szerokie
alternatywny obraz świata • od 1997
wydaje: Wojciech Jóźwiak
abonament: 4,50 zł /1 miesiąc • 40 zł /rok
TARAKA

Spis treści: artykuły

Autor Tytuł Kategoria Data

12 lipca 2010

Stanisław Żuławski

Memetyczny trojan
O obcych korzeniach Europy. Religia jako samoreplikujący się mem


Wszystkie poglądy na naturę rzeczywistości mają charakter umowny, gdyż będąc pojęciowymi abstraktami nie podlegają empirycznej weryfikacji. Dlaczego więc zawsze było i jest tak wielu gotowych zupełnie dosłownie dać głowę za tę czy inną ideę? Skąd bierze się fanatyzm każący nawracać, zabijać lub dać się zabić w imię nieweryfikowalnej idei, myślowego konstruktu, abstrakcji?
Dlaczego taką wagę przywiązuje się do poglądów? Czemu, powtarzając za Richardem Weaverem, idee mają konsekwencje?
Odpowiedź na to pytanie przyszła nie ze świata nauk humanistycznych, lecz biologicznych, a konkretnie z genetyki. Richard Dawkins, a następnie John S. Wilkins przenieśli realia walki o byt genów do świata informacji. Otóż porcję informacji przenoszoną z osoby na osobę nazywaną memem (od greckiego μιμητισμός - mimetismos)[1] skojarzono z genem i jego sposobem transmisji.

Idący przez dzieje pochód lemingów - wyznawców i misjonarzy tej czy innej religii objawionej (choć dotyczy to także ideologii np. komunizm) świadczy dobitnie o bezwzględności, z jaką memy traktują swoje nośniki. Oczywiście umysł ludzki, ten swoisty hardware, został tak zaprogramowany, by w pewnych sprzyjających okolicznościach poddać się kontroli memu. Skojarzone z tym słowo fanatyk ma znaczenie natchniony.[2] Otóż odwołując się do memetyki zamienilibyśmy to słowo na zaprogramowany, ewentualnie zawirusowany.

Idee dla swej transmisji potrzebują oczywiście autorytetu (natchniony prorok/ wizjoner/ półbóg), apostołów - misjonarzy pełniących funkcję nośników, oraz, co zupełnie oczywiste, podatnego gruntu.
Autorytet, podobnie zresztą jak osoby z pierwszego grona naśladowców musi być postacią wyjątkową, obdarzoną wglądem wewnętrznym, charyzmą i zdolnością do poświęcenia dla sprawy, czyli najczęściej nakarmienia memu własną krwią.
Jakość elity powielającej mem to jednak nie wszystko. Liczą się oczywiście zalety samego memu walczącego o przetrwanie. Aaron Lynch wyróżnił siedem czynników transmisji memu. Najważniejszy to wartości rodzicielskie, czyli rzecz oczywista dla wszystkich wierzących: im więcej potomstwa tym więcej wiernych. W parze z tym idzie wydajność rodzicielska, troska o wpojenie tychże memów potomstwu, co wiąże się z separatyzmem. Prozelityzm jest z kolei tym czynnikiem, który umożliwia przejście memu poza więzy rodzinne danej grupy. Dalej zachowawczość i ksenofobia są uzupełniającymi się wartościami; z jednej strony mem wymaga nieodrzucania go przez nośnik, z drugiej wyparcia się innych konkurencyjnych memów lub wręcz ich aktywne zwalczanie. Ostatnią parą będą czynniki poznawcze i motywacyjne. Mem powiela się lepiej, jeśli dzieje się to na drodze aktywnej, czyli zawiera on koncepcje świadomego powielania (nawracania).

Weźmy za przykład chrześcijaństwo, które doskonale spełnia powyższe cechy. Jest religią objawioną, obiecującą nagrodę w lepszym świecie. Posługuje się czarno-białą optyką świata w kategoriach swój - obcy. Monoteizm, uniwersalizm, misjonarskie zacięcie, odbiciem czego w sferze politycznej jest teokratyczne imperium z władcą będącym ziemskim pomazańcem [3] - dopełniają reszty.

