22 sierpnia 2014
Wojciech Jóźwiak
Serial: Auto-promo Taraki 3
Co z tym dzieckiem, tym Wewnętrznym?
◀ Tarot Wirpszy i enneagram ◀ ► Czym był dysk? - Z cyklu: luki w wiedzy ►
W „Moim tarakowym testamencie” Krzysztof Wirpsza nie wspomniał o wewnętrznym dziecku, ale coś w jego wypowiedzi takiego musiało być, co skojarzenia z WD wywołało:
„Wielu ludzi ... się boi pokazać to dziecko w sobie. Szkoda, bo według mnie gdy pozwolimy wewnętrznemu dziecku się ujawnić, żyje się łatwiej” – w komentarzu napisała Gosia-Alicja.
„Gdybym ja założył Tarakę Wewnętrznego Dziecka, Głębokich Wynurzeń, Relatywizmu Duszy, Olewania Starszych i Czczenia Boga Wyrzutków - to miałbym swoje wesołe, głupkowate grono, tak jak Ty masz swoje smutne” – dodał Krzysztof. I dalej: „Być może już to Dziecko w sobie odnalazłeś, może odnajdujesz, nie wiem.”

Z: Do You Know Your Inner Child? By Cherokee Billie
Przeczytałem i zacząłem się zdumiewać, i zdumiewam się dotąd. Bo oto okazuje się, że istnieje, nieformalny, Klub Poszukiwaczy Wewnętrznego Dziecka, i to poszukiwanie dla wielu jest czymś ważnym. To może być nawet jakaś nieformalna i nierozpoznana religia: religia poszukiwania wewnętrznego dziecka. Oczywiście żartuję, jak żartował Mirosław Piróg, gdy kiedyś na Facebooku oświadczył, że badając Internet, trafił na czcicieli bóstwa imieniem Wolny Rynek, które zdaniem jego wyznawców, gdy zstąpi na świat, to rozwiąże wszystkie jego problemy i właściwie go zbawi.
Tutaj za to mamy bóstwo Wewnętrzne Dziecko.
Co to jest? Niestety w polskiej Wikipedii nie ma hasła, jest w angielskiej (Inner child), ciekawe i warto przeczytać. (Jeśli natrafisz w polskim necie na jakiś obszerny i definiujący tekst o WD, daj mi znać, to wciągnę do zasobów Taraki, albo sam/a wciągnij.) Z grubsza, co chyba każdy i tak wie, to jest dziecięcy aspekt naszej osobowości, który gdzieś tam w nas trwa, chociaż w okresie dorastania i społecznego dojrzewania wyparty i pogrzebany w nieświadomości, i można z nim się skontaktować metodami psychoanalitycznymi (ale i całkiem domowymi, o tym przeczytasz np. tu: „Jak nawiązać dialog z Wewnętrznym Dzieckiem?”), ale czasem sam wybija, kiedy zaczynasz zachowywać się w obcy i nieoczekiwany dla siebie-dorosłego sposób, czyli „jak dziecko”.
Faktycznie, bywa tak, że kiedy obserwujesz tu dzieci, tam dorosłych, albo gdy przypominasz sobie siebie i swoje przygody i dokonania z dzieciństwa, spostrzegasz, że dzieci mają coś, czego dorosłym brakuje. Jeszcze dobitniej i często widać to, kiedy pewna „istota ludzka” (jak mawiają angielskojęzyczni) dorasta na naszych oczach i z dziecka robi się dorodny młody mężczyzna lub ponętna młoda kobieta. Pięknieją! Budzą nadzieje! Zwłaszcza w oczach i umysłach rodziców. Ale jednocześnie – uwaga – banalnieją. Spłaszczają się mentalnie. Uśredniają. Szarzeje im aura. Widać, jak walczą o to, żeby być – wreszcie – statystycznym zjadaczem chleba, pobieraczem kredytów, płatnikiem mandatów, watu i zusu. Obserwujemy, jak znikają, wyparowują talenty, które mieli, będąc dziećmi. Znika, wyparowuje ich dawna dziecięca oryginalność, spontaniczność, ciekawość świata, gaśnie ich niewyczerpana, jeszcze pięć lat temu, pomysłowość. Myślisz: żeby tak była jakaś terapia, której by ich się poddało, żeby odzyskali tamte atuty, które tak oto fatalnie przepadają.
Wyrasta dorosły, istota schematyczna, sztuczna, nudna.
Ale może to się opłaca? Wielokrotnie przyglądałem się dzieciom, swoim (kiedy moje dzieci były dziećmi) i znajomych, i zadawałem sobie (i słuchaczom, których jednak przeważnie ten temat nie interesował), co by było, gdyby dzieci, ze swoją dziecięca psychiką, wyrosły i stały się dorosłymi, ale właśnie zachowały całą infantylność: wrzask, hałas, krzykliwość, przesadę, ryk, pretensje, dąsy, obrażanie się, rzucanie na podłogę, napady histerii, bijatyki, demonstrowanie swojego nieokiełznanego „ja”, wymuszanie, emocjonalny wampiryzm, plus oczywiście życiową niezaradność i nieodpowiedzialność. – Właśnie, co by to było: psychiatryk i ostre psychotropy.
