01 czerwca 2013
Katarzyna Urbanowicz
Serial: Babcia ezoteryczna Sezon drugi
Stillleben (Martwa natura) — (1)
◀ Co można robić na Wieżach Babel (poza spadaniem) ◀ ► Stillleben (Martwa natura) — (2) ►
Wiele ważnych spostrzeżeń zaczyna się od pomyłek. A ja, jako osobowość z urodzenia po strzelcowemu naiwna często się mylę i często pomyłki te prowadzą mnie w nieoczekiwanych kierunkach, stają się inspiracją do całkiem innych spraw.
Wydaje mi się, że przyziemny umysł babć – starych kobiet (ale i mężczyzn, chociaż ci nie martwią się tym tak bardzo, jak sprawami najwyższej rangi politycznej i ideologicznej) nakierowany jest w dzisiejszych trudnych czasach na zapamiętanie licznych PIN-ów, NIP-ów, REGON-ów, haseł, kodów dostępu do domofonów, bankomatów, skrzynek pocztowych i innych miejsc ważnych dla codziennej egzystencji, a więc na przypominanie haseł, (czasami na niespodziewane żądanie — np. „Jeśli powtórnie wprowadzisz mylne hasło po 30 sekundach bankomat zatrzyma twoją kartę”) a nie, jak dawniej, na przypominanie wydarzeń i emocji, cechujące babcie czasów minionych.
Owa hasłowość przeżyć, zapisywana w umyśle, jak w katalogu powoduje wielką liczbę skojarzeń (każdego z każdym) ich równouprawnienie względem siebie oraz konieczność uruchamiania umysłu dla segregacji wagi tych ścieżek dostępu do meandrów umysłu własnego i cudzych. Każda pomyłka skutkuje wówczas własną historią, a wiele z nich zasługuje na opowiedzenie tu, czy gdzieś indziej. Dlatego ośmielam się opowiedzieć historię takiej pomyłki.
Wspomniałam już, że w Galerii Drezdeńskiej (w przeciwieństwie do muzeów paryskich, gdzie nie zabrania się robienia zdjęć, tylko nie wolno używać lampy błyskowej; i chyba też podobnie jest w większości polskich muzeów) nie wolno fotografować. Oczywiście robienie fotografii dzieł sztuki mija się z celem — w internecie są dostępne lepsze i wyraźniejsze; zawsze można je obejrzeć i najczęściej na własny użytek skopiować. Mnie mój słabiutki aparat odziedziczony po nastoletnim wnuku, który posługuje się lepszym sprzętem potrzebny byłby tylko do sfotografowania informacji towarzyszących obrazom. Byłam więc skazana na notatki w bardzo złym świetle, a poruszając się o dwóch kulach musiałam manewrować długopisem i notatnikiem przeciskając się między tłumami zwiedzających. W dodatku nie znam języka niemieckiego, więc błędy zapisu były nieuniknione.
Na drugiej pozycji w swoim notatniku zapisałam coś, co zaczynało się od „Christoph”, dalej było „Stiellebe... coś tam, coś tam... zwei coś tam, coś tam ...1658” i wielkim napisem: „Głowa Cielaka Luwr!!!”
Po powrocie szczęśliwa, że nie muszę już nigdzie łazić i truć się proszkami przeciwbólowymi ani wślepiać oczu w nudną autostradę, dbając o to by kierowca był w formie, po odespaniu wycieczki, zasiadłam przed komputerem poszukując owej „Głowy cielaka”, która miała stanowić korespondencję z, a może nawet inspirację obrazu Francisco Goya y Lucientes, z 1746 r, o tytule: „Martwa natura z głową byka” wystawionego w Luwrze (omówionego i przedstawionego w odcinku 93 I serii „Babci”).
Wprowadziłam więc chwiejnie zapisaną frazę do „Googla” i wszelkich innych wyszukiwarek natrętnych i niechcianych, nie dających się prostymi sposobami wykasować, podmieniających co kilka dni domyślne Google, (zanim bardziej internetowo utalentowane młodsze pokolenie nie rozwiąże problemu wykasowania tychże), ale żadna z nich nie była lepsza od poprzedniej; wszystkie żadnego takiego twórcy, jak Christoph Stiellebe... nie znały i nie odnotowały.
Nie lubię martwych natur. Nie lubiłam już ich jako licealistka, uczestniczka malarskich kursów w Pałacu Kultury i Nauki, z których mnie wyrzucono mimo nagrody na „Expo 58” ponieważ nie reprezentowałam właściwego pochodzenia społecznego (co może jakoś zmieniło moją życiową drogę – nie wiem). Jednak wówczas, mimo mojej złości i wściekania się na prowadzącego zajęcia rozumiałam, że martwa natura ma służyć nauce rzemiosła. Cóż, kiedy dobór tematów owych martwych natur był nudny jak flaki z olejem: na oparciu krzesła zawieszona jakaś bura tkanina, na jej tle owoce i warzywa (dostępne wówczas w Polce i w kuchni prowadzącego zajęcia), a więc jabłko, marchew, kartofel; nieśmiertelny wazon z bladym pobłyskiem na brzuszku (użyj koloru dopełniającego, pamiętaj!), a jak akurat była dostępna w dużych ilościach żółta farba (używaliśmy najtańszych farb do ścian do nabycia w mydlarniach za grosze – stały zawsze pootwierane papierowe worki z nimi pod ścianami sklepów), to czasem dorzucano do koloru jakąś ozdobną tykwę lub żółty kwiatek, żeby męczyć się nad wyprodukowaniem odpowiedniego odcienia fioletu. Nudy na pudy, podczas gdy moja fantazja twórcy szalała po wyżynach wyobraźni. No i kochałam kolory zieleni butelkowej i leciutko przydymionej czerwieni makowej, a nie żadne stateczne burasy: sepie, umbry i ugry (które nazywałam sraczkowymi)!
