zdjęcie Autora

06 czerwca 2013

Katarzyna Urbanowicz

Serial: Babcia ezoteryczna Sezon drugi
Pierogarnia

Kategoria: Twórczość

◀ Okulkowane buty ◀ ► Tarotowy dziennik Thota — dzień 9 lipca 2010 rok ►

           Przez całe dzieciństwo byłam „umysłowcem”. Rodzice cenili pracę umysłu ponad jej realną wartość; konieczność wykonywania pracy fizycznej była dla nich miarą mniejszej wartości człowieka. Oczywiście w podtekście dotyczyło też pracy kobiety przy mężu, choć w rozmowach był to temat tabu. Jednak przekonania ojca na temat wartości pracy umysłu zatrzymywały się na nieprzekraczalnej granicy – kobiecość była przeszkodą generalną do poświęcenia się temu powołaniu – głównie z przyczyn realnych – ktoś musiał prać jego ubrania, gotować mu jedzenie i umilać zasypianie w łóżku.

         Nikt o tym nie mówił głośno i otwarcie, jednak wypływało z protokółów sądowych rozwodu rodziców. Matka broniła się twierdzeniem że seksualnie byli dopasowani, więc poza jej rozumieniem były zarzuty ojca: że intelektualnie odstawała od jego oczekiwań, nie była wykształcona, że urodziła mu tylko córki i że starsza (to znaczy ja) nie spełniała jego intelektualnych standardów. Biedna próbowała się bronić, że był gruźlikiem i jego wymagania seksualne były czasem dziwaczne i nadmierne i że rzadko się mył.

         Brudy rodzinne, wyciągane ad hoc, na życzenie prawników, nie wiadomo na ile prawdziwe. Ot, niedopasowanie charakterów; jednak rozumieć je jednak należy jako MEZALIANS. Wynaleziono antybiotyki i sierotka z ulicy Sierocej, która stała się z aprobatą rodziny żoną, by osłodzić ostatnie chwile męża przed czekającym go zgonem, nagle w majestacie prawa stała się żoną prawdziwą, nieodwołalną i nie dającą się wygonić. Urodziła mu dwie córki, zamiast synów. Dobrze, że chociaż ta druga, młodsza, chłopczyca, podzielała zainteresowania ojca.

         Tych niuansów nie rozumiałam jako dziecko, a właściwie rozumiałam podświadomie. Gdy w wieku lat 14 zrozumiałam na rozwodowej rozprawie, co kryje się pod niedomówieniami, wskutek pytań adwokata i jako „romantyczna” panienka, chroniona przed świadomością „brudów życia” nagle musiałam zająć stanowisko w sprawie seksu rodziców, wybiegłam z sali sądowej i skoczyłam pod nadjeżdżający tramwaj.

         Tramwaj zahamował, tata wybiegł za mną, zaprosił mnie jak dorosłą osobę do kawiarni, postawił kawę i lody i  wytłumaczył wreszcie o co chodzi  z tym seksem i to był koniec mojego dzieciństwa.

         Poddałam rewizji wszystkie moje ówczesne przekonania; i religijne, i moralne; zaprzeczyłam wszelkim autorytetom i zostałam sama na pustyni bez kompasu i wskazówek, opuszczona i bezradna. Stałam się sama sobie sterem, żeglarzem i okrętem.

         Od tej pory próbowałam, jak Gałczyńskiego „Pijane dziecko we mgle” rozeznać się w świecie mnie otaczającym. Tyle szkół filozoficznych, tyle poglądów i wśród tego biedna Kasia, zagubiona, kierująca się emocjami, do których nie ma zaufania.

         Moja pierwsza miłość była Ormianinem. Jego rodzice, francuscy dyplomaci mieszkali dwa lata w Polsce,  a moja miłość, Bohdan, chodził do mojej szkoły. Oczy miał migdałowe, z kącikami uniesionymi w górę, jak w wiecznym uśmiechu, brwi uniesione u nasady, cieniowane, usta wyrażające wszystko, czego można się domyślić. Był słodkim chłopcem z wyglądu ale bynajmniej nie z osobowości. Obiema nogami stał na ziemi i taką jakąś Kasię (o której platonicznej miłości doniosły mu moje koleżanki) oceniał trzeźwo i nieubłaganie. Rodzice pozwalali mu przyjaźnić się z Wandą o jasnym warkoczu, córką rzemieślnika, kujonem, prymuską w szkole, ale niezbyt bystrą, i paroma koleżankami ze sfer prywatnych  dorobkiewiczów. Jak miałam nie być komunistką z przekonań, gdy widziałam jego pogardę dla kogoś „niżej postawionego”, komu obiady w szkole opłaca Opieka Społeczna, a używane sukienki daruje mamusia Wandzi i jej koleżanek?

         Bohdan w wieku lat 16 dysponował samochodem, którym jeździł do  szkoły (w czasach gdy samochody prywatne były w ogóle rzadkością!) i kiedyś zawiózł mnie na zajęcia malarskie w Pałacu Młodzieży. Słusznie domyślił się, że nie mam pieniędzy na powrót i kupił mi bilet na powrotny tramwaj. Inaczej szłabym z Bielan do Śródmieścia na piechotę. Kochałam go za to jeszcze bardziej, tyle że moja cała klasa wiedziała o tym nazajutrz. Kasia nie miała pieniędzy na bilet! Wsiadła do samochodu, bo chciała się przejechać! Czar czterech kółek – jak prosto z „Przekroju”! (W tamtych czasach pojechać gdzieś samochodem, to było coś! Mnie przydarzyło się to drugi raz w życiu).

