07 listopada 2014
Wojciech Jóźwiak
Serial: Szamanizm narodowy
O przywrócenie rodzimych bogów
Bytami, które najbardziej przypominają bogów, a przy tym, inaczej niż bogowie, są poważnie traktowane chociaż przez część opinii, są archetypy. Te według Junga. Wiele lat temu kiedy dowiedziałem się, że w Polsce działa sangha buddyzmu tybetańskiego, mój znajomy, który już w niej był, mówił mi, że te liczne bóstwa wadżrajany (tybetańskiego buddyzmu) są to w istocie archetypy, które i tak, z natury, żyją w naszych umysłach. Wyznawałem wtedy pogląd, że „dobre” (właściwe, porządne) religie nie powinny zmyślać swoich bogów, i że przedmiotem autentycznej religii nie mogą być jakieś zmyślenia, czyli treści kultury, które są umowne i dowolne, lecz powinno się szukać tego, co jest przynajmniej tak samo niezależne od naszych fantazji, jak są twarde fakty nauk o przyrodzie. Właściwi bogowie nie mogą być kulturowymi konwencjami, muszą być faktami przyrody („przyrody” naszego umysłu) – tak wtedy uważałem. (Nie muszę dodawać, że w tybetańskiej wadżrajanie napotkałem na mnóstwo kulturowych konwencji. To było moje rozczarowanie...)
Ale archetypy, tak jak pisze o nich Jung (lub jak ja to z fragmentów pism Junga zrozumiałem), są w niepokojąco jednostronnej relacji do nas. Wydaje się, że jakoś nas zamieszkują (tzn. nasze umysły), jakoś w nas działają, a często nas męczą. Podczas gdy my ludzie mamy z nich mały pożytek i podobnie mały wpływ na nie. Tak jakby szła linia transportowa od archetypów do ludzi, ale nie było (lub była słaba) linii transportowej od ludzi do archetypów. Możemy archetypy badać, studiować (jak robił to Jung i jego kontynuatorzy), możemy obserwować ich przejawy w naszych życiach, nastawieniach i snach, możemy nawet się ich obawiać, bo zdarza się, że przejawiają się jako choroby, także te umysłowe – ale raczej z przekazów Junga nie wynika, że można by je zastosować w pozytywnej pracy nad sobą, na własnym samorozwojem. A jeśli nawet takie wątki u Junga były, to jakoś nie rozwinęły się dalej. To nie jest przypadek, że wielu ludzi zaczęło śnić o buddyjskim oświeceniu, a nie o jungowskiej indywiduacji.
Bóg (jeden z licznych) w ujęciu archetypowo-jungowskim byłby więc takim archetypem, z którym można jakoś planowo pracować, żeby skorzystać z energii, mocy lub zdolności, które on potencjalnie zawiera. Planowo, czyli według pewnej metody. Oczywiście, można czekać, aż moc archetypu na kogoś tajemniczo spłynie (lub nie zechce tego uczynić) – ale warto korzystać z bardziej doświadczonych dróg duchowych, bo przecież na tym polegała i polega wyższość buddyzmu i jego atut, że zasadzał się nie na czekaniu na oświecający błysk, tylko na aktywnej pracy, aby ten błysk wypracować i przywołać. – Czyli na metodzie. Więc w skrócie, bóg (jeden z wielu!) w tym ujęciu byłby to archetyp plus metoda (metoda pracy z nim).
W innym ujęciu, zauważamy, że znani ze świata bogowie byli zawsze mieszkańcami mitów, należeli do mitu. (Fundamentaliści mit uważają za prawdę. Nawet za prawdę prawdziwszą od innych prawd.) Mit leci na trzech skrzydłach: jest opowiadany jako narracja i tych narracji jest zwykle wiele z wariantami i z nowinkami; po drugie, jest koncentrowany do znaków, do ikon, symboli; po trzecie jest inscenizowany w ramach rytuałów. Tak uważa Herfried Münkler; czy to on jest autorem tej koncepcji, czy ktoś inny, nie wiem. Wynika z niej, że aby zaistniał mit, tamte trzy rzeczy muszą się zejść: pewna opowieść, pewien znak-symbol i pewien spektakl, w którym grają ludzie. To jest też pewną wskazówką dla przywrócicieli bogów, bo wynika z niej, że nie wystarczy sama opowieść, ani nie wystarczy samo kreślenie lub budowanie symbolicznych obiektów, i nie wystarczą same rytuały – muszą one wszystkie zbiec się w jedną całość.
Mity mają swoich bohaterów, ale nie każdy i nie zawsze bohater mitu jest bogiem (jednym z wielu), bo żeby nim być, musi mieć jeszcze jedną szczególną właściwość: musi objawiać się ludziom. I w tym jawieniu powstaje szczególna żywa więź mitycznego bohatera z ludźmi i z ich marzeniami, żywy przepływ.