Bo prócz Wewnętrznego Dziecka jest Wewnętrzny Bachor.
Obserwując niektórych formalnie dorosłych, widzę, że ten ich Wewnętrzny Bachor wciąż nimi miota. Osobiście nie znajduję żadnej przyjemności w przebywaniu z ludźmi opętanymi przez ich Wewnętrzne Bachory.
Być może też jest takie niebezpieczeństwo, że jeśli ktoś będzie zbyt intensywnie przywoływał swoje Wewnętrzne Dziecko, to w końcu przybędzie wewn. bachor i przejmie nad nim władzę?
Sam do wewnętrznego dziecka mam stosunek taki, jaki miał Grotowski do spontaniczności u aktorów: uważał, że spontaniczność to coś, co dla swego zaistnienia wymaga ciężkiej, uporczywej i metodycznej pracy. Więc tak samo jest z wewnętrznym dzieckiem: oczywiście warto wydobyć i ujawnić swój aspekt twórczości, pomysłowości, świeżości widzenia, zabawy; właściwie jest to konieczne. Ale do tego potrzebne są ramy, zasady, metoda. Inaczej wyjdzie z tego głupawka, rzecz dobra na pięć minut, ale dłużej nieznośna.
To tyle na razie.
◀ Tarot Wirpszy i enneagram ◀ ► Czym był dysk? - Z cyklu: luki w wiedzy ►
Komentarze
I nie tresujmy innych własnym Wewnętrznym Bachorem.
To o byciu dorosłym i radości w doświadczaniu i poznawaniu, w niestawianiu sobie barier, że jakiegoś tematu nie chcę zauważać, bo nie da się go zmierzyć, zważyć i naukowo opisać. To o otwarciu się na nowe tematy, choć wiedza o nich póki co pochodzi z czyichś intuicji.
Bo zawsze nowa wiedza pochodzi z czyichś intuicji i to, co dziś zważone, zmierzone i naukowo opisane też kiedyś było czyjąś czasem wykpiwaną, bo "nienaukową" intuicją.
Dziecko nie stawia sobie barier w doświadczaniu nowego, nie mówi "udowodnij mi to", ale doświadcza. Uczy się mówić i popełnia błędy. Uczy się chodzić, upada i wstaje ponownie - bo jego umysł jeszcze go nie ogranicza przekonaniami.
I każdy, kto coś nowego wprowadza w ludzkie życie (cokolwiek by to było), kto tworzy, zawsze doświadcza tej wręcz dziecięcej radości kreacji.
"Bądźcie jak dzieci" - czy to kierowanie na powrót do dzieciństwa? Czy raczej bądźcie jak dzieci i spotykając nowe nie pozwólcie umysłowi stawiać barier, bo on (ten umysł) nie zna tego jeszcze, co właśnie napotkaliście?
Dyskusja skupia się na dziecku jako takim - a mnie chodzi o dorosłego i jego otwartość no nowe informacje, pochodzące z intuicji (własnej lub czyjeś) i na przekonania, które mówią "nie, tego nie bierz pod uwagę, bo tego jeszcze nie udowodniono naukowo".
Dla wyjaśnienia: mam dwie bardzo dorosłe córki i trójkę wnucząt (najstarszy ma 13 lat), jestem 57-letnią babcią z praktyką i własnym bagażem doświadczeń.
Dla mnie pojęcie "Wewnętrzne Dziecko" nie ma nic wspólnego z powrotem do dzieciństwa - a wiele z dorosłym życiem przepełnionym pasją.
Wewnętrzny Bachor w życiu dorosłego człowieka jest i śmieszny i straszny.
Pasja nie, bo ona pozwala się rozwijać, otwierać na nowe, nieznane dotąd tematy.
Pasję hamują przekonania, ale wtedy nie ma rozwoju, jest stagnacja.
Nowe bywa tak nowe, że nie da się go sklasyfikować, opisać, zaszufladkować - czy przez to jest gorsze? Nie, po prostu jest nowe.
Stare zatrzymuje nas w miejscu, nowe pozwala na zmianę - we własnym życiu lub dalej.
A Wewnętrzny Bachor... tu nie ma dla niego miejsca.
Dziecko do tego, co robi, podchodzi z pasją.
Pasja w życiu jest bardzo ważna - więc i pisanie o niej, dzielenie się nią z innymi też, czyż nie?
Spostrzeżenie o Wewnętrznym Bachorze jest genialne.
Ja też nie czuję potrzeby powrotu do swojego dziecka, nie wiem, czy to w porządku. I trochę podobne skojarzenia, co Kasia, mam z młodością - kojarzy mi się głównie z przebytymi wtedy depresjami, kryzysami i niespełnieniami i nie chcę do niej wracać.