Ową niechęć do martwych natur zachowałam do pobytu w Luwrze, a najbardziej jej przełamaniu posłużył obraz Goi.
Nic dziwnego, że gdy zobaczyłam w Dreźnie coś w tym stylu, prawdziwej martwej natury, dusza zerwała się do lotu, a wyobraźnia zaczęła pracować. Niestety, pod tym tytułem i tego autora obraz był nie do odnalezienia.
W końcu po żmudnym posługiwaniu się internetowymi tłumaczami poprawiłam niemiecki wygląd plakietki informacyjnej. Prawdopodobnie wyglądała ona tak: — Christoph jakiśtam „Stiellleben mit zwei Kälbersköpfen” 1658 – martwa natura z głowami dwóch cielaków (nie znaleziono niestety). Przerzuciłam rozmaite katalogi malarstwa dostępne w internecie, ale na taki obraz nie trafiłam, co zrozumiałe, skoro nie zdążyłam widać zapisać nazwiska mistrza.
Zasmucona poszłam wczesną porą odsypiać mecze niemieckich kibiców i przyśnił mi się sen z prawdziwą martwą naturą, z samych martwych zwierząt i ludzi, nad którymi stały roześmiane nagie postaci w stylu Rubensa (ale bynajmniej, nie te znane nam na licznych reprodukcjach grubaśne kobiety, ale postaci męskie, obejrzane na wystawie, z łydkami jak mój obwód w talii, groźne i władcze, z tatuażami na ciele. Niektórym z tych mężczyzn towarzyszyły kobiety, równie nieatrakcyjne dla dzisiejszego oka, pożerające surowe mięsko, podobnie do bohaterów frazy cytowanego w Gazecie Wyborczej poematu Juliana Tuwima „Bal w Operze”: (z konstatacją, że treść poematu stosuje się także do współczesności najnowszej)
„Na talerzu Donny Diany
Ryczy wół zamordowany,
Dżawachadze, prync gruziński,
Rwie zębami tyłek świński,
Szach Kaukazu, po butelce
Rumu cum spiritu wini,
Przez pomyłkę tknął widelcem
W cyc grafini Macabrini,
Rozdzierane kaczki wrzeszczą,
Tłuszczem ciekną, w zębach trzeszczą,
A najgorzej przy kawiorze:
Tam - na zabój, tam - na noże,
A jak złapią - szczerzą zęby
I smarują głodne gęby
Czarną mazią jesiotrową,
A bieługi białe kłęby
Żrą od razu na surowo,
Bo to dobrze, bo to zdrowo!
No i jak na zawołanie pojawiła się inna martwa natura. Obraz zatytułowany : Frans Snyders — Stilleben mit der Hündin und ihren Jungen ( wg tłumacza Google „Martwa natura z suką i jej chłopakiem”) Kto jest suką? kobieta czy pies? Ale gdzie jest jej chłopak, tej suki oczywiście. Widać szczeniaczki, ale chłopaka suki nie. Inny tłumacz: Jungen – młody, a nie chłopak. Więc zapewne: „martwa natura z suką i jej szczeniętami” A więc kuchenna martwa natura z martwych trofeów jakiegoś polowania z kucharką o bujnych kształtach i jej zalotnikiem, a pieskami pod stołem.
Obejrzeć obraz można pod adresem
http://www.wooop.de/poster-kunstdrucke/b/bilder-frans-snyders/reproduktion/793842.html
Inne martwe natury tego malarza można obejrzeć pod adresami:
jako: Spiżarnia:
http://commons.wikimedia.org/wiki/File:Frans_SNYDERS,_The_Pantry.JPG
a ponadto:
jako: sklep rybny:
http://www.londonfoodfilmfiesta.co.uk/Artmai~1/Snyders.htm
http://commons.wikimedia.org/wiki/File:Frans_Snyders_005.jpg
i martwą naturę „owocową”:
https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Frans_Snyders_001.jpg
Możemy tu też przeczytać o ich autorze.
Mówiłam, że babciom wszystko ze wszystkim się kojarzy i to ich karma widać – zapewne moja też. Więc — po przemyśleniu — ciąg dalszy w następnym odcinku.◀ Co można robić na Wieżach Babel (poza spadaniem) ◀ ► Stillleben (Martwa natura) — (2) ►
Aby komentować Zaloguj się lub Zarejestruj w Tarace.