Kolejną wskazówkę do pracy z bogami dostała w latach 1990-tych pewna ówczesna moja korespondentka. Jej sen, który jest w Tarace pt. „Szamańska Częstochowa”, jest ścisłym odwróceniem opowieści o Wieży Babel. Jest tam wieża, ludzie wspinają się po niej do wyższego świata, wspinaczka jest ciężka i rani dłonie, ale w pewnym momencie z góry zostaje spuszczona do nich drabina; dodajmy: z rogów łosia, i to jest ta pomoc „z góry”, która umożliwia sukces i dotarcie do celu, do górnego świata. (W Wieży Babel z góry nie przychodzi pomoc, ale mściwa kara. Opowieść o Wieży Babel została kiedyś obmyślona po to, żeby jahwizm odciąć od szamanizmu.) Wskazówka ta więc brzmi: konieczny jest twój wysiłek, praca i metoda, gdyż wtedy masz szansę, że w pewnym momencie przyjdzie do ciebie pomoc i zasilanie z tamtej wyższej lub głębszej warstwy świata (lub umysłu).
Wiesław Juszczak w książce „Realność bogów” referuje poglądy niemieckiego filozofa i religioznawcy Waltera Friedricha Otto, który bogów – miał na myśli przede wszystkim, jeśli nie wyłącznie, bogów dawnej Grecji – uważał za byty realne, ale realnością inną niż materialna, bo za Gestalten (liczba pojedyncza: Gestalt): „figury, kształty, formy, całości”, czy jak jeszcze inaczej przybliżać to tajemnicze niemieckie słowo. Owe Gestalten, chociaż nie są namacalne, to jednak nieustannie jawią się w świecie, układają go, nadają mu sens, sklejają jego fragmenty w całości i obrazy.
Rodzimowiercy, jak ich znam i jak o nich słyszę, starają się odtwarzać, rekonstruować i wskrzeszać dawnych (u nas: słowiańskich) bogów, przywracać ich zaginione obrzędy lub własne domniemania o nich. Nie jest to konieczne – chociaż jednocześnie nie jest bez sensu. Bogowie, gdy skupimy się na nich posługując się takimi jak wypisane wyżej lub innym wskazówkami, okazują się być raczej czymś, co jest/istnieje teraz – niż czymś co było, następnie przestało być i co dopiero ma zostać zrekonstruowane i odbudowane. Oni są, jestem do tego przekonany, tylko trzeba umieć ich zobaczyć. Albo pozwolić im się objawić i umieć dostrzec ten przejaw. Ktoś skupiony na rekonstrukcji dawnych bogów może nie zauważyć obecności bogów obecnych.
Bogowie mają coś wspólnego z potencjałem. W ekologii jest takie pojęcie: potencjalny biom. Potencjalny zespół roślinny. Chodzi o to, że wprawdzie pierwotna roślinność od dawna na jakimś terenie nie istnieje, ale gdyby ludzie wycofali się ze swoją gospodarką, to naturalne zespoły roślin weszłyby na ten teren, i sztuka polega na tym, żeby rozpoznać, jakie. Te potencjalne biomy często nie zanikają od razu. W kilkanaście lat po zbudowaniu blokowej dzielnicy Stegny w Warszawie (mieszkałem tam wtedy krótko) między blokami żyło stadko kuropatw. Nad domem, gdzie się urodziłem (urodziłem się w szpitalu, chodzi o dom, gdzie mieszkałem przez wiele lat od urodzenia) unosiły się latem wysokie kolumny komarów, ślad tego, że dawniej płynęła tam rzeczka, wpuszczona w rowy przez meliorantów. Na mojej działce, gdzie teraz mieszkam, wyrastają wiązy i olchy, chociaż nikt im nie pomaga. Niekiedy potencjalny krajobraz daje znać o sobie przez swój uporczywy brak: na przykład na Warmii obserwowałem roślinny chaos, któremu zaradzić mogłyby tylko dęby, gdyby pozwolić im rosnąć w zwartej masie (zobacz: „Wołanie ziemi o dęby”). Mam wrażenie, że bogowie są w podobny sposób (jak tamte dęby, komary lub wiązy) jako potencjał obecni w ziemi, w krajobrazie, w glebie i skale, w drzewach i zwierzętach, w równinach, rzekach i górach. Co muszą wyczuwać przeciwnicy bogów (tamci „a-teiści”), którzy maniakalnie oznakowują wierzchołki gór swoimi krzyżami. A pozytywnie, odczuwają neo-poganie, dla których, jak napisał kiedyś Scott Simpson, znacząco często droga ku świadomemu pogaństwu zaczynała się od fascynacji przyrodą i jej duchowym wpływem.
