zmianę, przeczuwam ją i czekam na nią. Może objawić się tu w postaci milczenia, lub zmiany tonu. Pisząc to dzisiaj, jak każdy z Was stwarzam punkt odniesienia. Może się przyda :)
Budda spotyka człowieka, który poszedł w ścieżkę rozwoju, poświęcił drogocenny czas na osiągnięcie umiejętności, które są mu zbyteczne w życiu codziennym, może się przydadzą, może nie, ale w konkretnym przypadku są zbyteczne - jest łódź! człowiek szukający oświecenia (rozwoju) zrobił jakąś pętlę. jak dla mnie tym samym jest szukanie eliksiru długowieczności na, który poświęca się całe swoje życie, zapętlanie się na darach i podążanie w ich rozwój np. daru jasnowidzenia, daru uzdrawiania, czytania w przyszłości itd itp to nie rozwój to może przyczynić się do rozwoju jest więc narzędziem rozwoju. Dla mnie nie cel, a Droga jest istotna. Pole, łąkę porośnięte roślinami warto zobaczyć jako przestrzeń możliwości, nie ma tu dobrych i złych roślin tak jak nie ma dobrych i złych ludzi czy zdarzeń, dobrych czy złych umiejętności dla rozwoju. Bardziej tu chyba potrzebna jest uważność i równowaga. Droga Rozwoju, Droga do Wieczności bardzo nie lubi kompromisów, a wytracone z równowagi wahadło po wychyleniu się w jedna stronę zaczyna wykonywać ruch w przeciwną dążąc do "równowagi". Dotyczy to zauważalnych procesów rozwoju, zauważalnych bo na miarę naszego ludzkiego życia, ale również na skalę makro - podobnież wielkie wahadło zbliżyło się do dolnego położenia. Wśród różnych wpisów znalazły się te, które zauważały znikoma potrzebę zmian, mała ich popularność, mała chęć pracy nad sobą. A kto powiedział, że to ma być jakaś norma czy wyznacznik życia? A może ludzie nieidący ścieżką jakiegoś rozwoju ze swoimi emocjami są do czegoś lub komuś potrzebni, zarówno ortodoksyjni wyznawcy religijni jak kupujący co dwa lata nowy komputer pod nowej generacji gry....
który napisał "...Dla mnie nie cel, a Droga jest istotna..." powtarzam bliskim i znajomym, że nie liczy się zdobycie mistrzostwa ale udział w grze ...
Pozdrawiam
są tacy którzy twierdzą, że prawdziwa przemiana (...) jest niezamierzona ...
i chyba coś w tym jest ...
są tacy którzy twierdzą, że prawdziwa przemiana (...) jest niezamierzona ...
i chyba coś w tym jest ...
ale, co tam jest?
ale też są tacy co twierdzą, że nic nie dzieje się przypadkiem, wszystko jest ustalone, jedynym wolnym wyborem jest możliwość brania odpowiedzialności za swój rozwój lub zrezygnowanie z drogi rozwoju i pozostanie emocjonalnym paśnikiem dla innych bytów, bogów i półbogów
nawet jeżeli coś jest "ustalone" (gdzieś tam "na górze") to najczęściej w rozumieniu zainteresowanego jest (przez niego) "niezamierzone" ... (wydaje mu się, że ma "wolny wybór" gdy tym czasem jego wolność ogranicza się do "akceptacji" lub nie-akceptacji" zaistniałego faktu ...)
Reasumując powiem tak: , że mimo naszego "niezamierzenia" zmiana przychodzi (pozornie niezauważalnie) kiedy jesteśmy już na nią gotowi ...
Pozdrawiam
Kiedyś słyszałem taką przypowieść - streszczam skrótowo i tak, jak potrafię pisząc: Wyszedłem na pole, zasiałem, pielęgnowałem, doglądałem, i nic nie wzeszło. Następnego roku znów zasiałem, pielęgnowałem, doglądałem, i nic nie wzeszło. I tak było przez kilka kolejnych lat. Któregoś dnia wyszedłem na pole, i przeraziłem się: wzeszło nie tylko to, co zasiałem ostatnio, ale wszystko to, co siałem przez ostatnie lata. (dokończenie dla naszych rozważań jest nieistotne).
Z moich doświadczeń wynika, że najważniejsze zmiany są nieoczekiwane, ale na to, żeby zaszły, trzeba sobie zapracować. A dzieje się to właśnie w taki sposób, jak w opisanej przypowieści: pracujemy, pracujemy, nie widać efektów, aż wreszcie, w nieoczekiwanej chwili i w nieoczekiwany sposób, przynosi to owoce.
Aby komentować Zaloguj się lub Zarejestruj w Tarace.
