07 września 2012
Katarzyna Urbanowicz
Serial: Babcia ezoteryczna
Karta, reklama i ostrzeżenie
◀ Diagnoza rowerzysty ◀ ► Własność ►
Sposób 4
Ostatnio zetknęłam się z jasnowidzeniem „mimowolnym”. Uważam się za „racjonalistkę” i podobnie, jak Adaś Miałczyński przestrzegam rytuałów człowieka racjonalnego – leki mimo braku apetytu poprzedzam kęsami jedzenia; opróżniam siebie i swój dom z niepotrzebnych resztek i rano wyprawiam się do kiosku po codzienne gazety niezależnie od tego jaką ruchomość swoich stawów odczuwam. Kieruję się wskazaniami mojej nieżyjącej mamy – „jeśli się nie ruszasz, rychło umrzesz”. Mam uczulenie na psy, a właściwie ich sierść, więc do wyprowadzania pozostaje mi prasa.
Wyprawiam się co rano po gazety, zamiast prenumerować w internecie, ale dzięki temu rejestruję otaczający mnie świat i snuję teorie wynikające z codziennych obrazów. Oto przed kioskiem sprzedającym alkohol pewien rówieśnik mój, sąsiad, wyrzeka na Tuska, jakby miał on jakikolwiek wpływ na terminy wyznaczone na rehabilitacyjne zabiegi nad jego kolanem. Rozumiem nawet, że setka wódki pozwala mu lepiej zginać stawy, a w każdym razie powoduje przy zginaniu mniejszy ból i jest tańsza niż leki zapisane przez panią doktor (te w promocji niezbyt pomagają, zresztą nie ma już promocji).
Inny mędzi od rana jakieś bzdety, usiłuje być miły i uprzejmy, ale jest żałosny — dawni królowie świata źle znoszą upadek z Olimpu. Nie przyjdzie im zresztą do głowy, że powinni się przynajmniej trochę umyć i odświeżyć swój oddech (skoro nie mają kasy na nowe ząbki).
Pełna takich refleksji wchodzę do sklepu przed drzwiami którego stoi młoda, przystojna dama nawijająca coś przez komórkę. Dekolt do pasa, figura przytłaczająca babcię z nadwagą, ale nieco przygiętą do ziemi i z wzrostem przed laty uznanym za średni, ale obecnie zaliczanym do super – niskich (158 cm – znacznie poniżej uchwytów w komunikacji miejskiej!)
Wchodzę więc do sklepu (przeciskając się obok potężnej damy) celem sprawdzenia czy jest coś do kupienia zgodnie z moją zachcianką (zamarzył mi się akurat śledź, ale ja niestety nie jestem moherową poszczącą babcią i nie jest akurat piątek) przy czym ta zauważywszy mnie, woła oburzona: — Ja byłam przed panią! Wcale nie usiłuję być pierwsza, mam czas i pragnę się zastanowić czym zastąpić nieistnienie śledzia, odzywam się więc z uprzedzającą grzecznością:
— Rozumiem, że pani jest młoda, a młodość jest niecierpliwa, to w końcu jej prawo, proszę więc jednak zrozumieć, że byłam pozbawiona świadomości, że przed sklepem jest jakaś kolejka — w sklepie nikogo, a pani formalnie rzecz biorąc stoi przed blokiem a nie przed sklepem (ach gdzież te zasady kolejkowe z czasów słusznie minionych) i rozmawia przez telefon; każdy może rozmawiać, czyż nie?
Na to ona:
— To jest chamstwo!
A przecież byłam bardziej grzeczna niż potrzeba! Gdzie tu chamstwo! Kiedy byłam młoda i lubiłam się zabawić kosztem innych, pytałam czasem słodziutko:
— Przepraszam najmocniej, że zawracam pani (panu) głowę… Tu trochę plątaniny niepotrzebnych słów wywołujących zniecierpliwienie... — Czy może mi Pan (pani) powiedzieć, która godzina?
