08 listopada 2014
Wojciech Jóźwiak
Serial: Życie lokalne w okolicy Milanówka
Korabka
Opowieść o kawałku muru koło młyna w Łowiczu
◀ Udany odłów myszy ◀ ► Mazowieckie Stowarzyszenie Właścicieli Dębów ►
Rzeczy, na Tlönie, podwajają się, ale dążą również do zatarcia się i zatracenia szczegółów, gdy ludzie zapominają o nich. Klasyczny jest przykład progu, który trwał, dopóki siadywał tam pewien żebrak, i który ze śmiercią tegoż zniknął. Zdarzało się też, że ptaki czy koń ratowały ruiny amfiteatru.
Jorge Luis Borges, „Tlön, Uqbar, Orbis Tertius” w tomie „Fikcje”, wyd. polskie 1972, oryg. 1941.
Koło młyna przy ulicy Nadbzurzańskiej w Łowiczu z chodnika wystaje kawałek ceglanego muru: nieuzasadniony w tym miejscu, do niczego niesłużący. Widać go na Google Street View:

Ulica Nadbzurzańska nazywa się dlatego, że biegnie wzdłuż Bzury, tamtejszej rzeki, nad którą leży Łowicz, na jej północnym brzegu. Młyn jest nieczynny od kilkunastu lat. A to ten sam kawałek muru; jako sztafaż siedzi na nim moja córka:

A tu stoję przy nim ja:

Ten kawałek muru można wypatrzyć też na mapie Google, zaznaczyłem go strzałką:

Miejsce to jest dla mnie ważne, ponieważ tam urodziłem się i spędziłem dzieciństwo; było to w domu, który na satelitarnym zdjęciu zasłoniły drzewa, a zaznaczyłem go krzyżykiem. Ten dom tak obecnie widać na Google Street View:

Fasada mało się zmieniła. Tak wyglądała w roku 1955:

Dziecko na zdjęciu to ja. Zmieniło się otoczenie. Na widoku ze Street View z prawej strony domu widać duży jesion, wyższy od domu. Pamiętam go, kiedy był „patyczkiem” nie sięgającym dachu. Na tym zdjęciu pokazuje go strzałka:

Teraz pień jesionu, bardzo gruby, prawie dotyka ściany domu. Większe dziecko na zdjęciu to ja, mniejsze to moja siostra, która wtedy miała rok. Mężczyzna był znajomym rodziców, który nas odwiedził, prawdopodobnie z aparatem fotograficznym, z którego zrobiono te zdjęcia. Pamiętam, że miał na imię Zygmunt. Prócz tego nie ma związku z tą historią. Na zdjęciu zrobionym kolejnym pstryknięciem widać, na jakim pustym polu stał wtedy nasz dom:

Widok w tym samym mniej więcej kierunku na GSV wygląda tak:

Kobieta w chustce na zdjęciu z 1955 r. to moja matka; miała wtedy niecałe 30 lat. Skanuję zdjęcia, na których jednak uporczywie nie ma tego, co najważniejsze i co jest przedmiotem tej opowieści. Na mapie z Googli, powyżej, między murem (strzałka) a domem (krzyżyk) zauważysz smugę ciemniejszej zieleni wygiętą w kształcie łuku. To jest zagłębienie terenu, które dawniej było dolinką, dnem której płynęła rzeka. Rzeka to dużo powiedziane. Przypuszczam, że ów ciek był rzeką, ale w bardzo dawnych czasach, zapewne przed I Wojna Światową, przed pierwszymi melioracjami, które tam przeprowadzono. Ciek wodny, czyli tę rzeczkę, wpuszczono wtedy w rów spuszczający wodę z pól, odcinki tego rowu poprowadzono równolegle do granic łanów, a większe pole podzielono na mniejsze działki dla łatwiejszej sprzedaży. Właścicielem tej ziemi był „Naj” – taki miał, mówiąc po dzisiejszemu, nick; był Niemcem, jednym z wielu w Łowiczu i okolicy niemieckich osadników, nazywał się Phillip lub Phillipi. „Naj” było od nein, „nie” po niemiecku. Z jego córką moja matka chodziła do szkoły, przyjaźniły się. Ta niemiecka rodzina ratowała się ucieczką, kiedy w 1945 zbliżali się Rosjanie; wiem, że w latach 1970-tych owa „Najówna” odwiedziła rodzinne kąty i moją mamę. Od „Naja” mój dziadek, ojciec matki, kupił (około 1925 roku) półtora hektara wzdłuż rowu, dawniejszej rzeczki, i zbudował tam dom. Do „Najów” należał też młyn, na który przez całe dzieciństwo patrzyłem z okien. Rzeka lub rów szła brzegiem naszej zagrody, a przed fasadą domu wpuszczona była rurami pod ziemię i wypływała po drugiej stronie ulicy, skąd spływała, już wartko i stromiej w dół łukiem (który widać na mapie Googli) do Bzury. Tam gdzie przepływała pod ulicą Nabzurzańską koło młyna, był most, właściwie solidny przepust ujęty w ceglany mur. Szczyty tej murowanej budowli ograniczały ulicę z obu stron. Północny szczyt albo bariera tego mostku jest właśnie tym dziwnym murem, o którym opowiadam.
Czy ta rzeka miała dawniej własną nazwę, nie wiem. Jak pamiętam, nazwano ją „rowkiem”. Wypływała z mokradła zwanego Szczypawka (dzisiaj suchego) i pewnie brała wodę z leżącego dalej na piaskach lasu pod wsią Strzelcew. (Las wycięto do równa podczas niemieckiej okupacji, potem zalesiono na nowo.) Przedłużenie Szczypawki w stronę Popowa nazywało się Piekło.
Podczas suszy rzeczka wysychała, ale przez większą część roku toczyła wodę. Na wiosnę po roztopach tej wody było dużo; jeszcze więcej podczas okresów deszczu latem. Starsi opowiadali, że podczas jednej takiej powodzi syn sąsiadów pływał po rozlewisku w balii. Woda była wtedy problemem. Stała na polach i przez podmokłość trzeba było długo na wiosnę czekać z uprawą. Woda często była na sztych szpadla pod gruntem. Z tego powodu nie można było zbudować piwnicy. Latem nad naszym domem unosiły się wielometrowe gęste kolumny komarów, których gatunek pamiętał o tym, że tam miał kiedyś błota, na których się wylęgał. Nad rzeczką, która od naszego domu płynęła w dół całkiem dobrze zarysowanym jarem, rosły stare i nieprzycinane wierzby, największe drzewa w okolicy.
Potem na rzeczkę i jej dolinę przyszły klęski. W górze „rowku” zbudowano mleczarnię – jeśli spożywasz jogurty i serki z Łowicza, to właśnie stamtąd. Przy budowie wykopano wykopy pod fundamenty, głębokie na wiele metrów, przez co woda uciekła w głąb ziemi. Wzdłuż dawnej dolinki puszczono rurami odpływ ścieków, dalej pod Nadbzurzańską koło młyna, i dalej pod dnem Bzury do oczyszczalni. Zanim to zrobiono, przez parę lat „naszą” rzeczką płynęły najbrutalniejsze ścieki, jakie można sobie wyobrazić. Głębokie wykopy skutecznie wysuszyły teren. Gleba wyjałowiała, próchnica utleniła się. Koryto rzeczki zasypano i o ten nasyp młyn poszerzył swój dziedziniec, przez co za murem, dawnym mostem, nie widać już żadnego zagłębienia, którym woda płynęłaby.
Ale to nie wszystko. Bo jest pytanie, dlaczego młyn „po Naju” stoi właśnie tam? Młyn miał napęd parowy, później elektryczny, więc można było go zainstalować gdziekolwiek. To, że stanął nad Bzurą, każe się domyślać, że przed nim w tym samym lub podobnym miejscu istniał tam starszy młyn wodny. I faktycznie wodny młyn tam był. „Za moich czasów” przez Bzurę szła grzęda wielkich głazów narzutowych, które piętrzyły wodę w bystrze; po ich wierzchołkach przy niskiej wodzie dawało się przejść na drugi brzeg, chociaż z trudem. Te głazy usunięto, kataraktę zniszczono podczas kolejnej regulacji rzeki w latach 1990-tych. Teraz Bzura płynie tam równym kanałem i kto nie wie, co tam było dawniej, niczego nie dostrzeże. Na rycinie, która jest w łowickim muzeum, widać na Bzurze młyn typu korab: były to młyny-barki, które cumowano na rzece i woda przepływająca pod spodem poruszała koła łopatkowe. Od młyna-korabia wzięła się nazwa całej wsi, potem dzielnicy Łowicza na wysokim północnym lewym brzegu: Korabka. Ale czy ten korab stał właśnie w tym miejscu? Być może nie, bo tamta katarakta świadczyłaby, że był to młyn stojący na spiętrzeniu. Albo korab działał zanim zbudowano młyn spiętrzający, zapewne bardziej wydajny.
Młyny korabie na Renie koło Kolonii, rycina z 1531 r. Z:
de.wikipedia.org: Schiffmühle
Jednak wraca pytanie, dlaczego właśnie tu ufundowano ten młyn? I korab i spiętrzenie można było posadowić właściwie wszędzie. Coś w tamtym miejscu musiało być, co skutecznie przyciągało pokolenia młynarzy. Mam taka hipotezę: że pierwsze młyny napędzane były spiętrzoną wodą, ale nie Bzury. Bzura była zbyt dużą i silną rzeką, żeby zaczynać od niej. Pierwszy młyn zbudowano na spiętrzeniu „rowku”, czyli tej bezimiennej rzeczki płynącej z błota Szczypawka. Kiedy interes się rozkręcił, może po wielu pokoleniach – Łowicz jest stary, oficjalnie ma 700 lat, a faktycznie na pewno ponad tysiąc – ludzie z tej młynarskiej tradycji pobudowali młyny na korabiach, potem na sztucznej katarakcie, wreszcie młyn parowy.
Być może są na to jakieś zapiski lub plany, ryciny, w archiwum lub w muzeum. Ja fachowcem nie jestem, nie pójdę i nie wyszukam. Młyn, jak napisałem na początku, od kilkunastu lat jest nieczynny. Kupiła go moja łowicka rodzina i pewnie w jej rękach jakoś inaczej posłuży ludziom. Rzeczki, która go – i w jakimś innym sensie mnie – wygenerowała, nie ma. Ślad dawnego stanu rzeczy, w postaci tamtego ułomka muru, pewnie w końcu zniknie – patrz motto.
◀ Udany odłów myszy ◀ ► Mazowieckie Stowarzyszenie Właścicieli Dębów ►
Komentarze

Gdy wklejać "od ręki" to nie przejdzie, ponieważ edytor nie rozpoznaje formatu "mime".
Aby komentować Zaloguj się lub Zarejestruj w Tarace.