Podatny grunt to kwestia czasu i miejsca. Chrześcijaństwo było znakomitą odpowiedzią na potrzeby ówczesnej rzeczywistości. Niepewny świat późnego cesarstwa skłaniał do eskapizmu. Poza tym atrakcyjna była sama oferta, dostępna dla każdego, za niską cenę dla tych którzy i tak nie mieli czym płacić; poczucie rodzinnej wspólnoty z innymi wiernymi, oraz nadzieja na zbawienie, były tym czego nierzadko brakowało innymi kultom tej epoki.

Można też odwrócić to rozumowanie: to potrzeba czasu stymuluje powstanie danego memu. Duch dziejów wydaje plon w postaci idei. Nie byłoby przecież buddyzmu, gdyby nie degeneracja kasty bramińskiej, a judaizmu czy islamu bez potrzeby konsolidacji plemion, komunizmu zaś i wcześniej chrześcijaństwa bez krachu tradycyjnego judaizmu i nadziei mesjanistyczno-eschatologicznych na wyzwolenie narodu wybranego. Tak się jednak złożyło, iż w tym ostatnim przypadku nadzieje i legendy narodu wybranego oderwały się od pierwotnego podłoża i w trakcie wielowiekowych przemian nasiąkły oczekiwaniami i mitami całego basenu Morza Śródziemnego. Nie doszłoby do tego, gdyby nie śmiały krok Pawła, aby zerwać z judeochrześcijaństwem otwierając się na pogan. W wyniku tej mutacji powstał Kościół Rzymskokatolicki.[4] Za tę cenę niebagatelnego kompromisu chrześcijanie zapłacili zdradą własnych ideałów. Katakumby i lochy zamieniono na luksusowe sale dworskie.
Chrześcijaństwo czekało na ten moment dziejowy dość długo, aż trzy wieki, będąc w dodatku retuszowane już od czasów Pawła z Tarsu a potem apologetów Kościoła, by być daniem strawnym zarówno dla Greka jak i Żyda. Historyczna rola apostoła pogan była tu chyba o niebo większa niż samego protoplasty.[5] W końcu to Paweł przetłumaczył chrześcijaństwo na język antycznych kultów misteryjnych. To on odciął się od zewnętrznych form żydowskiego folkloru. To on wreszcie zanegował wywrotowy wobec rzymskiej władzy charakter mesjańskiego mitu. Jeśli wroga nie dało się pokonać w otwartej walce jak chciały tego millenarystyczne sekty żydowskie, to należy go przekonać/ nawrócić. Być może ten genialny konwertyta, który z równym zapałem, z jakim zwalczał chrześcijaństwo, był później jego misjonarzem, dostrzegł w tej marginalnej sekcie nie wroga, lecz sojusznika judaizmu, jego upgrade, który po odpowiedniej modyfikacji genetycznej będzie znakomitym Koniem Trojańskim dla wrogiego Imperium.
Imperium nie od razu jednak połknęło haczyk. Chrześcijaństwo było na tyle nowe i obce duchowi rzymskiemu, iż władza patrzyła na nie podejrzliwie jak na potencjalną siłę wywrotową i anarchizującą. Wydawałoby się, że ten mem nie miał szans nie tylko na zwycięstwo, ale i na przetrwanie. Wielkie prześladowania [6] zdawały się to potwierdzać.
Nic tak jednak nie ożywia i spaja ruchu religijnego czy politycznego jak krew męczenników. Wiedzieli o tym ojcowie kościoła jak Tertulian, którzy wręcz utyskiwali na złagodzenie polityki rzymskiej wobec chrześcijaństwa, jak i sami cesarze, choćby Julian Apostata, który świadomie unikał fizycznych prześladowań.
Krwią męczenników chrześcijaństwo pokazało, iż mimo iż może i jest zabobonem, ale za to jakimś, pośród morza letnich i niewymagających kultów tego okresu. Jednocześnie władza rzymska od jakiegoś czasu borykała się z problemem autorytetu cesarskiego (okres cesarzy wojskowych), a żeby temu zaradzić podejmowano się absolutyzacji władzy kreując cesarza na poplecznika najwyższego boga - Sol Invictus (za Aureliana). Innym z kolei rozwiązaniem była tetrarchia. Władza spoczywająca w rękach czterech uzupełniających się władców miała gwarantować pokój. Było tak do czasu, gdy ambitny tetrarcha Konstantyn postanowił skupić ją w swoim ręku.
Za swoich patronów uznawał analogicznie bogów najwyższych, nieskłonnych do dzielenia się autorytetem: Apollona, Heliosa, Sol Invictus. W końcu wybór padł na Chrystusa, a właściwie to wszystkie wymienione bóstwa zlały się z nim w jedno. Powodów mogło być wiele, mniejsza o nie. Ważne jest to, czym byłby Kościół pierwszych wieków, gdyby nie polityczne zaangażowanie Konstantyna w walkę z Maksencjuszem - wylęgarnią fanatyzmu we wschodnich slamsach i marginalną sektą na Zachodzie. Konstantyna walka o władzę była dla Kościoła momentem historycznym i to dzięki niej zwyciężył.