         Z takiej Kasi mogło wyrosnąć coś bardzo innego. Jednak ja nabrałam przekonania, że praca fizyczna jest prawdziwą miarą człowieczeństwa i że należy być robotnikiem albo chłopem (a nie jakąś marną inteligencją pracującą, porzucającą w dodatku żonę z zawodem „przy mężu”), żeby być dumnym z siebie. Co wykonasz własnymi rękoma, jest twoje, a burżuje, i imperialiści, tacy jak Bohdan są twoimi wrogami, choć ich świat nęci cię w niezrozumiałym przyciąganiu. Dość tego! Albo masz poczucie własnej godności, albo zaprzedajesz się imperialistom!

         Bohdan wyjechał z Polski do USA, tam się ożenił z jakąś naftową dziedziczką i zniknął z mojego horyzontu.

         Zakochiwałam się jeszcze parę razy, poznałam historię Ormian i lepiej zrozumiałam Bohdana i jego rodziców (ojca Ormianina i matkę Francuzkę), wszystkich kolejnych chłopców „rozpracowywałam” pod kątem rodzinnych tradycji, aż uznałam, że jestem wystarczająco ideologicznie odporna.

         Pozostało jednak przekonanie, że praca fizyczna uszlachetnia. Dlatego też starałam się sprawdzać swoje możliwości  w tym zakresie. Moje otoczenie odnosiło się pogardliwie do pracujących fizycznie, ja, na przekór gloryfikowałam taką pracę. Na studiach polonistycznych rąbałam siekierką palety na deseczki, ale, niestety, za zastępstwa za nauczycielki w szkołach podstawowych płacono więcej. Do pracy fizycznej, nawet do zbierania owoców nikt mnie nie chciał zatrudnić; nie miałam widać odpowiedniego wyglądu. Za to zostać wychowawczynią na koloniach letnich było bardzo łatwo i w dodatku jeszcze za darmo wyjechać gdzieś,

         Minęły lata, przekonałam się, że praca wykonywana w domu przy ręcznym praniu pieluch, zmywaniu, noszeniu węgla i wody jest jak najbardziej fizyczna, ale wcale nie uszlachetnia. Nawet pielenie grządek nie uszlachetniało, chociaż było niezbędne, żeby cieszyć się pięknym otoczeniem i widokiem, uzasadniało jakoś posiadanie własnej działki, przywiązywało do niej niewidocznym sznurem nawet wówczas, gdy całkiem z głowy wyparowało mi przekonanie o wyższości pracy fizycznej nad umysłową.

         Na stare lata coś z tego przekonania wróciło. Zapragnęłam mieć czytnik do e-książek, żeby na wyjazdach nie wymagał dobrego światła przy czytaniu. Kosztował w empiku po przecenie całe 360 złotych i przez pół roku lepiłam pierogi po 7 szt na porcję, 120 porcji tygodniowo. Zanim skończyłam, interes dobiegł końca i splajtował, ale niewiele musiałam dołożyć i czytnik kupić.

         Jakaż ja byłam szczęśliwa! Co prawda musiałam go trzykrotnie wymieniać ponieważ egzemplarze były felerne, a w dodatku użytkowanie nie było zbyt przyjazne. Dołączono tylko skrót instrukcji, pełna znajdowała się ponoć w czytniku ale do dziś do niej nie dotarłam. Ściągnęłam ją sobie z internetu na komputer i z niej korzystam, choć czasem aby wykonać prostą rzecz trzeba tego dokonywać metodą sięgania prawą ręką przez lewe ucho, ale jak już się czyta jakąś pozycję to tylko pozostaje przewracanie kartek, choć można to zrobić automatycznie. No i trzeba pamiętać, żeby czytnik trzymać w powietrzu, nie opierać przypadkiem o cokolwiek, bo ktoś tak głupio umieścił wyłącznik...

         W każdym razie przez pół roku trzy dni w tygodniu funkcjonowała u mnie pierogarnia, a ja byłam dumna, że mimo swojej słabości mogę jeszcze być pożyteczna w sposób przeliczalny na pieniądze.

         I wówczas uświadomiłam sobie jak wiele przesądów czasów słusznie minionych podświadomie jeszcze tkwi we mnie, choć świadomie nigdy bym się do nich nie przyznała, a wśród nich:

         — przekonanie, że emerytura jest jałmużną,

         — przekonanie, że wartość człowieka może być wymierzana namacalnym pożytkiem, jakie przynosi praca, zwłaszcza fizyczna,

         — przekonanie, że aby udowodnić swoją wartość poprzez swoją pożyteczność dla innych, na przyjemności należy zasłużyć albo zarobić.

         — pogląd, że praca musi wymagać wysiłku i niewygody (zdrętwiałe palce u rąk, bóle nadgarstków, nuda czynności powtarzanych kilka godzin dziennie). Na szczęście mogłam wówczas słuchać rozmaitych nagrań ezoterycznych wykładów, co nieco łagodziło nudę.

         Nad tymi przekonaniami, zanim się wyrzuci je do śmietnika historii, warto się chwilę zastanowić. I to był dodatkowy zysk mojej pierogarni.

◀ Okulkowane buty ◀ ► Tarotowy dziennik Thota — dzień 9 lipca 2010 rok ►

Aby komentować Zaloguj się lub Zarejestruj w Tarace.

X Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)