06 grudnia 2011
Marcin Hładki
Serial: Chile
Miasta i pingwiny
◀ Chuquicamata i Calama ◀ ► Pucón ►
Do obejrzanych atrakcji możemy dorzucić jeszcze delfiny, lwy
morskie, pingwiny i inne tutejsze ptaki: kormorany, nieduże sępy i
jeszcze jakieś, których nazwy zapomniałem, a które, choć
nadmorskie, boją się wody i starają nie moczyć. Okazało się
zresztą, że te ptaki, które poprzednio wziąłem za jastrzębie,
to właśnie te sępy.
Później, w porcie, widzieliśmy piękne
współdziałanie kormoranów i pelikanów w polowaniu na małe
rybki. Kormorany znajdowały ławicę i głęboko nurkując atakowały
ją od dołu, podczas gdy pelikany, płytko pod powierzchnią
chwytały całe grupy rybek, posługując się dziobem jak siecią.
Nie wiem, czy w otwartym morzu też tak współpracują.
Pingwiny
natomiast zachowaniem przypominają kaczki, sprawiają wrażenie
podobnie pewnych siebie i zarozumiałych, a po wskoczeniu do wody,
podobnie jak kaczki kręcą kuperkiem. Kiedy pływają po powierzchni
podobieństwo to jest uderzające. Nie daje się tego długo oglądać,
bo prawie natychmiast nurkują. Zaskakująco dobrze wspinają się po
skałach, włażą najwyżej jak się da, unikając wydr morskich,
które zjadają im jajka i pisklaki, ale nie oddalają się od morza.
Lwy morskie są urocze, wylegują się na skałach, leżąc tuż
obok siebie, wyglądają jak tłuste, zadowolone psy. Przy ich
legowiskach śmierdzi, trochę psami a trochę jak w kurniku.
I
pingwiny i foki kojarzą się ze śniegiem i mrozem, ale to
nieprawda. W Punta Choros, gdzie widzieliśmy te cuda, było dosyć
chłodno jak na szerokość geograficzną Cypru i początek lata,
kilkanaście stopni, w nocy temperatura spada do dziesięciu albo
mniej. Zimą jest nieco chłodniej, ale mrozu nie ma prawie nigdy, a
ani deszcz ani śnieg tutaj prawie nie pada, wilgoć dla roślin
tylko z mgły. Mgła za to jest prawie codziennie, często przez cały
dzień.
Po tej wycieczce pojechaliśmy kolejnym nocnym autobusem do Valparaiso. Byliśmy tak zmęczeni jeżdżeniem, autobusami i egzotyką, że zaplanowaliśmy dwa dni przerwy w Valparaiso. Pierwszej nocy spaliśmy czternaście godzin, w pierwszym cichym pokoju.
Miasta tutaj są inne. To, co rzuciło się w oczy od razu w
Santiago, że ich wielkość nie przekłada się ma wielkomiejskość,
nadal się potwierdza. Nawet Valparaiso, duży port, z wieżowcami tu
i tam, wciąż wygląda jak zbiorowisko małych, prowincjonalnych
miasteczek.
Nie umiemy do końca zrozumieć, na czym polega
specyfika tych miast. Z jednej strony wyglądają jak popegeerowskie
wsie, z drugiej strony w wielu miejscach są staranne, kolorowe,
psychodeliczne murale. Wiele domów jest zaniedbanych, a tuż obok
nich są odnowione, z wypielęgnowanymi ogródkami. Wydaje mi się
też, że oprócz takiej samej biedy, jak wszędzie, wynikającej z
niezaradności, jest też ubóstwo kolorowe i zadbane, wynikające z
ograniczenia środków. W Europie ludzie o niskich dochodach są
skazani na życie w blokowiskach, które utrudniają wyrażenie
indywidualności, tutaj przeciwnie: wydaje się, że bogatsze domy są
mniej barwne i różnorodne niż biedniejsze.
Domy - bo nie udało
się nam zobaczyć wyraźnego podziału na dzielnice bogate i biedne.
Wydaje się, że jest podział na lepsze i gorsze, ale oceniana na
oko rozpiętość zamożności sąsiednich domów jest wszędzie
bardzo duża - można to poznać choćby po samochodach, które tam
parkują. Ale też samochody są jedynym naprawdę dla mnie czytelnym
wskaźnikiem zamożności, gdyby nie one, rozróżnienie poziomów
bogactwa domów byłoby jeszcze trudniejsze.