Napad agresywnej wściekłości był dowodem, że moje teoretyczne spekulacje mają racjonalną podstawę. W miastach ludzie nie słuchają co do nich mówisz i jak to robisz — oceniają fakt, że OŚMIELASZ SIĘ ich zaczepić. Teraz już się tak nie bawię, bowiem nie czuję się równouprawnionym uczestnikiem zabawy, choć mój syn ze śmiechem informuje mnie, że mam w ręku argument nie do odparcia – inwalidzką kulę – więc nie mam powodu bać się agresji otoczenia. Faktycznie – wracając ostatnim metrem z wykładów Warszawskiej Szkoły Astrologii mimo rozstawionych wokół stacji Służew kamer, czasem muszę uważać swoją kulę za znakomitą broń (pominąwszy przypadki gdy ktoś na trasie – zresztą znany policji – strzela do mnie ze swojego balkonu ze śrutówki). Niektórzy tak lubią, ale na szczęście preferują określone dni, a właściwie rocznice.
Ale wracam do owej postawnej lśniąco pięknej foczą urodą kobiety:
— Dzwoniłam do młodego człowieka, który jest w szpitalu i oczekuje na operację. Ale takie moherowe berety, jak pani tego nie rozumieją!
Jak Adaś Miałczyński odwracający złem złe odpyskuję:
— To mnie nie interesuje. To jest podobno, postawa roszczeniowa, o ile dobrze się orientuję. I dodaję złośliwie: — Cieszę się, że kiedyś pani też, być może będzie babcią o kulach, zaszufladkowaną do jakiegoś aktualnego wówczas targetu!
I dodaję ze złośliwym podtekstem:
— Czy zdaje pani sobie sprawę, że z tak złymi emocjami nie pomoże wcale pani swojemu przyjacielowi? Jak może pani iść do chorego do szpitala naładowana taką nienawiścią do świata? To jemu zaszkodzi! Jak jego ciało ma zrozumieć, że pani nienawiść jest skierowana na wszystkich innych, a nie na niego? Skąd ma wiedzieć, że pani nie bada, kto zasłużył na nienawiść i pogardą, a kto nie? Ja już, chwilowo zdrowa, mimo że stara, poza jakimiś tam nieważnymi choć silnymi bólami stawów (nie sądzę, że zawdzięczam je akurat Tuskowi i jego partii), czuję się okropnie stojąc obok pani, a skąd on, chory, ma wiedzieć jak sobie z tym dać radę? Jak jego ciało ma odróżnić troskę Pani ducha od nienawiści w przepastności tegoż ducha? Pani osobiste pokręcenie jest dodatkowym wyzwaniem dla jego zdolności samouzdrawiających. Być może, dla niego, jest pani energetycznym wampirem, a skąd on ma wiedzieć, chory, bezbronny i oczekujący na operację, co z jego odczuć jest ważne i istotne?
Czy w ogóle wierzę w to co mówię? Troszkę!
W końcu jednak jestem jasnowidząca i wiem doskonale co ona na to powie.
Żal mi ich obojga. Kilkanaście lat temu na łóżku szpitalnym obok mnie umierała nie do końca świetlana osoba kobiety, którą zniszczyło Powstanie. To było autentyczne, straszliwe doświadczenie dla kogoś zwyczajnego i nie przygotowanego na traumę i dylematy moralne. Kobieta – prostytutka – katowana przez gestapo, poniżona bardziej niż jej otoczenie mogło znieść. A przecież UCZESTNICZKA POWSTANIA. Tak – HardChiefie – Powstanie realne, prawdziwe, nie wydumane jak w Twoich poetyckich opowieściach. To piękne, że współczujesz , ale czy jesteś gotowy na wysłuchanie prawdziwych opowieści? Moich, kogoś kto doświadczenia Powstania odbiera cieleśnie po siedemdziesięciu latach i mojej, umierającej współtowarzyszki na oplutym krwawo łóżku, likwidowanego właśnie szpitala na ulicy Goszczyńskiego? Katowanej i poniżanej , szukającej sojuszników w zaświatach? Wierzącej, że ktoś tam zrozumie za co to ją wszystko spotkało – wówczas i teraz?
Czy jesteście gotowi?
I pytanie – co ma to wspólnego z jasnowidzeniem. Otóż to! Ja, zbliżając się do tego sklepu wyczułam nienawiść tej kobiety, być może potrafiłabym wymienić drogowskazy jej życiorysu. Dlaczego ja – podobno potencjalna jasnowidząca – zamiast wrócić w pół drogi szłam dalej?
