10 listopada 2012
Katarzyna Urbanowicz
Serial: Babcia ezoteryczna
Służew nad Dolinką reality show
◀ Śmierć Stalina ◀ ► Kandydatki na czarownice (2) ►
W 2007 roku zmarł mój mąż, z zawodu inżynier budowlany. W 2008 roku przed moim domem, w miejscu niebieskiego, blaszanego baraczku „Samu”, rozpoczęto budowę luksusowego trzypiętrowego domu dla dzieci prominentów mojej spółdzielni. W grudniu, w najgorszą pogodę, zainstalowano na placu budowy dwa dźwigi. Odrywając wzrok od ekranu komputera patrzyłam na samochody brnące bladym świtem, nieodśnieżoną jezdnią, z ładunkiem długich elementów dźwigu, usiłujące wymanewrować w wąskich uliczkach, w dodatku zastawionych samochodami, i wjechać na plac budowy by rozładować to, co wiozły na skrzyni.
Co ja przeżywałam, gdy o piątej rano, po ciemku, formowała się niepisana kolejka samochodów! Najpierw na plac budowy wjeżdżał dźwig. „Rozpakowywał się” jakiś czas, a tymczasem w kolejce do rozładunku stały dwie lub trzy dłużyce. Rzecz w tym, że czas przybycia tych samochodów (i w związku z tym ustawiona kolejka) nie zawsze był zgodny z logiką rozładunku, którym kierował się operator dźwigu. Powstawały nieporozumienia, niektórzy chcieli, żeby szybciej ich rozładować, a ich elementy odłożyć na bok, ale nie było zbyt wiele miejsca na takie przejściowe magazynowanie. Te wszystkie konflikty odczytywałam na wpół senna siedząc przy swoim biurku o wgapiając się w ów plac budowy. To mało: przeżywałam stres jednego kierowcy, który przyjechał najwcześniej (już stał, kiedy się obudziłam) i który zgodnie z „kolejką” wjechał na plac, ale potem musiał stamtąd wyjechać jak niepyszny (tak sądziłam po jego gwałtownych ruchach i gestykulacji) i trafił jako ostatni do rozładunku. Potem obserwowałam poszczególne elementy: który do którego pasuje, jak go założą, na ziemi czy w powietrzu, jak go podniosą i jak je złączą w powietrzu.
Na dworze ledwo świt, a ja zrywam się z łóżka i na wpół przytomna biegnę do okna. O ! Przywieźli jeden, dwa, trzy elementy. A przecież dźwig już stoi! Czyżby mieli instalować drugi? Mąż, inżynier budowlany, zza grobu śmieje się ze mnie:
— Panie kierowniku budowy, niech pan do nich pójdzie i powie im, że pieprzą robotę... Teraz muszą dodawać chyba do betonu jakieś dodatki, kiedyś u mnie na budowie pozamarzały pompy i na końcu betoniarnia też zamarzła...
Z ulicy dobiegają przekleństwa: Kurwa jego mać ty zajebany chuju... Przyjechały dwa kolejne dźwigi. To konkurencja czy współpraca?
Robię nieżyjącemu mężowi egzamin z budownictwa: Czy jeżeli biorą ten element najpierw, to oznacza, że on będzie na dole i do czego ta część służy? Skąd się bierze ta chmura pary?
Jeden dźwig odjechał, ale za chwilę przyjechał inny. Dlaczego? Dlaczego, dlaczego? Nie mam się kogo spytać. Ci w niebieskich kombinezonach, to ekipa instalacyjna dźwigu. Przeganiają tych w czerwonych kamizelkach i żółtych kaskach. Tych w białych się nie czepiają. Dlaczego długo w noc palą się wszystkie światła, czyżby teraz hotele robotnicze mieściły się na placach budowy?
Jedziemy z synem do marketu na Ursynowie, przed nami plac budowy. Ichni dźwig obłożony jest wokół betonami, dlaczego nasz nie; tylko mocowany jest na jakieś żelastwo i śruby? Ichnie barakowozy w trzech rzędach do góry (nasze tylko w dwóch).
Rano człapię do kiosku po bułki i gazety. Minus piętnaście, kulę się w swoim sztucznym futerku; pod spodem ruskie rajtuzy za osiem złotych naciągnięte na nocną koszulę (za dwanaście), spódnica do kostek przykrywa rajtuzy, buty z futerkiem wciągnięte na gołe nogi, czarna czapka za osiem złotych opiera się na okularach. Wyborcza, Polityka, Przegląd – a jak są pieniądze – Wróżka, i myk do prześwitu z budowy: O, przyjechała betoniara w zielone paski (normalnie te, co przyjeżdżają, są w niebieskie), a teraz, w czerwono – białe – granatowe : jak na fladze Francji, to pewnie ściągnęli beton z innej firmy. Dlaczego? Dlaczego, dlaczego, dlaczego? Kogo teraz pytać?