Podobnie jest z ludźmi na ulicach, tylko nie tak kolorowo, jak
gdyby cała fantazja została zużyta na murale i zabrakło jej na
ubrania. Większość wydaje się bardzo normalna, z odchyleniem w
stronę niedbałości, typowo Chilijczyk wygląda, jakby wybierał
się robić porządki w garażu. Garnitury czy podobne pojawiają się
czasem, ale rzadko i znowu w rozproszeniu, wmieszane w tłum.
Widać
wiele dzieci, zupełnie małe są często noszone na rękach, zarówno
przez kobiety jak i mężczyzn, bez żadnych nosidełek czy chust.
Większe dzieci, które już chodzą, mają sporo wolności i ćwiczą
chodzenie i bieganie bez asekuracji - oczywiście na mniej
zatłoczonych ulicach czy skwerach.
Bo ludzi na ulicach jest
mnóstwo, nieustanne tłumy, jak na targu. To zresztą poniekąd jest
targ, bo na ulicach oprócz sklepów, często wylewających się na
chodnik, rozstawione są wszystkie rozmiary stoisk: od straganów
przez prześcieradła, do handlu obnośnego. W ten sposób
sprzedawane jest wszystko, jedzenie, elektronika, obrazy i ubrania.
Jakość tych wszystkich rzeczy jest przeciętna, jak w typowym
supermarkecie. Gdyby nie brak łóżek polowych i jednak mała ilość
szczęk, zupełnie przypominałoby to początek lat dziewięćdziesiątych
w Warszawie.
Cały ten tłum pojawia się w niektórych
godzinach, czasami, na przykład rano, na ulicach nie ma nikogo.
Zawsze między tym wszystkim włóczą się bezpańskie psy,
których jest mnóstwo i właściwie nikt nie zwraca na nie uwagi,
zazwyczaj śpią na ulicach, czasem na środku chodnika, co przy tym
tłumie jest wyrazem wielkiego zaufania do ludzi, którzy
rzeczywiście takie psy omijają bez śladu zdziwienia czy
zniecierpliwienia. Psy szukają też jedzenia w śmietnikach, jeżeli
jakiś za bardzo rozgrzebią, to ktoś je przepędza, ale bez
przemocy. Wygląda zresztą, że mają co jeść, nie są chude,
tylko bardzo brudne, zakurzone i czasem oblepione czymś
niezidentyfikowanym. To pierwszy powód, żeby ich nie głaskać,
drugi jest chyba ważniejszy. Te psy są ogromnie stęsknione za
ludźmi, do których mogłyby się przyłączyć. Kiedy pogłaskaliśmy
jakiegoś, odprowadzał nas później przez kilka przecznic, starając
się zasłużyć na następny objaw zainteresowania. Te, którym
daliśmy coś do jedzenia nie okazywały nam żadnego przywiązania,
brały tylko jedzenie i szły sobie.
Jedyne osoby które
interesują się czasem ulicznymi psami, to żebracy i wariaci,
granica między nimi jest zresztą niewyraźna. Niektórzy z nich
przesiadują pod murami z kilkoma psami, albo śpią na skwerach, z
psami, które wydają się ich pilnować z chodnika. Nie wiadomo
przed czym, bo nie widzieliśmy tu śladów agresji ani wobec psów,
ani wobec żebraków.
Mimo tego wszystkiego, handlu, psów, żebraków, tłumu ulice są dosyć mało zaśmiecone, nie bardziej niż w Rzymie.
Oczywiście te miasta nie są wszystkie takie same. Calama to naprawdę prowincjonalna dziura, służąca wyłącznie za zaplecze dla kopalni, z życiem w dużej części przeniesionym do centrów handlowych. Tam zresztą byliśmy tylko kilka godzin. La Serena to z kolei nadmorski kurort, z promenadą zastawioną hotelami, czekającymi teraz na rozpoczęcie sezonu. Najbardziej interesujące jest Valparaiso, ale leży na wzgórzach, jest stare i ma duży port.
Porzucamy znowu miasta i jedziemy, kolejnym nocnym autobusem, do Pucon, zdaje się, że będzie to podobna wioska dla turystów, jak San Pedro, tylko położona na południu.
Dopisuję rano: dojeżdżamy do Pucon. Za oknem widoki jak w czerwcu w Bieszczadach. Po co było jechać tak daleko?!
◀ Chuquicamata i Calama ◀ ► Pucón ►
Aby komentować Zaloguj się lub Zarejestruj w Tarace.