Przypomniało mi się, jak na studiach nasz wykładowca z filozofii mówił, że kapitalizm i komunizm to dwa przejawy tej samej ideologii (czy raczej wiary), którą nazwał progresywizmem, a której założenia ujął następująco:
1. Będzie lepiej
2. (komu?) Każdemu będzie lepiej
3. (pod jakim względem?) Pod każdym względem będzie lepiej
4. Środki ku temu zapewni postęp techniczny.
To była końcówka lat 80. Chyba genialne.
inna sentencja chasydzka(?),a może i ta sama (jeżeli czegoś nie pokręciłeś drogi Radku) mówi, że "oddech dzieci śpieszących do szkoły podtrzymuje świat" ... (ale nie ma w niej wzmianki o "zbawieniu" świata przez oddech !...bo to zupełnie na ma sensu). W niej wyraża się nadzieja, ale i wyraźna wskazówka, że warunkiem podtrzymania (istnienia) świata (a w zasadzie ludzkiej cywilizacji) jest edukacja (zdobywanie i poszerzanie wiedzy) tych dzieci, po to żeby stały się one dorosłe i odpowiedzialne, po to żeby zachowana została niezachwiana zastępowalność pokoleń. Dzieci muszą wydorośleć dla przyszłych dzieci, a nie pozostawać dziećmi, bo nie będą gotowe do zrobienia miejsca dla tych które mają przyjść. Zresztą koniec edukacji wyznacza początek dorosłości. Na jednym z poziomów mamy pierwszą współczesną inicjację w dorosłość nie przypadkiem nazywaną "egzaminem dojrzałości" ...
P.S.
Podobnie jak Przemek nie czuję potrzeby powrotu do swojego dziecka chociaż dzieciństwo miałem szczęśliwe i ciekawe, ale pozbawiony odpowiedzialności (która spoczywa na dorosłych) nie mogłem w pełni korzystać z dostępnej wolności ...
P.S.2
ale niezależnie od wszystkiego ...chyba nigdy nie wyrastamy całkiem z dzieciństwa, ...zawsze coś tam w nas pozostaje. Zależy tylko co? ...oby nie ten "bachor" o którym przypomniał nam Wojtek
to ja dziękuję, ...bałem się, że będziesz miał pretensje ...
Pozdrawiam
Trochę mnie to złości, przyznam, ten kult nóg. Oddech może nie zmienia świata, nie. Geniusz go zmienia. Geniusz to jest tchnienie, nie oddech. Geniusz - to dziecko we mnie. W każdym jest, ale jak człowiek spędzi życie dbając o nogi, to może co najwyżej podtrzymywać ten świat, ale na pewno nie go zmieniać. Tak uważam, to oczywiście kwestia definicji, co to jest "zmiana". I po co "zmieniać"? Dla "pokoleń"? Konopnicka, Żeromski? Można tak myśląc zmienić ławkę przed domem, na nową, tylko czy o to chodziło?
Pytanie jest retoryczne: czy można Jej nie mieć?
I jeszcze Andrzeju. Twoje posty. Doprowadzają mnie do coraz większych trzęsawek przepony (diafragmy), a złota myśl - na koniec - moim ulubionym spuentowaniem w sedno. Om.
To moje - pozwala mi rozmawiać z kotami, które są mi wierniejsze niż ludzie, którym wciąż ufam, choć czuję (co potem się potwierdza), że robią mnie w balona; z fiołkami, które głaszczę, gdy z jakiegoś powodu nie chcą mi zakwitnąć; z maluszkami, których wzrok łapię na sobie (w tramwaju, w autobusie...), co staje się pierwszym krokiem do tego, by po chwili przyglądania się sobie - zacząć "rozmawiać" uśmiechem...
Także chęć schowania się w zegarze - do którego właziłam w dzieciństwie, by się ukryć przed duchami i bratem - nachodzi mnie czasem...Tyle że zegar od wielu lat stoi już w innym domu i inne ręce go nakręcają, więc jego substytutem - ubogą namiastką czasu, który nie wróci, jest zaciśnięcie powiek i schowanie głowy w ramionach.
To tylko skrawek tego, co jest we mnie z Dziecka...
Ciekawostką, która w jakimś stopniu ostrzega (tak myślę) przed staniem się bezduszną "lampą", a tym samym potwierdza ważność tego, by - mimo wszystko - pielęgnować w sobie WD, jest sonda (jedna ze stacji TV ją niedawno wyemitowała), którą przeprowadzono w przedszkolu.
Na pytanie dziennikarza:
- Co to jest dziecko?
Dziewczynka odpowiada:
- Dziecko to jest takie coś, co żyje. Nie tak jak lampa!
I tu dziewczynka ilustruje tę lampę gestem: składa ręce jak do pacierza, oczy wznosi ku górze, usta w ciup i zamiera w bezruchu.
Myślę, że w każdym z nas, mimo zaprzeczeń i wielkich traum, jest to COŚ, co jak w dzieciństwie...
"...staje się ważne i warte zbadania, nawet ludzkie pomyłki, rozkojarzone marzenia senne, przypadlki, zbiegi okoliczności. Ważny jest gest, spojrzenie, kolor...".
(Olga Tokarczuk, E.E.")
Aby komentować Zaloguj się lub Zarejestruj w Tarace.