Na pierwszym dźwigu napisano „PEINER”, na drugim widnieje tylko telefon. Pierwszy ustawiali w jeden dzień, drugi aż cztery dni. Dlaczego, dlaczego, dlaczego?
Drugi dźwig ma dłuższe ramiona. Przecież się będą zaczepiały! Ustawili dwa elementy, trzeci naprowadzili na wierzch tych dwóch i obsunęli w dół.
Dwa dźwigi wciągają na raz jeden element. Że też się nic im nie chwieje! Co oznacza ta skrzynka, którą ciągną na linie? Wygląda jak teczka dyplomatka miotana podmuchem wiatru i fantazją dźwigowego...Czy żółte, czerwone i białe hełmy robotników coś znaczą?
Ale cwane! Teraz dźwig sam siebie wciąga. Zamontowane ramiona podnoszą kolejne elementy, w tym nasuniętym kawałku odsłania się dziura, podnosi się dźwig, taka jakaś dziwna strzałka - to urządzenie do przesuwania: ramię dźwigu wciąga element zaczepiony na tej strzałce i wsuwa się w powstałą dziurę, ci w granatowych kurtkach, co rządzą wszystkim, uczepieni jak małpy drabinek wewnątrz konstrukcji, stukają, pukają, mocują...
Kolejny poranek. Włączony komputer, ściągają się wyciągi bankowe i przelewy świadczeń za czynsz, fundusz remontowy, kablówkę, telefony i światło, (a wraz z nimi wirusy podłączone przez kogoś do moich rachunków) w wirtualną przestrzeń wędruje moja emerytura i renta powypadkowa, ongiś mająca wyrównać mi różnicę między dochodami starszej pani, a dynamicznej byłej pani dyrektor, która wyrwała się z masy pracujących kobiet i zanim zdążyła poczuć blask sukcesu, wskutek wypadku drogowego, trafiła do grona emerytek – rencistek naszego bloku, którym nie za bardzo starcza na czynsz.
A ja czekam, kiedy ten pan od dźwigu będzie wdrapywał się na górę i chcę wiedzieć, jak szybko to zrobi. Czy zatrzyma się po drodze, czy będzie parł do przodu. Dlaczego nie zostałam dźwigową? Taki sukces jest wymierny. Pniesz się do góry i nie wygląda na to, żebyś miała w najbliższym czasie spaść. Niebo o świcie oznacza twoją zdolność do mobilizacji, a tym samym życie. Słabość – wyklucza cię z gry w tym dniu, a może i na zawsze. Czasami, mój nieznany przyjacielu (bo wszystko już było), łazisz po ramieniu dźwigu, szerokim na stopę, uczepiony zewnętrznej krawędzi, przekładasz jakieś kable... Ja od samego tego widoku, spadłabym w dół.
W poniedziałek źle się czuję. Ale idę do sklepu – może mróz mnie wyrwie z ospałości i wyrówna bicie serca. Następnego dnia na drzwiach wejściowych klepsydry. Zmarł w wieku 60 lat, zmarł w wieku 61 lat. Czy to wyobraźnia płata mi figle, czy wyczuwałam śmierć między ścianami bloku? Mąż zawsze mruczał: — z naszej półki już biorą. W listopadzie skończę sześćdziesiąt sześć. Tamte półki jeszcze młodsze. Dzwoni kuzyn: mam okropne zadanie, muszę napisać trzy listy kondolencyjne, pomóż mi. Więc mu dyktuję. Młodsi ode mnie, 60-61 lat.
Przed moimi oczami dźwigowy (nieco brzuchaty) pnie się po drabince zamontowanej wewnątrz elementów, przystaje na każdym podeście, a jest ich do góry dziesięć. To nie ten, co wspinał się wczoraj rano, tamten nawet raz się nie zatrzymał. Ten jest w połowie drogi między swoim kolegą z wczorajszego dnia, a mną, babcią ze sztucznym futerkiem zarzuconym na koszulę nocną i ruskie rajtuzy za osiem złotych. Przed bramą budowy stoi dłużyca i trąbi. Dozorca zmiata śnieg (bo inaczej zapłaci mandat). Dźwigowy wspinając się, co chwila przystaje. Chciałabym zawołać: „jestem z tobą” ale milczę i spieszę do domu na poranną herbatę i pięć proszków: cztery białe i jeden czerwony.
◀ Śmierć Stalina ◀ ► Kandydatki na czarownice (2) ►
Komentarze
Dziękuję za opinię
Aby komentować Zaloguj się lub Zarejestruj w Tarace.