Wracając do sposobu 4. (skojarzenia mimo woli) Moja koleżanka jasnowidzka postanowiła przekonać mnie o moich talentach, niedocenionych i lekceważonych przeze mnie, a zapewne przecenianych przez nią. Dwa tygodnie wcześniej moi synowie podarowali mi pod choinkę kartę wartości 200 zł do księgarni Empik. Karta była granatowa z jakimiś tam napisami. Schowałam ją w portfelu w zamiarze użycia jej gdy pójdę właśnie do tej księgarni.
Ćwiczenia koleżanka obmyśliła w myśl zapewne ćwiczeń jakie stosował Jackowski na swoich kursach. Pytanie brzmiało: Co mam w torbie? Koleżanka Jasnowidzka wyciągnęła reklamówkę, coś tam włożyła ze swojej torby, zawinęła skwapliwie i położyła na krześle pod drzwiami balkonu. Potem poszła do toalety dając mi czas na odgadnięcie. Pierwsze co zobaczyłam w myśli, to granatowa karta do empiku. Jej kolor.
Jako osoba z gruntu racjonalna zamiast próbować jasnowidzenia zaczęłam zastanawiać się: co ona też może mieć takiego w torebce? Wybór był niewielki, a jednak odczucia dziwaczne. Jasnowidzka nie paliła i nie pali papierosów. Skąd więc wizja pomarańczowego płomienia wzbijającego się ponad tłum rozweselonych ludzi? Już wiem, była taka reklama Orange: Ulicami miasta podobnego do Krakowskiego Przedmieścia, szarymi, sprzed remontu, przeciąga korowód wesołych postaci, panienki z witryn ciastkarni układają słodkości, jakiś magik w korowodzie wydmuchuje pomarańczowy płomień, wszyscy się weselą. Tonacja reklamy szaro-biała (śnieg na ulicach) i ten pomarańczowy wydmuchiwany płomień!
Szukam dalej. Moją wyobraźnię dominuje papieros. Lata temu paliłam mnóstwo wsączając tę truciznę do swojej krwi. Do dziś we snach odczuwam niezrozumiałą błogość gdy zdarza mi się we śnie zapalić papierosa. Niczym jest wówczas seks, poczucie bezpieczeństwa, najwyższe zrozumienie — ideał błogości to błysk zapalniczki ogrzewającej moje wargi i drążącej mózg, sygnał, że wreszcie ja jestem dla siebie. Kiedy bowiem wypełniłam swoje dzienne obowiązki pracownika, kobiety, matki i żony, a rodzina zasnęła, ja siedząc w kuchni zapalałam ostatniego papierosa – OSTATNI BASTION SWOJEJ WOLNOŚCI.
W międzyczasie wróciła z toalety moja koleżanka jasnowidzka i wyjęła przedmiot znajdujący się w reklamówce – który miałam odgadnąć.
Była to granatowa tuba, dokładnie w kolorze karty do empiku. Na jej widocznym froncie jarzył się pomarańczowy płomień z jakimś ostrzeżeniem. Poniżej kilka szarych figur ludzkich w stylu „wyginam śmiało ciało”. To był inhalator, lekarstwo dla astmatyków. Granatowa tuba, ostrzeżenie przed ogniem i szare figury w korowodzie.
Wszystko się zgadzało – problem w tym, żeby reklamę, kartę i nieuświadomione ostrzeżenie połączyć w całość. Ja tego nie umiałam.
Jestem więc jasnowidzącą, czy nie?
Dlaczego stojąc w metrze obok ludzi mogę czasem opisać ich życie, dlaczego odczuwam ludzką nienawiść i dlaczego czasem – przechodząc obok kogoś – pragnę z nim porozmawiać, czy coś mu wytłumaczyć.
Jestem ezoteryczną babcią, ale w oczach otoczenia, bez wątpienia z racji wieku, legionem Ojca Rydzyka itp. itd. dlatego idąc dalej czasami odczuwam większy ból w stawach. I rezygnuję z rozmowy.
To, co odczuwam jako pulsację otoczenia – to pogarda. Dla starości, dla innego myślenia, dla komplikowania rzeczy prostych i oczywistych.
Cóż, ezoteryczna babcia – to taki wykwit dziwaczności.
◀ Diagnoza rowerzysty ◀ ► Własność ►
Komentarze
Czy da się coś z tym zrobić?
Pozdrawiam serdecznie
Aby komentować Zaloguj się lub Zarejestruj w Tarace.