Ten ukryty potencjał ma także historia, mają obyczaje, mają wierzenia „ludu” i twórczość artystów, często wyraźnie i buntowniczo różna od oficjalnej religii. To jest też ten wątek, który naprowadza nas na pamięć o naszych przodkach. Zarówno tych dalekich i osobiście nieznanych, a często tylko uśrednianych, jak i tych bliższych, czyli rodzinnych. W tym ujęciu pogaństwo w dużym stopniu pokrywa się z patriotyzmem.
Wczoraj, 6 listopada (2014) w pełnię, pociłem się – tzn. brałem udział w ceremonii szałasu potu – z intencją reunii, czyli ponownego połączenia się, z bogami naszej ziemi i naszych przodków. Pozdrawiam Przyjaciółki i Przyjaciół, którzy byli tam w tym kręgu. Nad Rawką. W Puszczy Bolimowskiej.
Komentarze
Częścią kartezjańskiego sposobu myślenia jest uważanie świadomości za coś specyficznego dla głowy i przekonanie, że głowa jest organem, w którym rodzi się świadomość. Tak nie jest. Głowa jest organem, który nadaje świadomości pewien określony kierunek, nastawia ją na określone cele. Ale świadomość tkwi tu, w całym ciele. Cały świat żywy kształtowany jest przez świadomość.
Mam przeświadczenie, że świadomość i energia w jakiś sposób są jednością. Tam gdzie widzisz energię życiową, jest świadomość. W świecie roślinnym na pewno jest świadomość. Gdy się mieszka w lesie, tak jak ja w czasach chłopięcych, widzi się te rozmaite świadomości, jak się splatają ze sobą. Jest to świadomość roślinna i świadomość zwierzęca, a my mamy udział w obu z nich. Zjadasz pewien pokarm, a twoja żółć od razu wie, gdzie znajduje się coś dla niej, żeby mpgła zacząć to obrabiać. Cały ten proces jest świadomy. Jego interpretacja czysto mechaniczna nic nie daje.
jednym tchem
, ...kolejny świetny artykuł ...Dziękuję Wojtku...
Pozdrawiam
Jeśli idzie o krzyże, to nie widzę tu ich zasadniczej sprzeczności z krajobrazem. Z chwilą gdy obrosną mchem, stają się jego częścią. Gorszym problemem są wielkie miasta z całą ich absurdalnie mechanicystyczną strukturą, która oddala nas od poznania i objawienia. Jakiś czas temu straż miejska w Warszawie obsesyjnie usuwała krzyże umieszczane jako memento ofiar wypadków samochodowych. Dlaczego? Żeby ludzie zapomnieli o śmierci i bawili się w supermarketach? Kościoły po to właśnie są, byśmy się nie zatracili, nie utracili kontaktu z naturą... Tak ja to widzę, choć wiem, że wierzenia katolików moga być diametralnie różne od moich.
Często park miejski i kościół w miejskim absurdzie to jedyne miejsce mocy łatwo dostępne dla zwykłego Kowalskiego...
I jeszcze jedna uwaga. Wieża Babel to przekręcona nazwa huryckiej/czeczeńskiej wieży Bauba-el, czyli Wieży Wielkiego Boga. Czeczeński tradycyjny Islam miał charakter mistyczny, suficki. Wieża to święty symbol łączności z Bogiem, a nie dowód pychy. Żydzi wszystko poprzekręcali ;-) Z całym szacunkiem do Żydów, oczywiście.
pod komentarzem Kuby, jestem zachwycony artykułem Wojtka…chodzi mi o odniesienie, porównanie(?) „Bogów” (do) z pewnym ukrytym „Potencjałem” . Ja właśnie w dużej mierze tak ich (?) pojmuję. Bardziej z „potencjałem” właśnie, niż z „archetypem”. Być może ma to wyraźny związek z moim (na ile to jest możliwe w realnych warunkach) ściślejszym niż w poprzednich latach związkiem z „Naturą”. Stąd kontakt, ten (mam takie swoje miejsce, miejsca i swoje drzewo, drzewa) powoduje, że właśnie „czuję” potencjał, którego ona (Natura) jest źródłem. „Archetyp” zaś bardziej przemawia do „mózgowców”. Dlatego wydaje mi się, że ludzie żyjący (starający się żyć) zgodnie z rytmem Natury wyraźniej czują „potencjał”, zaś ci którzy nie mają takich możliwości odwoływać się będą do „archetypów” … Uważam, że jedno nie przeczy drugiemu, chociaż różnice jakościowe są bardzo wyraźne. …
Co zwraca moja uwagę w komentarzu Kuby, …? To, że współczesna cywilizacja strasznie utrudnia nam kontakt z tym „potencjałem” … Ja komentując inny wątek napisałem kiedyś, że „maszyny upodabniają nas do maszyn” (nie jest to moje oryginalne twierdzenie, ale zupełnie kogoś innego, z którym wyraźnie się zgadzam). Wojtek zasugerował mi, żebym rozwinął tę myśl….może kiedyś?
Pozdrawiam
Aby komentować Zaloguj się lub Zarejestruj w Tarace.