Chrześcijaństwo dzięki Konstantynowi stworzyło teokratyczne (faktycznie władza polityczna kierowana była zakulisowymi intrygami kleru) imperium. Ceną był jednak kompromis tak daleki, iż stało się Rzymskim Katolicyzmem. Taki był opór rzeczywistości, która, podobnie jak w przypadku późniejszego komunizmu zadrwiła z idei.
Chrystus zaś, na kilka stuleci zapomniał o swoich żydowskich, ba, nawet ludzkich korzeniach i zamieniając koronę cierniową na słoneczną aureolę Heliosa zasiadł na tronie królestwa jak najbardziej z tego świata. Na mozaikach i freskach późnego imperium widzimy nie męczennika wiary, lecz kolejne wcielenie Sol Invictus, kosmokratora, surowego cesarza imperium niebiańskiego. Wkrótce jednak imperium przestało istnieć, ale ziarno raz zasiane wydało plony; przez stulecia rdzeniem ideowym kontynentu były wschodnie mity i podania, a antyczna oraz rdzenna kultura przejawiała się jedynie w czysto zewnętrznych formach.

W świetle tego nie powinno dziwić dlaczego dzisiejsi obrońcy Zachodu utożsamiają cywilizację łacińską z mitologią ludów Mezopotamii i Basenu Morza Czerwonego.


Stanisław Żuławski


Przypisy

[1] Raczej od angielskiego memory - 'pamięć'. Przypis WJ, Taraka, następne też.

[2] Słownik łacińsko-polski Kazimierza Kumanieckiego 1967 podaje więcej znaczeń: natchniony, rozmarzony, szalony, opętany. Co od fanum = 'świątynia, świętość' (Kumaniecki), 'miejsce święte, gaj poświęcony bogu' (Bańkowski, Etymologiczny słownik... 2000).

[3] Jeśli taki był ideał chrześcijański, to przynajmniej na Zachodzie nie udało się go zrealizować; przeszkodziła temu nieustanna rywalizacja władzy kościelnej i świeckiej.

[4] Najpierw chrześcijaństwo "jako takie". Kościół Rzymskokatolicki uzyskał swoją odrębność około tysiąca lat później.

[5] Earl Doherty jest twórcą koncepcji, że Jezus nie istniał, a właściwym twórcą ruchu chrześcijańskiego i jego zbawczego programu (soteriologii) był Saul-Paweł z Tarsu (św. Paweł), dla którego Jezus-Mesjasz był postacią czysto mityczną, a nie konkretnym człowiekiem. Więcej zob. w witrynie Racjonalista.pl: Earl Doherty: Zagadka Jezusa. Odgłosy ciszy. Apologeci drugiego stulecia.

[6] Chrześcijańscy autorzy i opowieści wielokrotnie powiększały liczbę i skalę tych prześladowań, a większość świętych męczenników to postaci fikcyjne.



Komentarze (6) »
Pisanie komentarzy tylko po zalogowaniu i z ważnym abonamentem.
SPIS tekstów autora: Stanisław Żuławski

Kontakt z Autorem
Wersja do druku, w osobnym oknie